Dawno temu w jednym z odcinków „Szansy na sukces” występował ginekolog. Założył wtedy lateksowe rękawiczki, zanim dotknął mikrofonu, bo, jak powiedział, „bakteria na nim siedziała”. Publiczność gruchnęła śmiechem, żart się spodobał. Ale mam wrażenie, że pierwsze śmiechy czy uśmiechy wywołał już wypowiedzią o swoim zawodzie, gdy tylko o nim wspomniał, natychmiast zapanowała radość, no, może z domieszką konsternacji. Oto do „Szansy na sukces” przyjechał nie nauczyciel czy księgowa, tylko ginekolog. Taki śmieszny gość, który w ramach pracy ma dzień w dzień pokaz cipek. No, boki zrywać.

I tak to trochę jest, mam wrażenie, że jako społeczeństwo nie bardzo wiemy, jak poradzić sobie z zawodem ginekologa i czego oczekiwać po wizycie ginekologicznej. Za mną przeróżne wizyty – jedne lekkie i szybko zapomniane, inne irytujące, gdy lekarz, któremu słono płaciłam, w ogóle mnie nie słuchał, lub też gdy zostałam potraktowana przez ginekolożkę jak rozkapryszona dziewczynka, kiedy zamiast z uległością i cierpliwością poddać się (niepotrzebnie) bolesnemu badaniu, zażądałam, aby to ona była cierpliwa i delikatna. Taką nieprzyjemną wizytę miałam tylko raz w życiu, wiem jednak, że niektóre kobiety bólu lub upokorzenia doznały w gabinecie ginekologicznym kilka razy lub też na jednej z tych bardzo ważnych (np. po poronieniu) lub też pierwszych wizyt i odcisnęło to na nich piętno. Pamiętam kobietę z wulwodynią, z którą kiedyś prowadziłam wywiad; z pierwszej wizyty uciekła i dopiero na korytarzu założyła majtki. Dopiero zagranicą uzyskała potrzebną pomoc, w Polsce była nierozumiana lub wyśmiewana. Można powiedzieć: banał. Można powiedzieć: zdarza się. No dobrze, a jeśli się zdarza: jak wpływa na Twoją seksualność? Na Twoje późniejsze seksualne życie czy też poczucie kobiecości? Ilu kobietom zostaje wrażenie, że „coś z nimi nie tak” po takiej wizycie?

Fantazjowałam nad tym, co by można zrobić, aby te częste złe doświadczenia czy złe skojarzenia odmienić i poczuć, że to właśnie w gabinecie ginekologicznym odzyskuje się kontrolę nad swoją seksualnością? Że to właśnie tutaj możesz poczuć swoją sprawczość, godność, właściwość swojego ciała, także jego intymnych, seksualnych części?

Nie wiem, jak wygląda kształcenie ginekologiczne, ale cieszyłabym się, gdyby miało coś wspólnego z nauką wrażliwości, empatii czy duchowością, bo to, co dzieje się w lekarskich gabinetach, bywa że jest emocjonalne, znaczące i duchowe. Czasem rozstrzygają się sprawy, które mają wpływ na całe Twoje życie. I to sprawy bardzo intymne, osobiste, dotyczące Twoich czułych punktów, delikatnych spraw, życiowych decyzji a także bardzo ważnych części ciała – jednocześnie powiązanych z rozkoszą, dawaniem życia, ale i narażonych na różne choroby, także „wstydliwe” i śmiertelne. To tu można pierwszy raz świadomie rozmawiać o swojej seksualności, ciele, waginie, przyjemności seksualnej, orgazmach czy ich braku; to u można się dowiedzieć, że będzie się miało dziecko czy też usłyszeć bicie jego serca; to tu można przerwać ciążę czy dowiedzieć się o poronieniu – i kiedy o tym myślę, to mam wrażenie, że gabinet czasem jest miejscem bardzo wyjątkowym, w którym dzieją się rzeczy ważne i święte. Może być świątynią intymności. A na ginekolożce czy ginekologu spoczywa wielka odpowiedzialność obcowania z tą intymnością, seksualnością i świętością.

A jednak wizyta ginekologiczna niektórym kojarzy się z niczym innym, a tylko tywialnym „pokazywaniem cipki”. Tak, jakby ta cipka była oddzielona od osoby, która ją ma. Jakby to był jakiś wyabstrahowany organ a posiadająca go osoba nie miała prawa do intymności.

Zainspirowana przez ginekolożkę Christiane Northrup chciałabym zrobić sesję zdjęciową gabinetu ginekologicznego jako miejsca pięknego, przyjaznego, wyjątkowego – bo skoro dzieją się tu rzeczy wyjątkowe i święte, potrzeba do tego wyjątkowej świątynnej oprawy. Chcę zobaczyć gabinet-świątynię z fotelem przykrytym aksamitem, z kwiatami na stole i świecami w lichtarzach. Wiem, że dla niektórych to gruba przesada, ale myślę, że to wahadło musi się teraz wahnąć w drugą stronę. Chcę, aby się wahnęło właśnie do tej rzeczywistości, w której w gabinecie będzie na mnie czekać osoba o wielkim sercu, życzliwości, cierpliwości i zrozumieniu. Taka, która wie, że kobieta ma nie tylko „drogi rodne” czy „narząd kopulacyjny żeński”, ale i wrażliwe, intymne, seksualne centrum, czy też drugie serce, świętą przestrzeń – joni, pochwę, waginę – i że warto do tej intymności podejść z delikatnością. Skoro szpitalne sale porodowe mogą być coraz bardziej przyjazne i intymne, bo tego wymaga proces porodu, pewnie możemy wpłynąć także na wygląd gabinetów ginekologicznych?

Co się dzieje w gabinetach? Jakie tematy są tam poruszane? Ktoś potwierdza to, że zostałaś matką albo że poroniłaś. Ktoś leczy Cię z bezpłodności albo przerywa ciążę. Ktoś przepisuje Ci antykoncepcję, żebyś mogła kochać się bez strachu. Ktoś bada Cię po gwałcie. I – prawie zawsze – ktoś wkłada Ci palce w Twoje wrażliwe, intymne, sekretne, święte miejsce. Czy to naprawę i zawsze tylko „pokazywanie cipki”?

Sądzę, że ta aranżacja miejsca mogłaby pomóc w oddaniu rangi tego, co się właśnie (dla mnie) dzieje. Może dla tej lekarki czy lekarza jestem setną nastolatką, która przyszła po receptę na pigułki, ale dla mnie to ważna sprawa. Mam prawo czuć to, co czuję, mam prawo nie wiedzieć, mam prawo się wstydzić. Nie wiem, jak Ty, ale ja wolałabym przeżywać to wszystko i dbać o swoją seksualność w pięknym otoczeniu i wolałabym chodzić do świątyni, w której moje ciało, moje zdrowie, moja seksualność i intymność zostaną przyjęte jak coś świętego, wyjątkowego, coś, o czym warto mówić życzliwie i z szacunkiem i czego warto z szacunkiem dotykać.

2 komentarze  Like


Seks i ziemia. Jak uprawiać jedno, żeby móc uprawiać drugie? Czyli o tym, jak się (nie) masturbować w XXI wieku

Dopóki nie porozmawiałam o seksie, masturbacji i seksualnej magii ludowej z bliskimi i ze znajomymi: ekologami i aktywistkami, nie wpadłabym na to, jak bardzo łączą się ekologia i seksualność. A one łączą się właśnie teraz, w 2020 roku, chociaż łączyły się też kiedyś, w czasach średniowiecznych i wcześniejszych. Nasze przeżycie i płodna ziemia, zasiane pole i seks. I chociaż lata temu rozmawiałam z Karo Akabal o jałowej ziemi w Portugalii i o Tamerze, i chociaż czytałam „Mgły Avalonu” z całą ideą Wielkiego Związku, i chociaż fascynował mnie rytuał Hieros Gamos, nie sądziłam, że przyjdzie mi pisać o artykuł o tym, żeby masturbować się dla Ziemi i jednocześnie dla niej się nie masturbować. Tak, pewnie się teraz gubicie, czytając to, ale już wyjaśniam, a więc po kolei.

Słyszeliście o globalnym ociepleniu czy też raczej globalnym przegrzaniu? Ja, niestety, tak. I to już w podstawówce. Na to podgrzewanie Ziemi składają się przeróżne czynniki, włączenie z hodowaniem bydła, przemysłem, wycinaniem lasów, lataniem samolotami oraz… oglądaniem porno w streamingu1. O porno z internetu piszę osobny artykuł, natomiast chcę zaznaczyć, że w dawnych dobrych czasach Pompejów, gdy erotyczne rysunki namalowane były na ścianach, używanie pornografii było zdecydowanie zdrowsze i bezpieczniejsze – zarówno dla ludzi, jak i całej planety. Obecnie to, czego bardzo dużo ogląda się online, to, niestety, pornografia, a szczególnie konsumowanie pornografii w jakości HD niszczy nasz klimat i przegrzewa atmosferę, ponieważ te wszystkie filmy i filmiki powielane w przeróżnych serwisach, gromadzone są na wielu serwerach, które to serwery przecież trzeba zasilać prądem, a prąd trzeba wyprodukować… zarówno, żeby je przechowywać, jak i żeby oglądać. W Polsce zaś prąd produkuje się głównie z węgla, co z kolei do opłakanego stanu doprowadza nasze polskie „zasoby” wody, jakość powietrza i powoduje suszę oraz pustynnienie, czego mieszkańcy Skierniewic doświadczyli, gdy ubiegłego lata nie mieli wody w kranie. Tak, wiem, że oglądanie porno ze streamingu to tylko jakaś część globalnej emisji, ale oglądanie filmów porno online powoduje emisję (prawie) takiej ilości dwutlenku węgla, jak Belgia czy Czechy. Ja myślę, że dużo. I tak się zastanawiam – czy nie lepiej przenieść całą tę seksualną energię związaną z oglądaniem czy konsumowaniem porno w inną sferę życia, nie prywatną, tylko wspólnotową, i przeznaczyć ją na coś naprawdę pożytecznego? Przestać to robić z maszynami: tabletami, telefonami, laptopami, niszcząc Ziemię, a zacząć to robić z ludźmi czy dla ludzi – a tym samym dla Ziemi? Brzmi abstrakcyjnie? No to wyjaśniam dalej…

Rośnij tak wysoko, jak moje genitalia

Pierwszy raz o seksualnych rytuałach płodności przeczytałam tak dawno, że już prawie nie pamiętam, kiedy i gdzie. Może było to w książce Catherine Blackledge „Wagina”, która pisała o kobietach wychodzących w pole, obnażających się czy masturbujących się tam razem, aby dzięki tej seksualnej magii ziemia była płodna? Wiem, że stojąc na polu, mówiły do roślin: „Rośnij tak wysoko, jak moje genitalia”. Gdy to czytałam, trochę się dziwiłam, trochę się śmiałam, trochę się fascynowałam tym, jak seksualność była przeżywana w przeszłości. I żałowałam, że ja żyję w innych czasach i że nigdy tego nie doświadczę. Gdy zaczęłam prowadzić portal Seksualność Kobiet, od jednej z czytelniczek, Wioletty Kowalewskiej, dostałam całą jej pracę ze studiów o magii seksualnej w kulturze ludowej. Wtedy to, 10 lat temu, zaprosiłam Wiolettę, aby opowiedziała nam na specjalnym wykładzie we Wrocławiu więcej na temat tych starych zwyczajów, które miały miejsce na polskich ziemiach. Wykład odbył się na początku lata, w upalną sobotę. Pamiętam, jak na tym spotkaniu było gorąco. I pamiętam, że rozmawiałam wtedy z koleżankami o tym, że ja to bym się chyba tak nie odważyła – razem z ludźmi iść w pole, obnażać się i się masturbować, aby ziemia była płodna? W głowie mi się to nie mieściło! Ale od słowa do słowa umówiłyśmy się, że może kiedyś to zrobimy… I wtedy zrozumiałam, że teraz albo nigdy. Ustaliłyśmy we cztery czy pięć, że dziś wieczorem zrobimy ten rytuał we Wrocławiu, nie czekając na lepszą okazję niż okres letniego przesilenia. Poszłyśmy więc na ogródki działkowe i stało się. Z koleżankami! Przy świetle księżyca. Jakaś granica w moim życiu została przekroczona. A ja odczuwałam ogromną radość, że pozwoliłam sobie na to. To był dobry początek lata!

Procesja Wilgotnej Pani

Gdy czytałam Blackledge, dowiadywałam się też o przeróżnych rytuałach, świętach i celebracjach symbolu płodności, czyli waginy, o kulcie waginy, o procesjach, które przechodziły kiedyś przez Egipt czy obecnie przez Japonię, aby oddać cześć tej sile rodzącej wszystko. I też sądziłam, że nigdy w takiej procesji nie wezmę udziału, bo czasy się zmieniły. I myślałam tak aż do momentu, gdy rzeźbiarka Iwona Demko zaprosiła mnie na wystawę-performance do Galerii Sztuki Współczesnej we wsi Poręby Kupieńskie pod Rzeszowem (miastem posągu Wielkiej Cipy, przypadek?) na Procesję Wilgotnej Pani (zdjęcie u góry). Galeria została zaaranżowana na Kaplicę Waginy, a figura Wilgotnej Pani, czyli złotej waginy, została poniesiona przez nas przez pola. Sypałam kwiaty z koszyczka, krocząc na czele procesji. I znów stało się…

 

 

I teraz, gdy o tym myślę, czuję, że Wilgotna Pani to jednocześnie wagina i ziemia. Że nie ma między nimi rozróżnienia, i jedna i druga musi być mokra. Uświadamiam to sobie właśnie w czasie suszy w Polsce, gdy we Wrocławiu kończy się styczeń, a śnieg nie padał ani razu. Gdy słyszę od znajomych, że ubiegłego lata ziemia na ich polach była spalona słońcem. Gdy słyszę, że poziom wód gruntowych obniża się coraz bardziej i w czasie upałów nie mają wody w studniach. Gdy słyszę, że niedługo wodę będziemy kupować w plastikowych butelkach w marketach. I myślę o tym, jak podobne jest to do kupowania seksu… którego wielu nie możne po prostu dostać, tylko musi go kupić za pieniądze. Czy niedługo będziemy mieć taką suszę na Ziemi, że za kąpiel w jeziorze czy rzece trzeba będzie słono zapłacić? Konsumowanie seksu staje się coraz bardziej odhumanizowane m. in. „dzięki” maszynom. Już nie musisz umieć tworzyć relacji, żeby wymienić się pieszczotą. Po prostu płacisz komuś za seks albo masaż z happy endem. A dostępność porno w internecie i ochocza jego konsumpcja przecież nie tylko gotuje ziemską atmosferę, ale i czasem zabija seksualne relacje. Innymi słowy: zabija życie. Na wielu polach. Jednocześnie osuszamy Ziemię, jak i sprawiamy, że nasze łona stają się coraz bardziej jałowe. A relacje młodych ludzi, którzy „edukowali” się na porno, czasem bardziej przypominają wydzieranie sobie nawzajem miłości czy seksu, tak jak to dzieje się w porno, podobnie, jak Ziemi wydziera się jej wodę, przez co ona staje się coraz bardziej sucha, i coraz mniej skłonna do dawania i rodzenia, zupełnie jak nadużyta kobieta. Czy teraz Ziemia krzyczy do nas: „Nie podchodź?” Czy gotuje się ze złości?

Seks jako dar dla Ziemi i szansa na przedłużenie naszego życia

Jeśli dojechaliście do tego akapitu, już powoli orientujecie się, z czego możecie zrezygnować, aby nie niszczyć Ziemi. Tak, z oglądania pornografii online, szczególnie w wysokiej rozdzielczości. Bardzo apeluję do wszelkich wielbicieli odpalania stu filmików w stu oknach – zmieńcie chociaż ustawienia, żeby nie pobierać takich ilości danych. W końcu chyba nie trzeba widzieć tego aż tak wyraźnie? 🙂 Od czego jest wyobraźnia? 🙂 Oczywiście, tak samo jest, gdy oglądasz filmy z YouTube czy jakiegokolwiek serwisu – też możesz zmienić ustawienia, i oglądać to tak, aby widzieć, ale nie pobierać tych danych w nadmiarze. I teraz te wszystkie filmy i porno full HD kojarzą mi się ze spłukiwaniem toalety pitną wodą. Tak mało w Polsce tej wody mamy, a jeszcze marnujemy ją na potęgę, bo taki jest system. Że w spłuczkach jest pitna woda. Że elektrownia Bełchatów nie tylko chłodzona jest pitną wodą, która „paruje w kosmos”, ale i zanieczyszczana jest potworną ilością żużlu używaną w hydrotransporcie. I o ile z Bełchatowem na tę chwilę niewiele (?) możemy zrobić, oprócz oprotestowania go, to zmienić jakość odtwarzania filmu lub też po prostu zrezygnować z oglądania porno online możemy właśnie w tej chwili. Proste. I może polepszy Wasze życie seksualne. 🙂

A teraz dojdę do tego, co możemy robić. Co – być może – robili ludzie dawno temu, żeby zaklinać rzeczywistość, zaginać prawa fizyki, żeby prosić ziemię o urodzaj. Pomyślałam o tym jako o ostatniej desce ratunku – w okresie przedłużającej się suszy, gdy typową praktyką jest zlewanie ziemi „randupem” i inne powszechne, a jednak przerażające mnie rzeczy. Co ta wysuszona i pogwałcona środkami chemicznymi ziemia urodzi?

Więc… dawno, dawno temu, w czasach tak odległych, że pamiętają je tylko bajarze, ludzie znali pewien rodzaj magii, który pozwalał im nie tylko tylko przedłużać gatunek, ale i wykarmić go, chociaż zdarzały się lata nieurodzaju czy głodu. Była to magia to samo przez to samo. Używali jej wszyscy wieśniaczki i królowe. Mogę tylko sobie wyobrażać, jak to mogło wyglądać lub też czytać, np. u wspomnianej Catherine Blackledge o okruchach tych wspomnień, takich, jak obnażanie się przez kobiety w polu, czy u Marion Zimmer Bradley w „Mgłach Avalonu” o kochaniu się w polu. Najbliższą Polsce relację na ten temat mam z obecnej zachodniej Ukrainy, gdzie mój przyjaciel widział w dzieciństwie, jak jego matka po obsianiu ogrodu popycha jego ojca, aby upadł na ziemię. Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że gospodarze po obsianiu pól czy ogrodów kładli się na ziemi, aby się na niej kochać, aby rodziła, a mężczyźni zamiast kobiet zapładniali ziemię. Nie przypominam sobie takiej sceny z „Chłopów”, ale być może gdzieś tam była… może w tej pierwszej wersji, którą Reymont spalił?

I tak sobie pomyślałam, że jeśli będzie trzeba, to ja się „poświęcę”.:P Pójdę z mężczyzną na wysuszone pole mojego znajomego, aby jego ziemia rodziła. Z całą grupą kobiet pójdę na każde pole, do każdego lasu, na każdą łąkę i będę się rozbierać, masturbować, czarować… cokolwiek będzie potrzebne. Żeby kwiaty nadal kwitły. Kiedyś być może poszłabym po to, aby „poczuć klimat” starych obrzędów. Teraz pójdę, bo czuję, że być może dochodzimy do kresu wytrzymałości ziemi i będziemy potrzebowali jej bardzo pomóc. Więc ja chcę pomóc, nie tylko oszczędzając wodę czy odpuszczając oglądanie filmów online, ale i masturbując się w polu, łącząc się w duchu ze wszystkimi moimi znajomymi ekologami i ekolożkami, aktywistami i aktywistkami, ludźmi z grup takich jak Strajk Klimatyczny czy Extinction Rebellion, którzy blokują mosty w Londynie, przykuwają się do drzew, czy uczą, czym jest idea głębokiej adaptacji Jema Bendella.

Co więcej, myślę sobie, że jeśli dojdziemy do tego momentu, gdy całymi wspólnotami będziemy się kochać na ziemi i dla ziemi – sami ze sobą lub z innymi, odzyskamy tę utraconą seksualność, którą teraz czasem tak bardzo boimy się pokazać drugiemu człowiekowi, że ośmielamy się to robić tylko zza szyby komputera, uprawiając cyberseks, czy też w ogóle nikogo do naszego seksu nie zapraszamy, uprawiając masturbację przy porno z internetu. A jakby to było żyć w świecie, w którym w każdej gminie, w każdej wiosce, w każdej dzielnicy jest specjalny kawałek pola, parku, lasu wyznaczony po to, aby nieustająco odprawiać tam rytuał płodności? Myślę, że w takim świecie nie byłoby za wielkiej potrzeby oglądania porno, wystarczyłoby pójść do tego parku, aby zobaczyć seks na żywo i bezpośrednio odczuć to, co teraz podawane jest nam w wyreżyserowanej wersji przez kogoś z pornobiznesu, kto pokazuje nam, jak „powinien” ten seks wyglądać.

A skoro już mówimy o seksie, to mam jeszcze jedną fantazję związaną z nową kulturą kochania się w polu nie tylko w noc Kupały. Bo widzę, że w tej nowej kulturze już nie da się tyle konsumować, co w kapitalizmie, tworząc przy tym tony śmieci. Więc po co nam te wszystkie galerie handlowe? Otóż po to, żeby także w każdym betonowym mieście mieć Świątynię Miłości. Miejsce, gdzie będzie można przyjść, poczuć się częścią społeczności, zupełnie za darmo wymieniać się miłością w każdej możliwej postaci – również miłości fizycznej. Czy wtedy, gdy miłość będzie kwitła, zakwitną nasze pola i przyroda w miastach? Taką mam nadzieję. 🙂

Ten artykuł dedukuję wszystkim, które i którzy czują związek z ziemią, z wodą, hodują rośliny – na polach, w ogrodach, na dachach i w doniczkach, wszystkim, którzy troszczą się o każdy kawałek lasu, o każde drzewo, którzy prowadzą ekogospodarstwa, pracują w zieleni miejskiej, ogrodnictwie, wszystkim ekoaktywistom i ekoaktywistkom, a także Ryszardowi Kulikowi, Iwonie Demko i Karo Akabal. Dziękuję Wam za wszystko to, co robicie dla seksualności i dla Ziemi, za wszystko, co robicie dla mnie.

9 komentarzy  Like

Wiele jest tematów zamiatanych pod dywan. Za niecały tydzień we Wrocławiu mamy szansę porozmawiać o jednym z nich. Wydaje mi się kluczowy, ponieważ pedofilia wśród kleru i jej systemowe ukrywanie jawi mi się jako metafora świata: Instytucja, która ogłasza się boskim głosem na świecie, która rzekomo szerzy tylko dobro, miłość, pokój, i której tysiące ludzi wierzą – stworzyła system oparty na hipokryzji i władzy, system, który oplótł cały świat i który doskonale działał, a który pozwala jej mówić jedno i robić drugie. W skrócie: gwałcić i molestować dzieci na wielką skalę i zupełnie bezkarnie przez całe lata. Trochę kojarzy mi się z Coca-Colą, która robi „zielone” kampanie, uczące nas, jak segregować śmieci, gdy tymczasem najwięcej plastiku zalegającego oceany to ich plastik.


Ale… wygląda na to, że przeglądamy na oczy w różnych kwestiach i dlatego akurat teraz zaczynamy różne rzeczy spod dywanów wymiatać. Im więcej wymieciemy, tym więcej bezpieczeństwa zapewnimy dzieciom, młodzieży, i tym, którzy zostali już skrzywdzeni przez księży. Wiem, że to trudna emocjonalnie rzecz (sama oglądałam „Tylko nie mów nikomu” na raty) i nie dla każdego, ale ogólnie jako społeczeństwu nam się to opłaca. Dla mnie temat ten jest ważny, ponieważ krzyżują się tutaj dwie sfery: seksualność i sacrum. Kościół zrobił z seksualności profanum. I miażdżył seksualność na przeróżne sposoby. Jednym z powodów, dla którego seksualność niektórym osobom kojarzy się bardzo źle, jest seksualna przemoc. Niestety. Ona się działa, ale możemy ją wyplenić. Choćby przez baczne patrzenie księżom i biskupom na ręce. A w niektórych miejscach do niedawna byli traktowani, jak nietykalni królowie. W Polsce po „Tylko nie mów nikomu” w końcu otworzyła się przestrzeń na trzeźwy osąd rzeczywistości i rozmowy. Więc rozmawiajmy. 14 stycznia do rozmowy zaprasza autor książki o pedofilii w polskim kościele Radosław Gruca.

Dziennikarz śledczy Radosław Gruca, który sam jest katolikiem, synem watykanisty oraz bratem ofiary księdza, wyciąga na światło dzienne brudne tajemnice kościoła. Demaskuje nie tylko pojedyncze przypadki wykorzystywania nieletnich przez księży, ale cały system mający chronić przestępców seksualnych. Udowadnia, że mamy do czynienia z intencjonalnym działaniem, którego celem jest niedopuszczenie do ujawnienia pedofilii w polskim kościele.

Pośród wielu historii opowiedzianych w „Hipokryzji” poznamy między innymi szokujące, nigdy niepublikowane zeznanie Bożydara – ofiary księdza ze Szczecina. W trakcie postępowania zeznawało 120 świadków. Prokurator sprawę umorzył. Sąd nakazał jej wznowienie. Prokurator zastosował się do decyzji. I znów sprawę umorzył. Dlaczego?

Napisałem „Hipokryzję”, aby pokazać, że to nie są jakieś odosobnione przypadki, które zdarzyły się w zamierzchłych czasach, tylko to zło dzieje się każdego dnia blisko nas. Jeśli to zauważymy, może uda nam się to zmienić.” – mówi Gruca w wywiadzie dla Polska Times.

Jak od środka wygląda ten znany tylko z mediów świat, w którym arcybiskup Jędraszewski wzywa do walki z „tęczową zarazą”, a jednocześnie prosi o zmiłowanie dla księży krzywdzących dzieci? W którym politycy w sojuszu z hierarchami i wymiarem sprawiedliwości cynicznie kryją kościelną hipokryzję?

Na te i inne pytania czytelniczek i czytelników autor będzie mógł odpowiedzieć na spotkaniu we Wrocławiu.

Wrocław, 14 stycznia 2020, g. 19.00, Biblioteka nr 57, Szewska 78.

Spotkanie autorskie wokół "Hipokryzji"

"Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje". Spotkanie autorskie z Radosławem Grucą

"Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje". Spotkanie autorskie z Radosławem Grucą

Opublikowany przez Seksualność Kobiet.pl z Vocą Ilnicką Wtorek, 14 stycznia 2020


Od kilku dni w mediach społecznościowych widzę ten sam problem: część osób boi się, że zostaną oszukane przez nastolatkę, udającą starszą… że ona namówi dorosłego na seks, a dorosły pójdzie siedzieć za gwałt…

Pominę tutaj kwestie polskiego prawa oraz tego, jak działają sądy, bo ten wpis nie jest do końca na serio. Ale nie mogę sobie odmówić, aby nie pokazać Ci, że prosty przewodnik, jak się zachować w stosunku do takiej dziewczyny, właśnie w tym roku wypuścił w świat Quentin Tarantino. Jeśli boisz się oszukania przez nastolatkę, to z tego wideo poznasz kilka prostych trików, które w stosunku do nieletniej zastosował Brad Pitt.

 

 

Proste, prawda?

Wystarczy powiedzieć „nie”, spytać: „ile masz lat”, zaproponować „pokaż mi jakiś dokument, np. prawo jazdy” itp. Jak widać, twardziel taki jak Cliff Booth czy też Brad Pitt mają swoje sposoby.

Taką przezornością nie wykazał się, niestety, inny mężczyzna, Hank Moody grany przez Duchovnego, który narobił sobie problemów, idąc do łóżka z nieletnią (na dodatek przyszywaną siostrą swojej 12-letniej córki) w pierwszym odcinku „Californication”.

W kolejnym odcinku serialu, gdy już poznaje wiek Mii, podobnie jak Pitt, z łatwością odmawia nastolatce, mówiąc jej po prostu: „Nie jesteś dorosła”. Można? Można.

Uczmy się od tych hollywoodzkich twardzieli. 😛

 

1 Komentarz  Like

 

Jakiś czas temu po raz kolejny przeczytałam opowiadania o wiedźminie. Teraz zaś obejrzałam netflixowy serial o wiedźminie i to, co mnie uderzyło, to ta nowa, wiedźmińska, wizja seksu… 😛

I nie chodzi o to, że „musi być jak w książce”, bo przecież nikt nie przekaże tych niuansów, które pewnie pamiętają tylko psychofani („Renfri? Co? To batyst?”1, „Jęknęła. Musi strasznie cierpieć”2, „A potem, na bogów, zrobili to, ona i on. I wszystko było dobrze.”3), ale po prostu zastanowiła mnie ta „dekoracja” czy „scenografia” jak z Greya… czy jak to nazwać.

 

 

Pierwszy seks, jaki zobaczyłam w serialu, to scena z Yennefer i Istreaddem. Wcześniej wydawali się zakochani, zafascynowani sobą, było pomiędzy nimi przyciąganie. W końcu pocałowali się, a potem kochali. I to mi jakoś do wiedźmińskiego klimatu pasowało, nawet ta jaskinia pełna ludzi, którzy na nich patrzyli. Ot, taka iluzja czarodziejów, którzy lubią, żeby ktoś na nich patrzył. Przecież i Stregobor miał w swojej wieży „iluzję, którą można wychędożyć”. Netflix co prawda pomnożył jego iluzję i dał mu cały harem, co ostatecznie nawet pasuje do Stregobora. Ale scena, w której pierwszy raz spotykają się serialowi Geralt i Yennefer po prostu mnie osłupiła. Po pierwsze Yennefer miała na twarzy maskę. Mniej więcej taką, jak Ana Steele na plakatach reklamujących kolejną z opowieści o Greyu, taką, która za 30 złotych można kupić na allegro. Ubawiłam się, gdy to zobaczyłam. Czyżby ktoś zapłacił netlixowi za takie mody i skojarzenia? Po drugie, w komnacie, do której wszedł Geralt, trwała orgia przeniesiona jakby z filmu Kubricka „Oczy szeroko zamknięte”. Towarzystwo gołe, również w maskach i we wszystkich pozycjach. A pośród tego wszystkiego, jak kapłanka w świątyni miłości, siedzi Yennefer w tej masce i sukni a’la klimaty BDSM. I co? I nic. Nie wygląda na taką, co dopiero uładziła włosy po stosunku, ani na taką, która czeka na kochanka ze sokiem jabłkowym; według mnie wygląda, jakby wpadła tam przez przypadkowo rzucony portal… Patrzę na drętwą rozmowę między nią (ciągle w tej masce) i wiedźminem. Mimo że wokół wciąż wiją się pary, a Jaskier wygląda na szczerze podekscytowanego, według mnie między Geraltem a Yennefer nic nie drgnęło. Tym bardziej nie rozumiem, czemu po kilku scenach i kilku minutach zlądowali w łóżku. W tym momencie przypomniałam sobie stary polski i dość nędzny serial, w którym to jednak – bez sceny orgii za plecami – dało się wyczuć zmysłowość między wiedźminem a czarodziejką, ba, nie tylko zmysłowość, ale i miłość. A sceny miłosne, mimo że ułamkowe i „dozwolone od lat 12”, miały w sobie nutę piękna i poezji, którą Sapkowski mistrzowsko potrafi nasycić swoje opowiadania. I znów szczęka mi opadła, gdy Yenna rzuciła się na Geralta – bez żadnego powodu – gdy ten tylko pojawił się w zasięgu wzroku. Szczerze to bardziej przypominało mi film porno, w którym kobieta podciąga spódnicę, gdy obok tylko pojawi się hydraulik. Może czegoś nie rozumiem, może jestem mało domyślna, ale między aktorami z serialu netlixa nie wyczułam nic, co mogłoby ich zaprowadzić w swoje objęcia. A ponoć Yennefer to największa miłość wiedźmina. Cóż, między nią a Istreddem iskry skakały, gdy tylko patrzyli sobie w oczy. Być może scenarzyści mają inny zamysł. Tak czy siak, nie dziwię się już, gdy czytam, że ktoś mówi o wersji netflixowej, że to porno-wiedźmin. Niestety. Też zobaczyłam tu więcej z tandetnej erotyki i pseudo-Greya niż po prostu ładnego seksu w wersji fantasy.

Przypadek? Nie sądzę. 😛

A szkoda. Bo sceny erotyczne u Sapkowskiego są naprawdę wyjątkowe. On, jako jeden z niewielu znanych mi popularnych pisarzy, potrafi oddać nie tylko piękno, ale i świętość seksu. Kto nie czytał mistrza, niech sięgnie np. po „Maladie”. Zresztą i pierwsze miłosne spotkanie z Yennefer ma w sobie dużo dramatyzmu, uczuć i poezji, nic z netflixowego seksu. Ja wiem, że pokazać piękno seksu na ekranie telewizora to wyzwanie. Bardzo trudno to zrobić. Jednak czy w świecie po Greyu komuś jeszcze chce się grać niuansami? Mam wrażenie, że w rzeczywistości, w której niewyszukany seks konsumuje się na terabajty w serwisach porno, coraz mniej pięknych scen zobaczmy w filmach czy serialach. Platformie netflix „Wiedźmin” musi się opłacać. Platforma może więc robić „lokowanie produktu”, może też schlebiać niewyszukanym gustom (młodzieży?), która może niewiele widziała scen prawdziwie erotycznych, a za to już wchłonęła najbardziej mechaniczną i pustą wizję seksu z książek takich jak „50 twarzy Greya” oraz serwisów z filmami dla dorosłych. Czy to dlatego scenarzyści tak urozmaicili opowiadanie Sapkowskiego? Ja właśnie takie mam podejrzenia. Nawet tam, gdzie mogłyby być zmysłowość, czułość i troska, netflix serwuje nam szybki seks bez emocji.

Boli mnie, że świat idzie właśnie w tę stronę spłycania, tego, co nie musi być płytkie, irytuje to, że opowieść o wiedźminie trzeba sprzedać zdjęciem cycatej panny w „greyowej” masce. A sceny seksu wyskakują jak filip z konopi. Nie, nie jestem przeciwko seksowi. Jestem przeciwko monetyzacji seksu, spłycaniu i używaniu seksu. Może dlatego, że jestem pod wrażeniem tego, jak Sapkowski pisze o seksie. Zestawienie tego z maską Any Steele jest dla mnie zgrzytem. Jest ukłonem w stronę gadżetów i tandety, pozorów, które udają głębię i „estetyki” „wyrobionej” w serwisach takich jak youporn i pornhub. Stojąc po stronie seksu, chciałabym, żeby ci, którzy mogą zobaczyć w netflixowym „Wiedźminie” kunsztowne sceny walki czy piękne krajobrazy, mogli zobaczyć też sceny erotyczne pełne magii i głębi. Wierzę, że da się takie nakręcić. Ale nie bardzo wierzę, że świat, który z taką łatwością odcina kupony od byle jakiego seksu, który i tak się sprzeda, będzie szukał środków wyrazu, aby pokazać coś więcej niż tylko orgię w tle.

Tym, którzy „wiedźmiński seks” znają tylko z netflixa, cytuję fragment opowiadania „Ostatniego życzenie”:

 

XVI

Geralt rozejrzał się. Z dziury w dachu wolno kapały krople wody. Dookoła piętrzyło się gruzowisko i sterty drewna. Dziwnym trafem miejsce, gdzie leżeli, było zupełnie czyste. Nie spadła na nich nawet jedna deska, jedna cegła. Było tak, jak gdyby chroniła ich niewidzialna tarcza. Yennefer, zarumieniona lekko, uklękła obok, wspierając dłonie o kolana.

– Wiedźminie – odchrząknęła. – Żyjesz?

– Żyję – Geralt otarł twarz z kurzu i pyłu, syknął. Yennefer wolnym ruchem dotknęła jego nadgarstka, delikatnie przesunęła palcami po dłoni.
– Poparzyłam cię…
– Drobiazg. Kilka bąbli…
– Przepraszam. Wiesz, dżinn uciekł. Definitywnie.
– Żałujesz?
– Nie bardzo.
– To dobrze. Pomóż mi wstać, proszę.
– Zaczekaj – szepnęła. – To twoje życzenie… Usłyszałam, czego sobie życzyłeś. Osłupiałam, po prostu osłupiałam. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale żeby… Co cię do tego skłoniło, Geralt? Dlaczego… Dlaczego ja?
– Nie wiesz?


Pochyliła się nad nim, dotknęła go, poczuł na twarzy muśnięcie jej włosów pachnących bzem i agrestem i wiedział nagle, że nigdy nie zapomni tego zapachu, tego miękkiego dotyku, wiedział, że nigdy już nie będzie mógł porównać ich z innym zapachem i innym dotykiem. Yennefer pocałowała go, a on zrozumiał, że nigdy już nie będzie pragnął innych ust niż te jej, mięciutkie i wilgotne, słodkie od pomadki. Wiedział nagle, że od tej chwili istnieć będzie tylko ona, jej szyja, ramiona i piersi wyzwolone spod czarnej sukni, jej delikatna, chłodna skóra, nieporównywalna z żadną, której dotykał. Patrzył z bliska w jej fiołkowe oczy, najpiękniejsze oczy całego świata, oczy, które, jak się obawiał, staną się dla niego… Wszystkim. Wiedział to.


– Twoje życzenie – szepnęła z ustami tuż przy jego uchu. – Nie wiem, czy takie życzenie w ogóle może się spełnić. Nie wiem, czy istnieje w Naturze Moc zdolna spełnić takie życzenie. Ale jeżeli tak, to skazałeś się. Skazałeś się na mnie.


Przerwał jej pocałunkiem, uściskiem, dotknięciem, pieszczotą, pieszczotami, a potem już wszystkim, całym sobą, każdą myślą, jedyną myślą, wszystkim, wszystkim, wszystkim. Przerwali ciszę westchnieniami i szelestem porozrzucanej na podłodze odzieży, przerwali ciszę bardzo łagodnie i byli leniwi, byli dokładni, byli troskliwi i czuli, a chociaż obydwoje nie bardzo wiedzieli, co to troskliwość i czułość, udało im się, bo bardzo chcieli. I w ogóle im się nie spieszyło, a cały świat przestał nagle istnieć, przestał istnieć na maleńką, krótką chwilę, a im wydawało się, że była to cała wieczność, bo to rzeczywiście była cała wieczność. A potem świat znowu zaczął istnieć, ale istniał zupełnie inaczej.
– Geralt?
– Mhm?
– I co dalej?
– Nie wiem.
– Ja też nie. Bo widzisz, ja… Nie jestem pewna, czy warto się było na mnie skazywać. Ja nie umiem… Zaczekaj, co robisz… Chciałam ci powiedzieć…
– Yennefer… Yen.
– Yen – powtórzyła, ulegając mu zupełnie.
– Nikt nigdy mnie tak nie nazywał. Powiedz to jeszcze raz, proszę.
– Yen.
– Geralt.

XVII

Deszcz przestał padać. Nad Rinde zjawiła się tęcza, przecięła niebo urwanym, kolorowym łukiem. Zdawało się, że wyrasta wprost ze zrujnowanego dachu oberży.
– Na wszystkich bogów – mruknął Jaskier. – Jaka cisza… Nie żyją, mówię wam. Albo pozabijali się nawzajem, albo mój dżinn ich wykończył.
– Trzeba by zobaczyć – powiedział Vratimir, wycierając czoło zmiętą czapką. – Mogą być ranni. Może wezwać medyka?
– Prędzej grabarza – stwierdził Krepp. – Ja tę czarownicę znam, a wiedźminowi też diabeł z oczu patrzył. Nie ma co, trzeba zacząć kopać dwa doły na żalniku. Tę Yennefer radziłbym przed pochówkiem przebić osinowym kołkiem.
– Jaka cisza – powtórzył Jaskier. – Przed chwilą aż krokwie latały, a teraz jakby makiem zasiał. Zbliżyli się do ruin oberży, bardzo czujnie i powoli. – Niech stolarz robi trumny – rzekł Krepp. – Powiedzcie stolarzowi…
– Cicho – przerwał Errdil. – Coś słyszałem. Co to było, Chireadan?
Elf odgarnął włosy ze szpiczaste zakończonego ucha, przechylił głowę.
– Nie jestem pewien… Podejdźmy bliżej.
– Yennefer żyje – rzekł nagle Jaskier, wysilając swój muzyczny słuch. – Słyszałem, jak jęknęła. O, jęknęła znowu!
– Aha – potwierdził Errdil. – Ja też słyszałem. Jęknęła. Musi strasznie cierpieć, mówię wam. Chireadan, dokąd? Uważaj!
Elf cofnął się od rozwalonego okna, przez które ostrożnie zajrzał.
– Chodźmy stąd – powiedział krótko. – Nie przeszkadzajmy im.
– To oni żyją obydwoje? Chireadan? Co oni tam robią?
– Chodźmy stąd – powtórzył elf. – Zostawmy ich tam samych na jakiś czas. Niech tam zostaną, ona, on i jego ostatnie życzenie. Poczekajmy w jakiejś karczmie, nie minie wiele czasu, a dołączą do nas. Oboje.
– Co oni tam robią? – zaciekawił się Jaskier. – Powiedz-że, do cholery!
Elf uśmiechnął się. Bardzo, bardzo smutno.
– Nie lubię wielkich słów – powiedział. – A nie używając wielkich słów nie da się tego nazwać.4

1A. Sapkowski, Ostatnie życzenie, Warszawa 2014, s. 126.

2A. Sapkowski, Ostatnie życzenie, Warszawa 2014, s. 318.

3A. Sapkowski, Miecz przeznaczenia, Warszawa 2014, s. 262

4A. Sapkowski, Ostatnie życzenie, Warszawa 2014, s. 315-319.

1 Komentarz  Like

 

 

Jest wigilia. Dziś rano fb pokazał mi wspomnienie sprzed kilku lat, kiedy to, świętując Święto Słońca na Gran Canarii, na życzenie pewnego Brytyjczyka w pożyczonym garnku gotowałam barszcz, nieplanowaną „wieczerzę wigilijną” spożywałam z przyjacielem i parą polskich gejów, którzy mieszkali za płotem, a znów na „pasterkę” z poszłam do sex klubu. Tym razem jestem we Wrocławiu, w domu. Nie robię niczego szczególnego, ot – jakaś umowa do zeskanowania, gotowanie, sprzątanie, wieczorem rodzinna kolacja. Ale zanim do niej usiądę, po prostu muszę Ci pokazać piosenkę, na którą zupełnie nieprzypadkowo trafiłam w internecie. Została udostępniona w grupie Karol Akabal – Eros. Kobiecy krąg. Jest to stara „Bo we mnie jest seks”, którą śpiewała Kalina Jędrusik, ale słowa napisał mężczyzna – Jeremi Przybora.

W tej starej wersji piosenka była zabawna, była też wyzwaniem dla każdej aktorki, którą ją śpiewała, bo tekst był wielkim językołamaczem (być może niektórzy, śpiewając ją w wolnych chwilach, ćwiczyli giętkość języka do seksu oralnego). Była też idealnym przykładem rozdzielenia miłości i seksu, duchowości i seksu tak typowym w mieszczańskiej rzeczywistości. „Bo we mnie jest seks, co pali i niszczy. Dziesiątki już serc wypalił do zgliszczy” albo „Lecz we mnie ten seks, jak chwast ją zagłusza. Nikt nie wie, że jest pod seksem i dusza” przedstawia naprawdę nieciekawą relację między człowiekiem a „żądzą” czy też seksem a miłością. Tak, wiem, że to tylko piosenka. A jednak gdy człowiek żyje otoczony takimi piosenkami, może uwierzyć, że jedno i drugie – dusza i seks – wykluczają się wzajemnie, jak to od stuleci wmawia np. kościół katolicki. I potem ludzie nie domyślają się nawet, że akt seksualny może być czymś więcej niż rozładowaniem, zezwierzęceniem, czy wesołym ruchankiem. Że może być także głębokim duchowym przeżyciem, będąc jednocześnie gorącym seksem!

Z tym nowym tekstem to dla mnie piosenka nowego świata, nowej rzeczywistości. „Bo we mnie jest seks, co złe lody kruszy, dziesiątki już serc do głębi poruszył…” Gdy ją pierwszy raz usłyszałam, nie mogłam zapomnieć, musiałam usłyszeć i zaśpiewać jeszcze raz. I jeszcze raz. O dobrym seksie, a raczej seksualności, która może być Twoim światełkiem w tunelu, promyczkiem, który wyciąga Cię z ciemności i depresji, morską latarnią, dzięki której nie rozbijesz się na skałach i nie zagubisz na huczącym oceanie!

 

Dzięki seksualność możesz włączyć wewnętrzne zasilanie i dzięki niej możesz usłyszeć głos swojej duszy. Albo jeśli nie wierzysz w duszę – po prostu swój wewnętrzny głos. To coś, co chce przez Ciebie przemówić, ale jest tłamszone – Twoja indywidualność, Twoje pragnienia, Twoje potrzeby – które często są tak samo miażdżone, jak Twoja seksualność.

Seksualność i seks mają zaiste bardzo złą reklamę. Mają się kojarzyć z brudem i występkiem, ze zboczeniem, dewiacją, rozpustą. Mają się wykluczać z duchowością, która jest piękna i czysta. Dlaczego dwie piękne sprawy mają się wykluczać? Dlaczego mam wybierać: dusza lub seks? Czuję, że jedno i drugie tak bardzo się ze sobą łączy! Maria, która pisała nową wersję tekstu do piosenki, napisała coś, pod czym mogę się obiema rękami podpisać. Chociaż – jak widać po mojej kartce – próbowałam napisać jeszcze jedną, bardziej swoją, ale równie seksualną wersję tekstu. I chciałam, żeby było w niej widać, że seksualność jest mocą. Że może uzdrawiać. Dawać szczęście i radość. Spełnienie.

Śpiewałam ją z kobietami na Kursie akceptacji ciała we Wrocławiu. I to było wydarzenie! Przyniosłam ją cichaczem ściągniętą z YT. Jej tekst, tak nowy i świeży, zapadł głęboko we mnie. Chyba właśnie dlatego, że śpiewała w nim także o duszy. W jej słowach dusza i seks są jednym, nie są opozycyjne, tylko się łączą. Szczególnie chrześcijaństwo oczerniało seks, a my, wychowani w chrześcijańskiej spuściźnie, możemy myśleć: „O matko, a co nagle wspólnego mają dusza i seks?!” Myślę, że każda, którą jedność w seksie lub orgazm poprowadził do „Boga”, przeczuwa, że coś musi być na rzeczy. 🙂 Niejedna kobieta mówiła mi, że orgazm zbliża ją do absolutu, że podczas orgazmu przebywa w Kosmosie lub że seks jest dla niej spotkaniem ciał i dusz.

I teraz, w wigilię, w to „tradycyjne polskie święto” pragnę podzielić się z Wami tą piosenką o seksie i duszy. Żeby nam się te rozdzielone sfery połączyły. Kiedy, jeśli nie teraz, gdy na naszej półkuli słońce wygrywa z ciemnością, gdy w co drugim domu stoi zielone drzewko – symbol drzewa życia? Niby skąd bierze się życie, którego narodziny świętują w tych dniach ludzie przeróżnych religii i kultur? No nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to wszystko się łączy! Duchowość i seksualność. I pewnie to będę sobie śpiewać, jadąc na kolację: „Bo we mnie jest seks, mój ogień i siła (…) on mi serce rozgrzewa, rozjaśnia mój świat, rozkwitam jak kwiat”. Może nie jest to poezja na miarę Szymborskiej, ale za to słowa, które mają potencjał zmienić spojrzenie na seksualność z tego starego patriarchalnego na to nowe, na miarę XXI wieku. Dziękuję, Marysiu!

 

 

Rodzice są zaniepokojeni. Zaniepokojeni są też ci dorośli, którzy nie mają dzieci. Zaniepokojeni są także, a może szczególnie, edukatorzy i edukatorki seksualne, seksuolodzy, psycholożki. Zaniepokojona była moja koleżanka, która uczyła w gimnazjum. Sex coachka, z którą współpracuję i koleżanka-fotografka, matka kilkuletniego chłopca. Wszystkim stają włosy na głowie. Wszystkim tym, którzy znają problem. Którzy mają odwagę się jemu przyjrzeć. Którzy po pierwsze chcą poczytać o wpływie pornografii na mózg, a po drugie przyznać, że ich dziecko może mieć kontakt z pornografią. Chociaż jeszcze jest małe. Bo przecież nie ma 15 lat. Tylko 11. Albo 8. Są jednak tacy, którzy uważają, że jak dziecko ma mleko pod nosem, to nie będzie oglądać „tych świństw”, bo przecież… no właśnie co? Samo zrozumie, że to nie dla niego? Że może mu wyrządzić nieodwracalne krzywdy? Że może zmienić strukturę mózgu i zaprogramować przyszłe nieudane życie seksualne? Niby na jakiej podstawie? Kto Twojemu dziecku na spokojnie wytłumaczył, dlaczego lepiej odpuścić internetowe porno, albo chociaż – oglądać je krytycznie? Ja Twojej pociechy nie znam. Co prawda, opowiadam czasem w necie o alternatywie dla porno, ale prowadzę portal i kanał dla dorosłych, a nie dla dzieciaków w wieku podstawówkowym. Jeśli Ty mu tłumaczysz, to przybijam Ci piątkę, bo tym samym robisz wielką robotę nie tylko dla swojego dziecka, ale także dla seksualności jako takiej, i jestem Ci za to bardzo wdzięczna. Jeśli jednak jeszcze tego nie robisz, mogę Ci tylko powiedzieć: nie licz na to, że jakoś to będzie. Że Tobie nikt nie tłumaczył i że przecież jakoś żyjesz. Czasy, niestety, bardzo się zmieniły. A sposób konsumowania pornografii razem z nimi.

Dziecięca bezbronność kontra ruchanie w odbyt

Pierwszy kontakt z pornografią miałam w wieku przedszkolno-zerówkowym. Koleżanka wygrzebała z tapczanu wujka „świerszczyki”. Z tego, co pamiętam, były to czarno-białe zdjęcia z pornogazetki wydrukowanej na strasznej jakości papierze. Nie zainteresowało mnie to, chyba dlatego, że było tak brzydkie. I ohydnie śmierdziało farbą drukarską. Nie miałam pojęcia, na co patrzę, ani też nie czułam zgorszenia. Nie rozumiałam nic, i nie było obok dorosłego, który by mógł to wytłumaczyć. Następnym razem, gdy trafiłam na obrazkową pornografię, miałam z 15-16 lat. Był to jakiś film z kasety wideo, który pokazała mi inna koleżanka. Nieszczególnie mi się podobał, ale moje ciało zareagowało bezbłędnie, nawet jeśli przedstawione tam obrazy były nieestetyczne i karykaturalne, czy nawet kolokwialnie mówiąc – durne. Kolejny raz oglądałam pornografię z płyty CD, razem z moim chłopakiem. Oboje byliśmy wtedy dorośli. Internety dopiero się zakładało – na kablach, w wielkich miastach, w miejscach, w których były „możliwości techniczne”. Gdzieniegdzie ktoś miał modem, na którym zwykła wiadomość e-mail wczytywała się kwadrans. Serwisów takich jak YouTube jeszcze nie było. Więc podejrzewam, że stworzonych na ich wzór serwisów porno z krótkimi klipami też było niewiele, ale może się mylę, bo przecież nie penetrowałam wtedy internetu. Moi koledzy wymieniali się filmami na płytach, a transfer był taki, że jeden film ściągało i przez tydzień. Nie był to złoty czas konsumowania pornografii na terabajty, bo nie było takich możliwości technicznych.

Inaczej jest dzisiaj. Seksuolog, doktor Depko nie pozostawia złudzeń: „Zróbmy eksperyment. Powiedzmy, że obaj mamy po 12 lat, jesteśmy właśnie na podwórku i szukamy wiedzy o istotnych dla nas sprawach. Wpisujemy więc hasło (Depko wyciąga smartfon), które znamy z podwórka: „ruchanie”. Proszę bardzo (Depko klika w google-grafika): „Ruchanie śpiącej żony”. „Chętna na ruchanie łyka spermę”. „Ruchanie w odbyt”. I do tego zdjęcia.”1

 

Możliwości techniczne


 

Teraz pytanie: Dlaczego jakieś dziecko miałoby w wyszukiwarkę wpisywać frazę „ruchanie”? Po pierwsze seksualność to dziecina życia, która się domaga poznania, nawet jeśli ktoś jest z katolickiej rodziny. I nieważna jest płeć dziecka, ważne jest to, że często seks jest czymś zakazanym i dlatego ciekawi. Jeśli dzieciom nie tłumaczy się, co to jest i do czego służy, tym bardziej same muszą znaleźć odpowiedź! Czas szperania po książkach już dawno się skończył i nie każdy trzyma w domu na widoku Świętą seksualność, która ma tyle kolorowych obrazków, że jakieś dziecko może się zainteresuje. Możliwości techniczne są teraz zdecydowanie inne niż jeszcze 10 lat temu i to jest drugi powód. Możesz oglądać film z telefonu albo tabletu, siedząc w ławce na lekcji (i to nie musi być Twój telefon, może być np. kolegi, który Ci na chwilę pożyczył, przy jednym telefonie może też siedzieć kilka osób albo i pół klasy). Internet jest wszędzie, a porno tak łatwo dostępne, jak nigdy wcześniej. Natomiast jego „jakość” jest pewnie także w ogromnej większości – najniższa z możliwych. Świadomi konsumenci może i trafią na starannie wyselekcjonowane porno z czułymi scenami wyreżyserowanymi przez artystki-feministki, ale aby do tego się dostać, trzeba znać nazwiska i mieć pojęcie, że takie porno czy erotyka także istnieją, a nie sądzę, żeby wiedziały o tym dzieci.

I chociaż matki już raz zbuntowały się i stworzyły alternatywne porno dla dzieci2, to to, co się widzi po wejściu na pierwszy lepszy portal z filmami (ja wchodzę na RedTube), to sceny szybkiego seksu, często pełnego przemocy. W prawym oknie strony wyświetla mi się filmik, na którym kobieta dusi mężczyznę, potem odbywa z nim stosunek w dwóch pozycjach, następnie ssie penis a na końcu on wytryskuje na jej piersi – i to wszystko w jakieś 5 sekund, bo film jest reklamą i wyświetla się w przyspieszonym tempie. Co więcej – uruchamia się samoczynnie, gdy tylko wchodzę na stronę, bo aktualnie przeglądarka Chrome nie pozwala wyłączyć opcji autoplay. Podobnie jest, gdy wchodzę na ten sam portal z komórki. Wyświetla mi się inny filmik, na którym w 3 sekundy (dosłownie w 3 sekundy) oglądam zmontowane sceny: kobieta ubrana w czarną siatkę z wycięciem w kroku pieści się fioletowym wibratorem po łechtaczce i kroczu, a stojący obok mężczyzna wkłada go jej w odbyt. Skoro to trwało 3 sekundy, co można zobaczyć w 30 sekund albo w 30 minut? Jak odbywa się to „uświadomienie przez internet”? Co więcej – to się może odbywać dzień po dniu godzinami. Podejrzewam, że po tygodniu jesteś już specjalistą od seksu waginalnego, analnego, oralnego, gadżetów, BDSM, mamusiek, tryskania mlekiem z cycków, ejakulatem z waginy i wielokrotnego orgazmu. Tylko, niestety, Twój „materiał edukacyjny” jest tak bliski rzeczywistości, jak filmy SF reportażom z National geografic.

Życie to nie film SF, ale nastolatki tego nie rozumieją

Dziecko, o ile nikt mu nie wytłumaczył, że porno to bajka dla dorosłych, niestety, jest całkowicie bezbronne. Ta „bajka” koduje jego przyszłe doświadczenia seksualne. Jeśli coś się ogląda w kółko i to coś podnieca, będzie się potem próbować ten scenariusz realizować w życiu. „Pornografia po prostu nie jest dla dzieci. One odbierają to zbyt dosłownie. To kształtuje wizerunek seksu całkowicie nieprawdziwy i powoduje w młodym organizmie prawdziwe spustoszenia. – mówi Depko. – (…) Wejdź na pornhub albo jakikolwiek ogólnodostępny portal. Masz tam przekrój wszelkich fetyszy: mamuśki, sado-maso, pissing itd. Dzieciaki się na takich rzeczach fiksują. Młodzi ludzie wysyłają do mnie takie maile: „Czy na pierwszej randce można zaproponować dziewczynie seks analny?”. I teraz wyobraź sobie sytuację, że ten chłopak jest przekonany, że (…), w którą dziurkę byś nie wszedł, to kobieta jest zachwycona i wydaje odgłosy rozkoszy. To rodzi prawdziwe tragedie w relacjach w świecie realnym. (…) Pacjenci podczas rozmowy w gabinecie tłumaczą: „Na filmach one chętnie robią laskę, a moja nie chce robić laski. Co robić?”. W końcu przychodzą razem, dziewczyna tłumaczy, że może by i chciała, ale – po pierwsze – jego natrętny sposób domagania się jest nie do wytrzymania, a po drugie – ona czuje wielki stres, że nie zrobi tego „tak jak w pornolu”. „Czyli jak?” – pytam. „No, nie jestem w stanie połknąć, a powinnam”. „A dlaczego powinnaś?”. „No bo tam połykają”.”3

Z pornografią z internetu ledwo radzą sobie ludzie dorośli. „Internetowe strony pornograficzne, oferują mnóstwo darmowych „próbek”, usiłując uruchomić mechanizm uzależnienia, bo to zapewnia im później zyski4” – pisze w książce „Wagina. Nowa biografia” dziennikarka Naomi Wolf. Więc jak mają na nią reagować dzieci? Pomijając całkowicie nierealny wizerunek seksualności i przyszłe problemy w związkach, porno może spowodować uzależnienie. „Po moim artykule z 2011 roku (…) – pisze dalej Wolf – otrzymałam wiele e-maili od szkolnych pedagogów, z liceów i z internetów (…) z ich doświadczenia wynikało, że coraz więcej chłopców popada w tak głębokie uzależnienie od pornografii, że już w wieku szesnastu- czy siedemnastu lat nie są w stanie normalnie uczyć się, uprawiać sportów i nawiązywać przyjaźni”. A weźmy pod uwagę, że te 10 lat temu dopiero startowała sprzedaż smartfonów a darmowe sieci wifi były rzadkością. Oczywiście, nie każdy się uzależni od porno, tak jak nie każdy się uzależni od alkoholu. Ale po pierwsze – alkoholu osobom poniżej 18 roku życia nie sprzedaje się. Po drugie – o wiele trudniej uzależnić się od pornografii w stylu „Pamiętników Fanny Hill”, które trzeba przeczytać (czytałam jako 14-latka), więc trzeba włożyć w to jakiś wysiłek, czy zdjęć z gazetek z lat 80., którą to pornografię trzeba było wyszperywać, chować, która miała fizyczny nośnik, mogli ją znaleźć rodzice (i może dzięki temu porozmawiać z dzieckiem) a było można ją czytać czy oglądać tylko w domu albo u kolegi; a inaczej się uzależnia od czegoś, co jest tak łatwo dostępne, jak batonik w supermarkecie czy muzyka na YouTube, co masz zawsze ze sobą jak Twój telefon, co możesz dyskretnie oglądać nawet w autobusie czy pod ławką w szkole i co zalewa Twój mózg taką ilością dopaminy, czyli hormonu, który poprawia nastrój, że z pewnością będziesz chcieć sięgnąć po „następny odcinek” tego serialu, który się nigdy nie kończy.

Nieskończone zasoby internetu

Kiedyś ilość dostępnej pornografii była skończona. Nawet jaki miałeś dziesięć kaset wideo czy 20 płyt CD, to mogłeś oglądać tylko je. Być może mogło Ci się to znudzić. Dziś, gdy znudzisz się kategorią „Amatorki”, która jako pierwsza wyświetla mi się w RedTube, możesz iść do: analny, arab, Azjatki, bielizna, big ass, big dick, blondynki, brazylijski, brunetki, bukkake, cartoon, celebrytki, college, cosplay, dojrzałe, duże cycki, European, feet, female orgasm, fetyszyzm, French, funny, gejowskie, gonzo, grupa, hentai, klasyczne, kompilacje, lesbijki, mamuśki… Mam wymieniać dalej? Bo jeszcze nie doszłam do połowy, a niektóre słowa widzę pierwszy raz na oczy, chociaż swego czasu obejrzałam górę płyt z filmami porno. Było to ponad 15 lat temu, kiedy i nośniki były inne, i kategorie. Tylko że ja byłam wtedy dorosła, a co to jest seks, znałam z doświadczenia. Filmy porno czasem mnie rozśmieszały, czasem podniecały, czasem zniesmaczały. Tak czy siak, miałam do nich zdrowy dystans. Nie oglądałam też filmów zawierających przemoc, a najczęściej wybierałam filmy rysunkowe, bo nie lubiłam patrzeć na udawany seks między aktorami, który wydawał mi się nudny i sztuczny. A także nie oglądałam ich codziennie, tak samo jak codziennie nie piłam alkoholu. Być może, gdybym dorastała w 2019, oglądałabym porno codziennie, bo seks ciekawił mnie bardzo, a w internecie obecnie łatwiej znaleźć tuzin serwisów z filmami porno, niż jeden z ładnymi opowiadaniami erotycznymi czy też z rzetelną edukacją seksualną. Słowem, miałam szczęście, że urodziłam się w latach 80. A ile szczęścia ma Twoje dziecko?

Dr Depko radzi

Wraz z kupnem smartfona dziecko powinno w pakiecie dostać wiedzę, że pornografia, którą na 99 procent zobaczy, to jest bzdura. To paradoks, że ci sami, którzy chcą wyrzucać edukatorów seksualnych ze szkół, jednocześnie na pierwszą komunię te smartfony wręczają. Za 20 lat będą mieli zastępy nieszczęśliwych ludzi.”5 – mówi seksuolog w wywiadzie dla Gazeta.pl. A ja pisząc ten artykuł, dostaję wiadomość od młodej kobiety, która przeczytała inny mój artykuł, Czy edukacja seksualna powinna odbywać się tylko w domu? i napisała, że „artykuł daje mi też większe zrozumienie tego, co działo się w moim życiu seksualnym przez lata, bo ja o seksie uczyłam się tylko z porno, moi partnerzy też. I nieraz czułam presję by być jak „laski z porno” i zgadzać się na coś bo to przecież „takie normalne”, bo tyle tego w internecie.”

Co jest dla mnie uderzające, to to, że pisze to moja internetowa „znajoma”. To nie jest Amerykanka ani Angielka „ze zgniłego Zachodu”, tylko kobieta, która tak samo, jak ja, wychowała się w Polsce, tym „katolickim kraju, gdzie dzieci przed pornografią ustrzega się kazaniem o grzechu”, tylko niestety, w latach 90., i dorastała, gdy znikomą edukację seksualną w szkołach zastąpiła „edukacja z porno”.

 

2 „Byłam przerażona, kiedy zauważyłam, że moje dzieci czerpią wiedzę o seksie ze stron pornograficznych, pełnych hardcorowych scen seksu. Nawet nigdy się tym nie interesowałam, ani nie oglądałam” – przyznaje jedna z matek, która zdecydowała się nakręcić film porno dla swoich dzieci. 12-minutowy filmik, który został wyemitowany w stacji Channel 4, wywołał wielką debatę w Wielkiej Brytanii. Kobiety twierdzą, że zdecydowały się na udział w projekcie, ponieważ chcą uświadomić swoje dzieci, że seks to nie tylko kontakt fizyczny, ale również nawiązanie relacji. Matki uznały, że ich dzieci nie powinno czerpać wiedzy na temat z seksu z wulgarnych filmów porno. „Najbardziej szokujące było to, że zdecydowana większość porno, którą zobaczyłyśmy w internecie zawierała sceny przemocy i gwałtu.” Cyt. za:
https://www.se.pl/wiadomosci/swiat/matki-nakrecily-porno-dla-swoich-dzieci-nagranie-jest-w-sieci-aa-LHew-QD7o-LUQR.html

4 N. Wolf, Wagina. Nowa biografia, Warszawa 2013, s. 235.

 

W rdzennych kulturach Afryki, Azji, południa Europy oraz obu Ameryk idea czerwonego namiotu, zwanego również namiotem księżycowym była związana z wyizolowaną przestrzenią wyłącznie kobiecą gdzie kobiety celebrowały miesiączkę. W związku z synchronią księżycową wszystkie kobiety danej wspólnoty miały okres w tym samym czasie, mogły więc razem celebrować moc płynącą z miesiączki, co okazywało się źródłem dużej społecznej siły. W zależności od kultury, praktyki czerwonego namiotu były różne – czasem były one związane z tańcem i ruchem, czasem bardziej statyczne, często jednak mistyczne i duchowe. Wierzono, że czas miesiączki jest dla kobiety czasem nie tylko większego i głębszego połączenia ze sobą ale również z liną przodków i przodkiń. Dlatego też kobiety w tym czasie modliły się, medytowały nad potrzebami oraz szukały rozwiązania problemów nie tylko dla siebie ale również, a często przede wszystkim, dla całej społeczności.

Wieki tradycji patriarchalnej odcięły kobiety od cykliczności ich ciał oraz ztabuizowały miesiączkę oraz samą krew miesięczną. Nie dyskutuje się o niej publicznie, zazwyczaj kobiety ukrywają fakt, że mają okres, nie lubią a czasem nienawidzą własnych miesiączek. Traktują okres jako przysłowiowe ‚zło konieczne’, które często związane jest ze wstydem.

Tymczasem ja zapraszam do zbudowania Czerwonego Namiotu. Zapraszam do podzielenia się swoją herstorią miesięczną. Jakakolwiek by ona nie była – każda będzie zaproszona i wysłuchana. Obecna lub przeszła. Zapraszam do Ćwiczeń z Krwawienia.

Ćwiczenia z Krwawienia mają być przestrzenią wzajemnej kobiecej (ko)edukacji o integralnej części ich własnej tożsamości. Efektem tego działania będzie powstanie pierwszej w Polsce wirtualnej kolekcji opowieści menstruacyjnych. Drugą osią tych spotkań będzie praca nad powstaniem kolekcji osobistych menstruacyjnych artefaktów, połączonych razem tworzących jedno, wspólne dzieło, którym będzie uformowany czerwony namiot oraz stworzona bezpieczna przestrzeń w środku wraz z zaproszeniem dla odwiedzających go kobiet do podzielania się własnym doświadczeniem.

Jeżeli chciałabyś uzyskać więcej informacji, wziąć udział w projekcie, zorganizować spotkanie u siebie w gronie bliskich Ci kobiet, proszę o kontakt: Iza Moczarna-Pasiek: impasiek@gmail.com

W zasadzie nie powinnam pisać o Watykanie. Bo niby co obchodzą mnie głoszone przez nich normy moralne i skrajna niechęć do seksualności? Można powiedzieć, że to ich wewnętrzna, katolicka sprawa. Chcą żyć w celibacie, brzydzić się osobami LGBT+ oraz potępiać prawa reprodukcyjne, czyli m.in. prawo do antykoncepcji i aborcji? – no to niech sobie potępiają, przecież nie jestem katoliczką, mnie to nie dotyczy. A jednak czuję się w obowiązku napisać o Watykanie i jego pracownikach, bo oni od stuleci uzurpują sobie prawo do wchodzenia z butami w życie seksualne innych i do ustanawiania podobno moralnych standardów zdrowej seksualności. Nie chcę przechodzić obojętnie wobec ogromu zła, jakie Watykan czyni, przyzwalając na pedofilię i gwałty na seminarzystach i zakonnicach, a także z czystej hipokryzji niszcząc ludzką seksualność, piętnując ją i oczerniając, potępiając nasze niewinne seksualne zachowania, pragnienia i potrzeby. Homoseksualne dzieciaki z tego powodu popełniają samobójstwa, zindoktrynowani i wprowadzani w błąd nastolatkowie wierzą, że antykoncepcja jest zła lub niepotrzebna, bo „tak powiedział papież”, przez co rujnują swoje zdrowie, chorując, m.in. na powracającą znów kiłę i hiv, powołują do życia dzieci, sami będąc jeszcze dziećmi, lub odbierają sobie życie, jak ciężarna nastolatka zgwałcona przez księdza pedofila Jankowskiego1; dziewczyny i kobiety są oskarżane i same się oskarżają o „zbrodnię aborcji”, gdy tymczasem pracownicy Watykanu patrzą na to obojętnie, jakby nie rozumiejąc, że często ludzkie nieszczęście wyrasta z ich nieszczęsnych i obłudnych „nauk”. Co więcej, ci „nauczyciele jedynej moralności” to w większości ludzie skrajnie nieetyczni, akceptujący zło i ludzką krzywdę. Watykan przecież kryje i awansuje przestępców i hipokrytów – często seksualnych zbrodniarzy – pretendując do pouczania innych, czym jest moralność, czym „cywilizacja śmierci” i kto „zasłużył na miłość bożą”.

Papież Benedykt XVI w strojnym kapeluszu, który nakłada mu jego osobisty asystent. Żadnych skojarzeń?


„Za dnia głoszą czystość a nocą katechizują męskie prostytutki.”

Jednym z kluczowych przykładów skrajnej hipokryzji oraz watykańskiego zła jest kolumbijski kardynał Lopez Trujillo2, zaufany człowiek i przyjaciel papieża Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Oczywiście, głosił, że: „Aborcja jest bardziej przerażającą zbrodnią niż wszystkie wojny światowe”3 oraz że „Nie można negocjować świętości i nierozerwalności małżeństwa, nie można akceptować rozwodu (…)”. Potępiał też homoseksualistów, przeciwko którym prowadził prawdziwą krucjatę, zabraniał używania prezerwatyw, nawet w Afryce, gdzie AIDS zabiło miliony ludzi. Taka była jego oficjalna polityka: był przeciwnikiem seksualności, osób LGBT+, kobiet, osób, które wzięły rozwód lub potrzebowały rozwodu. Podważał prawa reprodukcyjne i „w obronie rodziny” walczył ze społecznym postępem w zakresie seksualności i ochrony praw człowieka. Prywatnie zaś prześladował księży i zlecał morderstwa na misjonarzach i duchownych nurtu teologii wyzwolenia (czyli takich, którzy pracowali z ubogimi), które wykonywały osoby z kolumbijskich bojówek paramilitarnych4. Łatwo było mu nazywać aborcję zbrodnią większą niż wojny światowe, a co do powiedzenia miał o własnych zbrodniach? „Dziś uważa się, że Lopez Tujillo jest bezpośrednio lub pośrednio odpowiedzialny za śmierć biskupów i dziesiątki księży wyeliminowanych za postępowe poglądy” – pisze w książce „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie” Frederic Martel5. Jak więc ktoś, kto zleca morderstwa, może rozprawiać o „ochronie życia”? Jak często, kler poubierany w purpurę, kryjący zbrodnie6 i pedofilię, oskarżający o „grzech współwiny” 9-letnie wykorzystane przez księży dzieci7, bez mrugnięcia okiem poucza innych o moralności? Jak często księża-homoseksualiści8 grzmią przeciwko prawom osób LGBT+ i w ohydnych słowach wypowiadają się o homoseksualistach i osobach transpłciowych? Jak często ci wystrojeni w różowe suknie i złotogłów, z rubinowymi pierścieniami i w haftowanych pantoflach, pouczają o skromności i pokorze, wyśmiewając drag queens lub bawiących się na paradach kolorowych gejów, podważając ich męskość i zarzucając zboczenie9? Jak często ci, którzy mają kochanki lub korzystają z usług prostytutek, pouczają innych o grzechu cudzołóstwa? Jak często ci, którzy potępiają przerywanie ciąży, płacili za aborcje swoich kochanek, wykorzystywanych zakonnic10 albo molestowanych dziewczyn11? Jak często ci, którzy plotą androny o „zachowaniu dziewictwa do ślubu”, bałamucą nieletnie dziewczęta i robią im dzieci, jak – być może – niesłynny ksiądz Tymoteusz? Po lekturze tego, co o pracownikach Watykanu ujawnił Martel, zakładam, że częściej niż myślisz.

 

Kardynał Burke w swoim pięknym stroju, pierścieniach i rękawiczkach.


Wspomniany kardynał Lopez Trujillo współpracował z przestępcami, brał pieniądze od przywódcy kartelu narkotykowego Pabla Escobara, który afiszował się jako katolik, działał na korzyść przestępców i bogaczy oraz niekorzyść kolumbijskiej biedoty oraz zwykłych ludzi. Gdy w 1990 roku wyjechał z Kolumbii, Watykan przyjął go z otwartymi ramionami, a gdy umarł – pochował go z honorami papież Benedykt. Trujillo był jednym z tych, którzy Ratzingera uczynili papieżem. W tym czasie także oczerniał osoby homoseksualne, walczył przeciwko prawom osób LGBT+, był skrajnie antygejowski. Jednocześnie – był czynnym homoseksualistą12 i wszyscy o tym wiedzieli. I w Kolumbii, i w Watykanie. „Uważano go tutaj za „papieża Ameryki Łacińskiej”, więc pozwalano mu na to”. Z ambony potępiał gejów, ale gdy z niej schodził, korzystał z usług męskich prostytutek, a także molestował seminarzystów i niższych rangą księży13 i chłopców, których inni duchowni, często biskupi, podrywali dla niego na ulicach i naganiali do jego apartamentów. Był znany z wyjątkowego okrucieństwa, z jakim traktował żigolaków, których brutalnie bił po seksie. Słowem – był potworem, jedną z najczarniejszych postaci Watykanu ostatnich lat. I jednym z typowych watykańskich hipokrytów, którzy – jak pisze Martel – „Za dnia głoszą czystość a nocą katechizują męskie prostytutki.” Umarł w 2008 roku – oficjalnie z powodu infekcji płuc, nieoficjalnie na AIDS. Pogrzeb odprawił papież, pokazując, że Watykan oficjalnie walczy z prawami kobiet i gejów, a jednocześnie większość księży z Watykanu to homoseksualiści, którzy bez problemu korzystają z homoerotycznych uroków seminarium i nocnego Rzymu, chodzą do gejowskich klubów, płacą żigolakom lub też zmuszają do seksu, korzystając ze swojej władzy, podczas gdy wszyscy o tym wiedzą, a watykańska machina tuszuje wszelkie zbrodnie, seksualną przemoc, a przede wszystkim – hipokryzję i cwaniactwo kleru.

Innym watykańskim potworem prowadzącym podwójne życie był wpływowy ksiądz Marcial Maciel Degollado – pedofil, który przez dziesiątki lat wykorzystywał setki dzieci i seminarzystów, a także swoje własne dzieci (o molestowanie oskarżyło go jego dwóch synów). Jedyną „karą”, jaka go za to spotkała, był nakaz papieża Benedykta, aby Maciel zrezygnował z działalności publicznej i resztę życia spędził na pokucie. Jak możemy przeczytać w Wikipedii: „Proceder seksualnego wykorzystywania dzieci (molestowanie seksualne ok. 30 małoletnich członków Legionu, w latach 1940–1970) i seminarzystów przez Maciela trwał przez dziesięciolecia. Watykan nie reagował na skargi i zarzuty, kierowane przez ofiary kapłana14.” Oczywiście, ów proceder nie skończył się w roku 1970… I za to wszystko – pokuta? A na co choćby niektórzy polscy księża skazują osoby LGBT+, oczerniając je z ambon, a jednocześnie kryjąc pedofilów? Martel pisze o Macielu, że dysponował fortuną i stał „na czele prawdziwego przedsiębiorstwa przemocy seksualnej przez kilka dziesięcioleci” i „był pod ochroną Jana Pawła II”15. I teraz pytam Cię – dlaczego masz się przejmować tym, co pracownicy Watykanu głoszą na temat seksu i seksualności, na temat być może Twojej „nieuporządkowanej” lub wprost – chorej – seksualności, skoro sami, włącznie z papieżami, nie mają żadnej moralności i pozwalają księdzu takiemu jak Maciel systematycznie i przez całe dziesięciolecia gwałcić dzieci i wykorzystywać seminarzystów? Jest to pytanie, oczywiście, retoryczne, ale wiem, że część osób bardzo przejmuje się tym, co kościół głosi na temat antykoncepcji, aborcji lub też w ogóle praw gejów i osób LGBT+. Takim osobom jak ja i moje koleżanki – edukatorki seksualne czy tancerki erotyczne albo po postu kobiety, które używają prezerwatyw, biorą pigułki antykoncepcyjne albo przerwały ciążę – wieszczy piekło. Nazywa morderczyniami. Jednocześnie zaś przez dziesiątki lat pozwala choremu człowiekowi niszczyć seksualność i życie dziesiątek dzieci i młodych mężczyzn.

Jeśli sięgniesz po książkę „Sodoma”, zrozumiesz, dlaczego księża – którzy w Watykanie w większości są gejami – tak bardzo nienawidzą gejów i ruchu LGBT+ i jaki to ma wpływ na ukrywanie wszelkich zbrodni pracowników Watykanu – włącznie z kryciem potworów pedofilów oraz tuszowaniem morderstw. Ja opowiem Ci to w wielkim skrócie.



Fala homoseksualnych powołań kontra ruch gejowskiego wyzwolenia

Przed laty, gdy jeszcze nie istniał żaden ruch gejowski, a osoby podejrzewane o homoseksualne skłonności trafiały na języki albo do więzienia, sutanna była jednym z niewielu schronień dla homoseksualistów. Młodzi chłopcy, przerażeni swoimi „chorymi” pragnieniami, często uciekali do seminariów, aby ukryć prawdę o swoim „niedopasowaniu” do świata – przed rodzinami, przyjaciółmi i często przed sobą samym. Tam często trafiali na podobnych sobie – ukrywających się mężczyzn, zafascynowanych męskością. Zawiązywali przyjaźnie, mieli romanse albo i stałe związki. Przez dziesięciolecia albo stulecia Watykan właśnie w taki sposób zapewniał sobie falę „powołań”. Ten, kto zostawał księdzem, często miał władzę, pieniądze i sekretnego kochanka (albo: kochanków), o którym wiedzieli tylko ludzie z wewnątrz. Nikt przecież nie podejrzewałby pobożnego księdza o sodomickie skłonności! Takie mogliby wykazywać przecież jedynie szaleni poeci, jak np. Paul Verlaine, który w XIX opuścił swoją rodzinę, aby żyć ze swoim kochankiem Arthurem Rimbaud. System „powołań” sprawnie funkcjonował, dostarczając wiernym nowych wikarych, a starym biskupom i kardynałom – świeżej zwierzyny, która będzie grzała ich biskupie łóżka. Oni już nie musieli się starać i podrywać ani narażać. Seminaria i kościoły, a szczególnie Watykan – pełny był niewinnych, naiwnych i skrytych homoseksualistów, którzy z miłości lub żądzy, z przebiegłości lub chęci awansu albo po prostu ulegając manipulacji lub przemocy, zaspokajali seksualne fantazje swoich przełożonych.

Watykańskie szyki w XX wieku popsuł znienawidzony przez kościół ruch dumy gejowskiej. Ci, którzy zamiast żyć otwarcie – godzili się na przemoc w murach Watykanu lub dalekich parafiach – potępiali tych, którzy odważyli się wyjść na ulice i zawalczyć o swoje. Lub też zazdrościli im. Im bardziej wyemancypowany był ruch gejowski, im więcej praw uzyskiwali homoseksualiści – włącznie z prawem do małżeństw – tym bardziej w Watykanie spadała liczba „powołań”. W Danii, Holandii czy we Włoszech nie trzeba już było ukrywać się pod sutanną, żeby rodzina i przyjaciele nie wytykali Cię palcami. Już można było żyć otwarcie, godnie i szczęśliwie jako para gejowska czy związek jednopłciowy. Stare watykańskie pokolenia, które z pietyzmem pielęgnowały uwewnętrznioną homofobię, przystąpiły do ataku. I znów w dzień grzmiały z ambon, a „nocą katechizowały męskie prostytutki”. Wewnątrz tego światku każdy wiedział wiele o innych. Każdy miał na każdego haka. I właśnie przez to ukrywanie homoseksualizmu, zaczęto też ukrywać inne rzeczy. Także poważne seksualne przestępstwa.

Kto nie odróżnia seksu od seksualnej przemocy? Księża, biskupi i kardynałowie Watykanu!

Stare pokolenia pracowników Watykanu pamiętały, że stosunki homoseksualne to grzech i przestępstwo, ponieważ wiele europejskich krajów dawniej miało specjalne zapisy, nakazujące „sodomitów” zamykać w więzieniach lub szpitalach psychiatrycznych (w Polsce taki zapis usunięto w 1932 roku, ale w części krajów europejskich znacznie później, np. w Anglii w 1982, w Portugalii w 1983, a na Cyprze w 2014 r.). I nawet jeśli zmieniły się prawa i obyczaje poza murami kościoła, w kościele nic nie drgnęło. Dlatego też księża nie odróżniali dobrowolnych homoseksualnych stosunków między dorosłymi (a co kiedyś było uważane za przestępstwo) od molestowania, gwałtów i barbarzyństwa pedofilii. Dla nich jedno i drugie było takim samym „grzechem”16, z którego rozliczy ich bóg. Tak samo, jak przez palce patrzono na księdza, który sypia z innym księdzem lub gosposią (co przecież było w ich oczach grzechem!), tak samo patrzono na księdza, który molestuje 9-letnie dziewczynki czy gwałci nastoletnich chłopców. Przecież jeden i drugi „grzeszy”. A nawet jeśli któryś uważał, że niewinnym osobom dzieje się zło – to jeśli był homoseksualistą – bał się, że jeżeli on ujawni pedofila, to od razu ktoś ujawni jego homoseksualizm. Siedział więc cicho, patrząc, jak inni cierpią, ale ocalając własną „reputację” albo też własną wygodną posadkę – w Watykanie lub na parafii, gdzie pieniądze kapały, zakonnice sprzątały i prały, a parafianie traktowali go jak półboga. W ten oto sposób – jak opisuje to Martel – skrywane homoseksualne skłonności kleru doprowadziły do nawyku skrywania wszystkiego innego, włącznie z najcięższymi przestępstwami, jakich kler się dopuszczał. 

„Kim jestem, by osądzać?” Papież Franciszek, który kryje pedofilię i potępia gejów

Jednocześnie ci sami ludzie, którzy przez lata nie zrobili nic z księżmi takimi, jak Trujillo czy Maciel czy osławiony polski ksiądz pedofil Jankowski17, z wyżyn Stolicy Apostolskiej narzucali setkom tysięcy ludzi na całym świecie – katolikom i nie-katolikom – seksualną moralność. Za innego uważany jest papież Franciszek, który zapytany o gejów, powiedział „Kim jestem, by osądzać?”. Przypuszcza się, że był to z jego strony nie tyle akt miłosierdzia wobec potępianej wcześniej społeczności LGBT+, ale sprytny wybieg wobec kryptogejowskich kolegów w sutannach, których przecież nie chciał osądzać… Ale papież Franciszek wydaje się „godnym” następcą Benedykta XVI i Jana Pawła II. Franciszek także krył pedofilię swoich podwładnych, znana jest sprawa księdza Julio Grassiego, którzy był podejrzewany o molestowanie kilkunastu osób nieletnich i został skazany przez sąd argentyński na 15 lat więzienia. A sam Bergoglio, jeśli jeszcze będąc kościelnym dostojnikiem w Argentynie nie przeciwstawiał się związkom partnerskim osób LGBT, szybko zorientował się, że w ten sposób nie zrobi kariery, i dlatego też, gdy tylko Argentyna zaczęła rozmawiać o małżeństwach homoseksualistów, zaczął ostrą politykę sprzeciwu. Mówił, że to „atak na boży plan”. „Księży opowiadających się za małżeństwami gejowskimi przyszły papież próbował uciszać i stosował wobec nich kościelne sankcje, zachęcał też katolickie szkoły do ulicznych protestów”18. Jeden z rozdziałów o papieżu Franciszku kończy się podsumowaniem: „Gdyby Jorge Bergoglio wspierał małżeństwa homoseksualistów, nigdy nie wybrano by go na papieża”. Wiedział to, więc po pierwszej fali przychylności dla związków homoseksualistów, zmienił swoją politykę tak, aby przy najbliższym wyborze papieża, w końcu wybrano jego, bo już przecież raz przegrał z Benedyktem.

Homo-wizerunek i homo-romanse (?) Benedykta XVI, czyli frędzle, iPod oraz piękny Ciorcio

Co ciekawe, istnieje duże prawdopodobieństwo, że niechętny wobec gejów papież Benedykt jest skrytym homoseksualistą, który – strojąc się modne okulary i różowe sukienki z koronkami, potępiał „teorię gender” i homoseksualizm, a sam – jako papież – romansował ze swoim sporo młodszym asystentem i wyciągał z szaf średniowieczne paradne stroje bardziej potrzebne drag queenkom w karnawale niż skromnemu słudze bożemu, o czym w „Sodomie” ze smakiem i humorem pisze Martel. „Papież Benedykt lubi się stroić bardziej niż wszyscy jego poprzednicy (…) widzimy go tryskającego radością w czerwonej czapce podbitej gronostajem [której ] (…) papieże od czasów Jana XXIII już (…) nie noszą. Tym razem prasa otwarcie naśmiewa się z Papy Ratzingera. (…) Dodajmy do tego jeszcze stary złoty zegarek marki Junghans, iPod Nano, kaftany z frędzlami i osławione spinki do mankietów (…) i portret Benedykta (…) gotowy. (…) I jest jeszcze Georg. Relacja kardynała z Georgiem Gansweinem była – obok tematu strojów kapeluszy papieża – tak szeroko dyskutowana i stanowiła przedmiot tylu plotek19 (…) Asystent papieża jest oczywiście twardym „antygejem” i skrajnym prawicowcem. „Można więc powiedzieć, że Georg jest dla Josepha dobrą partią. Między nim a Ratzingerem powstaje wspaniałe porozumienie dusz. Ultrakonserwatyzm Gansweina – wraz z jego wewnętrznymi sprzecznościami – jest podobny do poglądów starego kardynała. Dwaj single, od kiedy się spotkali, pozostają nierozłączni. Zamieszkali razem w pałacu biskupim: papież na trzecim piętrze, Georg na czwartym. Włoska prasa rozpisuje się na temat tej pary z żarliwością (…) papież nadał Georgowi nowe imię – Ciorcio, wymawiane z silnym włoskim akcentem. Nie jest to imię używane w kurii, to czułe zdrobnienie, którym posługuje się tylko papież20. Podsumowując – papież Benedykt być może nie jest „czynnym” homoseksualistą, być może nie uprawiał ze swoim asystentem seksu, ale wydaje się, że co najmniej pozostawał z nim w związku. W tym samym czasie grzmiąc z ambony na gejów. Jest więc kolejny hipokrytą na Piotrowym Tronie, chcącym nowoczesnemu światu wmówić, że homoseksualizm i homoseksualny seks to zło, co jest przyczyną cierpienia wielu wierzących i niewierzących osób LGBT+. A poglądy na homoseksualność – tego papieża i poprzednich – śmiało do dziś powiela polski episkopat, z chęcią tolerujący księży nazywających osoby LGBT+ „tęczową zarazą” i innymi obraźliwymi i nienawistnymi słowami, które prowadzą do większej słownej i fizycznej przemocy – jak było to widać choćby na ostatnim marszu równości w Białymstoku.

Papież Benedykt w czułych rękach Georga Gansweina – Ciorcia. Kompilacja pochodzi z tej strony www.


Przypadek? Nie sądzę 

Może sobie pomyśleć: zdarza się wszędzie? Jeden pedofil, jeden zbrodniarz i kilku homoseksualistów w watykańskich władzach… – to nie tak wielu, to żaden dowód zepsucia, oni nie są jeszcze tak skompromitowani, aby nie móc narzucać moralnych norm innym. Najważniejsze jednak, co chcę Ci przekazać, to nie to, że w Watykanowi przydarzyły się takie osoby jak Maciel, Trujillo czy Benedykt XVI. Chcę Ci powiedzieć, że to tylko wierzchołek góry lodowej i sprawnie działający system, oparty na przemocy i hipokryzji, który – czy tego chcemy czy nie – miażdży życia i seksualność wielu osób. I tych, których dosięgnęły bezpośrednie skutki księży stosujących seksualną przemoc – młodszych rangą duchownych, seminarzystów, dzieci, zakonnic itp. – i także tych, które zostały zindoktrynowane do wiary w kościelne dogmaty i wolną nie grzeszyć wielokrotnie używając antykoncepcji, tylko raz na jakiś czas zrobić skrobankę, czy osób LGBT+, które rzucają się z mostów, wieszają się lub żyją w poczuciu gorszości, ponieważ pracownicy Watykanu systematycznie mieszają ich z błotem.

Watykan jako Sodoma i jądro ciemności

Papież Jan Paweł II obok chilijskiego dyktatora Pinocheta, zdjęcie, które zszokowało świat. Więcej na temat powiązań Watykanu i dyktatur znajdziesz w tym artykule.


Problem z Watykanem jest taki, że władzę w nim mają często osoby absolutnie pozbawione skrupułów. Bezwzględni karierowicze, absolutnie przekonani o swojej nieomylności, świętości i dostojeństwie, głusi na wszelkie głosy rozsądku, ignorujący raporty o przemocy, przestępstwach, wspieraniu dyktatorów czy praniu brudnych pieniędzy
(tak, m. in. Jan Paweł II, Benedykt XVI czy Franciszek). Seksualna przemoc w Watykanie i w seminariach jest na porządku dziennym. Żyjący w opresji i strachu mężczyźni nie odróżniają już tego, co normalne, od tego, co chore i złe. Często brak im odwagi, aby przeciwstawić się ewidentnemu złu i ludzkiej krzywdzie, szczególnie, jeśli są skrytymi homoseksualistami, na których ktoś ma „haka”. A bardzo często ma. Martel pisze o tym, że prawdopodobnie 70-80% pracowników Watykanu to homoseksualiści. Wielu kościelnych dostojników podrywało go, wielu poświadczało homoseksualne skłonności kolegów z kleru. Więc to ci, którzy ustanawiają kanony „pobożnych” seksualnych zachowań dla milionów wiernych, są pierwszymi, którzy je łamią. Gdy tylko prawda o ich obłudzie lub homoseksualności wychodzi na jaw, zaczynają kampanię dezinformacji. Z honorami chowają zmarłych księży-zbrodniarzy, jak jak Benedykt w 2008 r. pochował Trujillo. Wykorzystują władzę, pieniądze, kontakty, haki, polityczne układy i naiwność wiernych, aby za wszelką cenę utrzymać swoją religijną hegemonię.

Większość księży pociągających za watykańskie sznurki to skryci homoseksualiści. Wielu z nich kryje pedofilię podwładnych. Wielu z nich nie szanuje kobiet lub nimi pogardza. Jedyne kobiety, jakie znają, to usłużne zakonnice21. Jedyny seks, jaki znają, to seks w poczuciu winy i wstydu. Część z nich jest uzależniona od pornografii22, którą w Watykanie nagminnie oglądają prawie wszyscy, o czym wiadomo z wyników wyszukiwania w internecie. Część z nich seksualnie wykorzystuje podwładnych, nagabuje mężczyzn z papieskiej gwardii, płaci za homoseksualny seks imigrantom, którzy często przebywają w Rzymie nielegalnie i będą się bali donieść na swoich klientów. I to właśnie oni czują się uprawnieni do rozliczania „seksualnych grzechów” świata. Dla tych ludzi, którzy potrafią obojętnie przejść wobec gwałtu na dziecku albo na koledze z seminarium, oczywistym jest, że trzeba zmieszać z błotem osoby stosujące antykoncepcję, popierające prawo do aborcji, popierające małżeństwa jednopłciowe czy korektę płci dla osób transpłciowych. Oni, wysługując się frazesami o „upadku obyczajów” czy „normalnej rodzinie”, narzucają seksualną hipokryzję wszystkim wiernym swojego kościoła. Jeśli gdzieś upadły obyczaje – to w Watykanie, w którym większość kleru kłamie, żyje w obrzydliwym przepychu, nie poddaje się badaniom na obecność wirusa hiv, przez co skazuje swoich seksualnych partnerów oraz ofiary na śmierć z powodu aids23, akceptuje i ukrywa pedofilskie zachowania kolegów po fachu, piętnuje gejów i płaci żigolakom24 za homoseksualny seks. Jednocześnie od stuleci oczernia zdrowe seksualne zachowania i wyznacza niemożliwe do spełnienia „standardy seksualne” dla zwykłych ludzi, którzy rodzą się i hetero, i homo, i cis- i transpłciowi, i kobietami, i mężczyznami, którzy czasem potrzebują użyć antykoncepcji, przerwać ciążę, wziąć rozwód, a czasem po prostu mają ochotę uprawiać seks przed ślubem albo w trójkącie lub innym wielokącie, masturbować się, oglądać porno, bawić się w BDSM, przebieranki czy po prostu „żyć w grzechu”. A jednocześnie – mają potrzebę ochronić swoich bliskich przez pedofilami w sutannach czy też nienawiścią wobec seksualnych „inności”, która sączy się z ambon jak jad – a których nazywa się niemoralnymi i degeneratami tylko dlatego, że piętnują hipokryzję Watykanu i jego pracowników.

 

 

2Jego przerażający życiorys możemy znaleźć na kartach książki Federica Martela „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”, na stronach 358-382, wydanie Warszawa 2019.

4 Tak opowiada o nim Emmanuel Neisa: „Kiedy przyjeżdżał jednym ze swoich luksusowych samochodów na wizytę pasterską, życzył sobie, żeby mu rozkładano czerwony dywan. Potem wysiadał z samochodu: najpierw wysuwał nogę, a właściwie stopę, stawiał ją na dywanie jak gdyby był angielską królową! Wszyscy musieliśmy całować jego pierścienie (…)” cyt. za: F. Martel, Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie, Warszawa 2019, s. 364.
„Zdaniem Morgaina, którego opowieść została poświadczona przez innych księży, Alfonso Lopez Trujillo podczas tych koturnowych tournée namierzał księży bliskich teologii wyzwolenia. Zadziwiająca sprawa: niektórzy z nich znikali albo czasem byli mordowani przez brygady paramilitarne niedługo po wizycie arcybiskupa. (…) Zdaniem dziennikarzy badających sprawę arcybiskupa (…) hierarcha był powiązany z pewnymi grupami paramilitarnymi bliskimi handlarzom narkotyków. Był podobno w dużej mierze finansowany przez te grupy – być może przez Pablo Escobara, który afiszował się jako praktykujący katolik”. Tamże, s. 365-6.
„Adwokat Gustawo Salazar Pineda twierdzi, że Lopez Trujillo otrzymywał całe walizki banknotów od Pablo Escobara”. (…) Lopez Trujillo spotykał się z członkami grup paramilitarnych – potwierdza również Alvaro Leon (który jako ceremoniarz towarzyszył arcybiskupowi). Wskazywał im księży, którzy prowadzili rozmaite akcje w barrios – slumsach – i w biednych dzielnicach. Paramilitarni namierzali ich i czasem później wracali, by ich mordować. (…) Misjonarze, którzy pracowali z ubogimi, byli mordowani, a jeden z księży z tego samego nurtu teologicznego, Carlos Calderon, był prześladowany przez Lopeza Trujilla i paramilitarnych, aż wreszcie musiał uciekać z kraju i wjechał do Afryki. (…) Tamże, s. 365-6.

5 Tamże, s. 367.

6M. in. sprawa zaginionej w 1983 r. 15-letniej Emanueli Orlandi, której ani Watykan, ani włoska policja nie wyjaśnili do dziś, „Włoski dziennikarz Pino Nicotri specjalizujący się w badaniu zagadki Orlandi ma własną teorię: „Rozmawiałem z prokurator, która prowadziła śledztwo w pierwszej jego fazie. Margherita Gerunda, dziś już na emeryturze, była przekonana, że 15-latka została zamordowana, a wcześniej zgwałcona. (…) Także naczelny egzorcysta Watykanu Gabriele Amorth jest przekonany, że Orlandi porwano na orgię, organizowaną przez watykański klub erotyczny. Ciało usunięto jeszcze tego samego dnia, śledztwo i uwagę opinii publicznej skierowano na inny trop.” https://italia-by-natalia.pl/mroczna-tajemnica-watykanu/ ; https://viva.pl/ludzie/newsy/tajemnicze-zaginiecie-emanueli-orlandi-przelom-w-poszukiwaniach-119289-r1/ ;

7„Mariusz Milewski dopiero po latach zdecydował się opowiedzieć o tym, że w przeszłości był molestowany przez księdza. Mężczyzna po raz pierwszy został zgwałcony przez duchownego w wieku 9 lat. Kiedy w końcu trafił przed sąd biskupi usłyszał, że… sam <<był wspólnikiem w grzechu cudzołóstwa>>”. Cyt. za: https://natemat.pl/283851,superwizjer-sad-biskupi-uznal-ofiare-ksiedza-pedofila-za-wspolnika-grzechu, dostęp z dnia 18.11.2019.

8„Problem w tym, że ludzie słysząc prawdę o <<homoseksualistach w szafie>> czy <<szczególnych przyjaźniach>> w Watykanie, nie wierzą. Uważają to za wymysły. Nic dziwnego, skoro w tym wypadku rzeczywistość przerasta fikcję – zwierza mi się ksiądz, franciszkanin, który od ponad trzydziestu lat pracuje i mieszka w Watykanie.” cyt. za: F. Martel, dz. cyt., s. 7. „Homoseksualna wspólnota w Watykanie należy do największych na świecie, sądzę, że nawet w Castro, słynnej gejowskiej (…) dzielnicy San Francisco nie jest aż tak liczna!”, tamże, s. 11. „W pewnym sensie to świat na opak! Można nawet powiedzieć, że jedna niepisana reguła sprawdza się (…) prawie zawsze: im bardziej homofobiczny duchowny, tym większa szansa, że sam jest homoseksualistą. (…) to właśnie słynni duchowni <<za sztywnością kryjący podwójne życie>>, o których często wspomina papież Franciszek”. Tamże, s. 15.

9Z zamiłowania do koronek i złota zasłynęli m. in. papież Benedykt XVI oraz kardynał Burke. „Burke znany jest z noszenia śmiesznych strojów z innej epoki. Sławę zyskały jego zdjęcie w przeznaczonym do ceremonii wielkim ornacie. (…) Performance. Happening. Burke paraduje w swojej długiej, dziwnej sukni (jakby uszytej z kotary), demonstrując godowe upierzenie. Ornat ten to migotliwie czerwona jedwabna kapa z kapturem (…) „Ogon” Burke’a miewa (…) nawet dwanaście metrów długości. (…) Na jednym z fotografii „jej eminencja” nosi suknię na fortugale dodającą mu rozpiętości i kryjącą wałki tłuszczu. (…) Na kolejnej uśmiecha się, demonstrując podwiązki nad kolanami, i pończochy poniżej (…) Co za teatr! Kardynał w spódnicy (…), zaś paziowie obciągają jego podwiniętą suknię! (…) Teoria genderowa, ot co! Którą Burke oczywiście atakował. <<Teoria gender (…) szaleństwo ściągające wielkie nieszczęścia na społeczeństwo (…) Niektórzy mężczyźni upierają się [w USA], żeby chodzić do damskich toalet. Tak się nie godzi”. Tamże, s. 49-51.

10„Louise Charbonneau Aamot jest jedną z dziewięciu sióstr, które w tym roku podjęły sądową walkę o odszkodowanie po tym, jak lata temu były gwałcone przez księży w akademiku szkoły św. Pawła w Dakocie Południowej. Jedna z sióstr opowiadała Associated Press, jak po jednym z gwałtów zaszła w ciążę i została zmuszona do dokonania aborcji.” Cyt. za: https://kobieta.wp.pl/siostry-zakonne-wychodza-z-ukrycia-maja-dosc-przemocy-seksualnej-ze-strony-ksiezy-6281487389190273a

11(…) na policję zgłosiła się 18-letnia, była chórzystka z tego kościoła i zeznała, że jako 14-latka została wykorzystana seksualnie przez księdza Jacka S., a następnie w wieku 17 lat zaszła z nim w ciążę, za której usunięcie on zapłacił. Cyt. za: https://gazetapowiatowa.pl/wiadomosci/legionowo/ksiadz-zaplacil-za-aborcje/ dostęp z dnia 18.11.2019.

12 „Lopez Trujillo był człowiekiem układów i pieniędzy. (…) To jeden z tych, którzy „stworzyli” Benedykta XVI; na jego wybór wydawał ogromne sumy pieniędzy (…). cyt. za: F. Martel, dz. cyt. s. 371.
„Homoseksualizm Alfonso Lopeza Trujilla to tajemnica poliszynela, o której opowiadało mi dziesiątki świadków, a potwierdziło kilku kardynałów. (…) seminarzysta Morgain (…) podaje mi nazwiska kilku jego naganiaczy i kochanków zmuszanych bardzo często do zaspokajania żądz arcybiskupa, aby nie zaprzepaścić własnej kariery”. Tamże, s. 373.
„Morgain daje mi do zrozumienia, że Lopez Trujillo zablokował jego święcenia, bo nie zgodził się iść z arcybiskupem do łóżka” (s. 374) „Bił męskie prostytutki, tak wyglądał jego stosunek do seksualności. Płacił im, ale w zamian musieli akceptować bicie. Ciosy były zawsze na końcu (…). Kończył swój seks biciem z czystego sadyzmu (…) (s. 375). „Jeden z prałatów komentuje: Lopez Trujillo był przyjacielem Jana Pawła II, protegowanym kardynała Sodana i osobistego papieża Stanisława Dziwisza. Był również dobrze widziany przez kardynała Ratzingera, który wybrał go ponownie na funkcję przewodniczącego papieskiej Rady do spraw Rodziny zaraz po swojej elekcji w 2005 roku. A przecież wszyscy wiedzieli, że był homoseksualistą. (…) Za każdym razem przyjeżdżał z jednym ze swoich kochanków; pamiętam zwłaszcza pewnego pięknego Polaka, potem jakiegoś pięknego Filipińczyka. Uważano go tutaj za „papieża Ameryki Łacińskiej”, więc pozwalano mu na to.” Tamże, s. 379.

13 O tym procederze – wykorzystywania innych duchownych czy też po prostu słabszych – można przeczytać także w książkach opisujących stosunki władzy, jakie w kościele zachodzą w Polsce. O księdzu, przed którym uciekali przerażeni klerycy, na którego mówiono „Arcypedał”, pisze w książce „Czarni” Paweł Reszka.

15 F. Martel, dz. cyt., s. 297.

16 Zresztą, kler do dziś, komentując pedofilskie zachowania w swoich szeregach, często posługuje się kategorią grzechu zamiast przestępstwa i twierdzi, że „wszyscy jesteśmy grzesznikami” – być może i jesteśmy, ale jednak większość świeckich uważa, że za gwałty na dzieciach należy odpowiedzieć przed prokuratorem, a nie jedynie opowiadać na spowiedzi.

17„Przypomnijmy, że w reportażu „Dużego Formatu” opisano historię kobiety, która jako dziewczynka była molestowana przez księdza Jankowskiego. Jej koleżanka z podwórka miała popełnić samobójstwo. Ksiądz Jankowski miał też molestować chłopców.” cyt. za: https://natemat.pl/257001,co-robil-ksiadz-jankowski-lidia-makowska-opowiada-o-gwaltach-na-chlopcach

18 F. Martel, dz. cyt., s. 119.

19 Tamże, s. 557-9.

20 Tamże, s. 563 i 564.

21„Tajny raport Watykanu: gwałty na zakonnicach to codzienność”; „Kandydatki do życia zakonnego są gwałcone przez księży, którym muszą przedstawiać certyfikaty zdrowia. Lekarze szpitali katolickich są często odwiedzani przez duchownych, którzy przyprowadzają siostry zakonne lub inne kobiety, by przerwały ciążę. Siostra O’Donohue opowiadała o historii jednej z zakonnic, która – zmuszona do aborcji – zmarła w wyniku zabiegu, a ksiądz odprawił za nią solenną mszę żałobną” – pisał Marco Politi w 2001 roku, cytując tajny raport.” cyt. za: https://wiadomosci.wp.pl/tajny-raport-watykanu-gwalty-na-zakonnicach-to-codziennosc-6031287461405313a

22„Pornografia, zwłaszcza gejowska, jest w Watykanie tak częstym zjawiskiem, że moi informatorzy mówią o „poważnych problemach z uzależnieniem wśród duchownych pracujących w kurii”. F. Martel, dz. cyt., s. 592.

23„– Naszym zdaniem – kontynuuje profesor Massimo Giuliani – obecnie ze względu na odmowy badań i rzadkie użycie prezerwatyw ryzyko zakażenia AIDS w męskiej części wspólnoty katolickiej jest duże. W naszym środowisku uważa się, że księża są jedną z grup społecznych najbardziej narażonych na ryzyko i jedną z najtrudniejszych, jeśli chodzi o profilaktykę. Próbowaliśmy nawiązać dialog, zwłaszcza w seminariach, informować o sposobach przenoszenia i leczeniu chorób przekazywanych drogą płciową oraz o AIDS. Jest to jednak bardzo trudne. Rozmowa o AIDS byłaby de facto przyznaniem, że księża mają kontakty homoseksualne. A w Kościele oczywiście nie ma zgody na tego typu debaty. Moje rozmowy z męskimi prostytutkami na Roma Termini (a także z Francesco Mangiacaprą w Neapolu) potwierdzają, że księża są jednymi z najbardziej nieostrożnych klientów podczas uprawiania seksu”, tamże, s. 384. Zobacz też: http://seksualnosc-kobiet.pl/wiedza/artykuly_1/uwazaj-na-niego-katoliccy-ksieza-moga-zarazic-cie-hiv/

24Jeden z takich żigolaków, Francesco Mangiacapra z Neapolu, ujawnił, że jego klientami byli liczni księża. Stworzył ich listę, zawierającą nazwiska, zdjęcia, filmy, zrzuty ekranowe z rozmów z nimi z WhatsApp i Telegram. W 2018 wyoutuwał 34 księży korzystających z jego usług, co było przyczyną wielkiego skandalu we Włoszech. Mangiacapra o klientach księżach mówił tak: „Ksiądz to klient idealny. Jest lojalny i dobrze płaci. Gdybym mógł, pracowałbym tylko dla księży”. cyt. za: F. Martel, dz. cyt., s. 191.

1 Komentarz  Like


Moje dziecko ma edukację seksualną w domu – powiedziała moja koleżanka. Zamrugałam. Pamiętam przecież taką rozmowę, w której próbowałam ją spytać o coś intymnego. Zaczerwieniła się, spłoniła, odwróciła i w końcu wydusiła z siebie, że nie wie. Więcej już nie próbowałam zaczynać rozmowy na „ten” temat.

– Wow – odparłam więc teraz. – Nieźle. Ja bym nie umiała – wyznałam szczerze.

Anka uśmiechnęła się z wyższością.

– A co tu jest trudnego?

– Hym… Wolałabym, żeby moją trójkę doedukował ktoś doświadczony. Co ja im mam opowiadać o prezerwatywach czy HIV, kiedy sama pewnych rzeczy pewna nie jestem, a prezerwatyw używałam ostatnio w liceum – zamyśliłam się. – Pewnie w samej antykoncepcji wiele się zmieniło od moich czasów. A już tłumaczyć, jak mają się z kimś kochać, to wiesz…

Anka znów się zaczerwieniła.

Ja im takich świństw nie opowiadam. I nie zamierzam – oznajmiła, lekko zirytowana i sięgnęła po telefon. – Pokazywałam ci tę moją nową sukienkę? – wyciągnęła do mnie rękę, aby pokazać zdjęcia na komórce i w ten sposób zmieniła temat. Do którego już nie miałam zamiaru wracać.

Nie wiem, czy byłaś/eś świadkiem takiej scenki rodzajowej, ale prawdopodobnie potrafisz ją sobie wyobrazić. Rodzice, czyli ludzie tacy jak Ty – czy ja. Jedni będą potrafili wyedukować swoje dzieci w zakresie seksualności, inni będą głęboko wierzyć, że potrafią, a inni po prostu powiedzą: „a ja bym chciał, żeby moje to się w szkole dowiedziały”. Z własnego doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że dla mnie edukacja domowa to było za mało. I mimo że moja mama nie była pruderyjna i miała bogatą biblioteczkę, to i tak edukacja szkolna – chociaż w latach 90. XX nie była jakaś szczególnie rozbudowana – była mi i moim bliskim znajomym bardzo pomocna. Dlaczego? Bo szkoła, czyli poważne miejsce, w którym uczyli nas historii i polskiego, organizując zajęcia o seksie, potwierdziła, że i z nami można o tym rozmawiać. Nawet jeśli mieliśmy wtedy po 16 czy 17 lat. Ten temat w sposób oficjalny wkroczył do naszego życia. Rozmawianie w szkole o seksie sprawiało, że stawał się on w jakiś sposób „legalny”, inny niż pokątne palenie papierosów czy wciąganie amfetaminy – co połowa z nas robiła, ale absolutnie był to temat tabu, jakie narkotyki? W naszej szkole?! A seks przestał być takim tabu. Nagle się okazało, że można. I że nauczyciel nie będzie się podśmiewał, ani grzmiał o grzechu, jak ksiądz, bo zamiast nauczyciela i księdza na lekcje wychowania seksualnego przychodził prawdziwy edukator. I przedstawia nam świecki, niezideologizowany, ale bardzo praktyczny obraz seksu. I nie wstydzi się mówić ani o pornografii, ani o masturbacji, ani o tym wszystkim, o czym jednak nie powie mi mama, choćby chciała. Bo nie ma dostatecznej wiedzy, doświadczenia, czy po prostu – praktyki zawodowej. Albo ma jakieś – np. religijne lub romantyczne podejście do życia, którego mój trzeźwo myślący i pragmatyczny edukator seksualny nie będzie wnosił do klasy, w której jest trzydzieści osób – różnych poglądów, doświadczeń, płci, orientacji, religii.

Gdy słyszę o tym, że „edukacja seksualna powinna odbywać się w domu”, to myślę, że ta osoba, która to mówi, ma bardzo ograniczoną wyobraźnię. Że prawdopodobnie żyje w bańce, w której każdy jest komunikatywny, wykształcony, majętny i ma bardzo dużo czasu. I świetny kontakt z dziećmi. Są przecież osoby, które nie mogą ze swoimi dziećmi odrobić zadania domowego z matematyki na poziomie trzeciej klasy szkoły podstawowej. Bo w szkole nie były orłami albo dlatego że po prostu nie mają czasu. Skąd więc wszyscy ci rodzice mają mieć czas i energię na edukację seksualną? Szczególnie, jeśli pamiętają z katechezy lub religii, że od masturbacji się ślepnie, a prezerwatywa nie chroni przed HIV i używają jej tylko rozwiązłe osoby, bo te przyzwoite uprawiają seks dopiero po ślubie?

Edukacja domowa

No ale przecież… uczymy tej edukacji seksualnej w domu. OK, ja dzieci nie mam. Mają moje koleżanki. Niektóre koleżanki z „seksualnej branży” świetnie edukują swoje dzieci, co nie zmienia faktu, że te małoletnie dzieci i tak uczą się z podwórka i oglądają z kolegami porno na tabletach i smartfonach. Prawdopodobnie nie tylko dzieci tych właśnie superwydukowanych sex coachek i nauczycielek świątynnej seksualności, które potrafią wytłumaczyć swoim pociechom, że porno to takie skrzyżowanie SF i fantazy i w naturze raczej nie występuje… Prawdopodobnie dzieci Twojego brata albo sąsiadów również to oglądają. A może Twoje dzieci – o ile je masz. I chyba przyznasz, że taka „pornoedukacja” potrzebuje przeciwwagi. Bo, co internet napsuje, pozostaje w głowach na długo. I być może teraz, kiedy porno w streamingu na wszelkich youpornach i porntubach, jest sto razy bardziej dostępne niż w czasach, niż kiedy to ja byłam dzieckiem a nośnikiem porno były świerszczyki, które wujek koleżanki ukrywał w tapczanie, to rzetelna i systemowa edukacja seksualna też jest nam o wiele bardziej potrzebna? Co więcej – ja ją w szkole otrzymałam, chociaż w bardzo okrojonej wersji. Rzetelną edukację seksualną miał też mój pierwszy chłopak i może dzięki wysiłkom jego nauczycielki nie uprawialiśmy seksu bez prezerwatywy, bo „jego pani tego nie polecała”.

Ale wracając do edukacji domowej. Ona odbywa się na każdym kroku. Kiedy uczysz swojego syna, że chłopcy mają penisy a dziewczynki waginy. Kiedy mówisz swojemu nastolatkowi, żeby miał szacunek do koleżanek, nie ciągnął za warkocze i nie wyśmiewał ich miesiączki. Kiedy sam jesteś pełen szacunku do swojej żony i innych kobiet i pozwalasz im odpoczywać w „czerwonym namiocie”. Kiedy każesz swojemu dziecku zamknąć oczy, gdy para na filmie uprawia seks – wtedy Twoje dziecko uczy się, że jest coś zakazanego, co warto poznać. Ale nie wolno o tym mówić, ani na to patrzyć. Kiedy stoisz czerwona i skrępowana, gdy Twój małoletni syn, pyta Cię, co to jest: łechtaczka, wibrator czy kim jest homoseksualista, a Ty nie wiesz, jak odpowiedzieć, zmieniasz więc temat i każesz mu bawić się samochodzikami, zamiast zamęczać Cię tysiącem pytań. Wtedy Twoje dziecko uczy się, że na „te tematy” lepiej nie rozmawiać z matką. Bo matka się wtedy denerwuje i krzyczy.

Taka edukacja odbywa się w wielu domach. I nie ma w tym niczego dziwnego. Być może 95% z nas taką „złą edukację” odebrało w czasach własnego dzieciństwa. Pewnie jako większość nie mamy za wielkich kompetencji, aby dać dzieciom lepszą edukację. Pytanie: czy naprawdę chcesz, aby nasze dzieci były kolejnym pokoleniem, któremu nikt nie pomógł i które w dorosłe życie będzie niosło absurdalne stereotypy i lęki dotyczące seksu?

Czy jedne dzieci warte są czasu i wysiłku edukacji seksualnej, a inne nie?

Ja nie chcę. Ja na co dzień widzę, jak nieoswojona wciąż jest seksualność, ile budzi emocji – także wśród osób, której zajmują się nią zawodowo! Nikt z nas nie jest wolny od wielowiekowej spuścizny wstydu i ukrywania. Dlatego cieszę się, że jest taka grupka entuzjastów i entuzjastek seksualności, które chcą młodym ludziom i małym dzieciom pokazywać seksualność z dobrej strony. Pokazywać jej piękno i potencjały oraz radzić sobie z zagrożeniami. I to właśnie te osoby mogą być przeciwwagą dla seksu, który ktoś poznał w wieku lat ośmiu ze stron porno. Wybawieniem dla rodziców, którzy nie chcą, aby ich 15-letnia córka zaszła w ciążę, ale sami nie wiedzą, co zrobić, aby ją ustrzec. A jedyny pomysł, jaki mają, to aby nie pozwolić jej wychodzić wieczorami z domu. Umówmy się, przecież dla wielu nastolatków rodzice są żadnym autorytetem, szczególnie w kwestii zdrowych relacji, udanych związków oraz seksualności. Przecież wiele osób zamiast czułości rodziców widziało kłótnie, awantury, przemoc wszelkiego rodzaju – włącznie z seksualną. I nawet jeśli jacyś rodzice tworzą z gruntu toksyczny związek i mają zerowe kompetencje uczyć kogoś o zdrowych relacjach i dobrym seksie – to przecież ich dzieci zasługują na to, aby ktoś dał im tę wiedzę. Także ci rodzice, którzy drą ze sobą koty, zdradzają się i nienawidzą, upijają do nieprzytomności lub narkotyzują, pewnie chcieliby lepszej przyszłości dla własnych dzieci. Pewnie nie chcieliby, żeby ich dziecko wróciło do domu zarażone kiłą, HIV czy przerażone tym, że może zostać rodzicem w wieku lat 14 czy 17. Także ci rodzice, którzy nie mają czasu, umiejętności, czy dostali bardzo surowe religijne wychowanie i sami nie potrafią tego zrobić, mają prawo, aby ktoś w ich zastępstwie poświęcił czas ich dzieciom i nauczył ich, co to jest dobra relacja, bezpieczniejszy seks, orientacja seksualna czy tożsamość płciowa. Dlaczego mają takie prawo? Z wielu powodów. M.in. ze zwykłej ludzkiej życzliwości. A także ze zdrowego rozsądku. Bo nawet jeśli Ty dysponujesz wiedzą, pieniędzmi i umiejętnościami i dasz swojej córce dobrą edukację seksualną, to skąd możesz wiedzieć, że za kilka lat na pewno nie zakocha się w chłopaku z takiej rodziny, w której ani ojciec, ani matka, ani nikt nie miał możliwości przekazania mu tego samego. I Twoja córka zostanie przez niego potraktowana obcesowo, bez szacunku oraz bezmyślnie? Co więcej – on jej będzie wmawiał, że tak ma być, a ona mu uwierzy, bo ze stereotypów przecież wynika, że to mężczyzna jest dla kobiety nauczycielem seksu.

Ale najważniejszy powód jest taki, że to państwo polskie w roku 1993 zobowiązało się do wprowadzenia powszechnej i rzetelnej edukacji seksualnej. Ale do dziś się z tego nie wywiązało. Co więcej, aktualnie zastanawia się, czy z niej całkowicie nie zrezygnować. No, cóż, jeśli zrezygnuje, wiedza na temat seksualności będzie dostępna tylko dla wykształconych i zasobnych osób z klasy średniej. A reszta niech się uczy o skutkach seksu w praktyce – roznosząc choroby przekazywane drogą płciową, szukając możliwości aborcji i lecząc złamane serca. W końcu… skoro rodzice ich nie nauczyli w domu, to wina rodziców. A dzieci? Mogły się przecież urodzić w innych rodzinach!

2 komentarze  Like

Co jest świetnego w podcastach? Można je ściągnąć na komórkę i słuchać na spacerze z psem, w drodze do sklepu lub jadąc do pracy. Poza tym dla osób, które występują w podcastach (a w tym występuję ja) – świetne jest na pewno to, że taki podcast można nagrać, leżąc w łóżku. I chyba tak właśnie było tym razem, to jest mój „podcast w szlafroku”, miało być tylko dwadzieścia minut, ale się rozgadałyśmy. Ja i zapraszająca mnie do siebie Monika Liga – autorka ebooków dla dorosłych – odpowiadałyśmy na pytania czytelniczek o to, jak zacząć rozmawiać o seksie i seksualności z partnerami, partnerkami i dziećmi. Bo przecież mówienie o seksie to nie tylko „świntuszenie”, ale też i rozmowy z własnymi pociechami. Bo przecież one pytają. „Mamo, a co to jest orgazm?”

Jeśli opanowałaś mówienie o seksualności, to opowiesz swoim dzieciom o niej w pozytywny sposób. Ale jeśli nie opanowałaś tego do dziś – to podobnie jak z francuskim czy angielskim – wciąż możesz nauczyć się tego języka mówienia o seksualności, tak jak uczysz się języków obcych. Zawsze jest dobry czas, aby zacząć. Posłuchaj podcastu i poćwicz z nami. 🙂


Poniedziałek, 28 października, to właśnie dziś z grupą kobiet zaczęłam wyzwanie „Ukochane ciało”. Za nami już pierwsze spotkanie, które odbyło się na FB, a które możesz zobaczyć w ciągu najbliższych kilku dni, gdy dołączysz do tej grupy – Klub Uniesionych Spódnic.

Robiłam je pod hasłem „Lubienie swojego ciała to siła, która może zmiażdżyć patriarchat”. Naprawdę tak uważam. Dlaczego? Bo widzę te więzi, które zaczynają się tworzyć między kobietami, które się lubią, które akceptują własną cielesność i seksualność, m.in. na Kursie Akceptacji Ciała czy kursach online, które prowadzę. Akceptacja dla siebie to klucz do tego, aby stworzyć dobrą relację z innymi. Sztywne normy dotyczące wyglądu i seksualności zaś idealnie wpisują się w tworzenie podziałów i rywalizację między kobietami. Nierealne normy dotyczące wyglądu ciała są wspaniałym narzędziem kontroli zachowań nastolatek i dorosłych kobiet. Sprawiają, że poczucie własnej wartości dramatycznie spada, a radość życia zastępuje ciągłe zamartwianie się o wygląd i odmawianie sobie przyjemności, takich jak choćby wyjście na basen czy seks przy zapalonym świetle, bo „źle wyglądam”. Osoba, której ciało na każdym kroku jest oceniane, punktowane i taksowane, może nawet myśleć, że nie zasługuje, na szczęście, miłość i seks, bo nie spełnia „norm ładnego wyglądu”. Kobieta, która nie lubi siebie i przyzwyczajona jest do ciągłych ocen, o wiele łatwiej będzie oceniać innych, niż ta, która akceptuje siebie.

M.in. dlatego robię to wyzwanie. Bo wierzę, że siostrzeństwo i wzajemne wsparcie zrobi nam lepiej niż rywalizacja i krytyka. A także dlatego, abyś mogła poczuć większą lekkość w życiu, zadowolenie z siebie, przyjemność na co dzień. Abyś widziała w sobie piękno i wierzyła w swoje możliwości.

Bo tak często spotykam kobiety, które mówią, że z takim ciałem, jakie mają, nie mogą mieć dobrego seksu. Wręcz „nie zasługują na seks”.


 

Koniec października to bardzo dobry czas, aby pozwolić umrzeć kompleksom i starym przekonaniom. Dlatego zapraszam Cię – dołącz teraz do wyzwania. Teraz jest najlepszy czas na zmiany! Zapiszesz się tutaj: https://www.subscribepage.com/ukochanecialo. Musisz potwierdzić zapis, aby dostać pierwszą praktykę. 

Jak wiadomo, Watykan zabronił używania prezerwatyw. Zabronił też swoim księżom seksu, co jednak nie przeszkadza go im uprawiać. Część z nich robi to z kobietami, część (szczególnie ci z Watykanu) z mężczyznami. Z innymi księżmi, z żigolakami, z imigrantami, którzy sprzedając ciało, zarabiają w Rzymie pieniądze. Jednak, ponieważ nie używają prezerwatyw, wielu z nich choruje na HIV i AIDS. Ku przestrodze wklejam fragment książki Federica Martela „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”. 

<<Wielu księży, monsiniorów i kardynałów zmarło w wyniku następstw zarażenia wirusem HIV. Niektórzy przyznali się do nosicielstwa albo choroby na spowiedzi (jak mi potwierdza, nie przytaczając nazwisk, jeden ze spowiedników ze Świętego Piotra). U innych księży zdiagnozowano chorobę przy dorocznym badaniu krwi obowiązkowym dla personelu watykańskiego (choć ten obowiązek nie dotyczy monsiniorów, nuncjuszy, biskupów ani kardynałów). Kontrola ta obejmuje również test na obecność HIV; według moich wiadomości kilku księży zostało oddalonych, gdy okazało się, że wynik jest pozytywny.

Ta proporcjonalnie duża liczba chorych na AIDS w łonie hierarchii katolickiej została potwierdzona przez badanie statystyczne przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych na podstawie świadectw zgonu księży katolickich. Wykazało ono, że umieralność kleru związana z tym wirusem jest czterokrotnie wyższa niż w całej populacji. Inna z kolei analiza, oparta na anonimowym badaniu sześćdziesięciu pięciu rzymskich seminarzystów na początku lat dziewięćdziesiątych, wykazała, że 38 procent spośród nich było seropozytywnych. Oczywiście, dużą liczbę tych przypadków można tłumaczyć transfuzjami krwi, narkomanią czy związkami heteroseksualnymi, ale w rzeczywistości nikt się nie da na to nabrać.

W Watykanie dominuje milczenie i negacja. Francesco Lepore, były ksiądz w kurii, opowiada o śmierci w następstwie AIDS jednego z zakoników, członków Kongregacji do spraw Świętych. Ten człowiek, będący w bliskich stosunkach z włoskim kardynałem Giuseppe Sirim, zmarł podobno „w obliczu obojętności swych przełożonych” i został „pochowany w pełnej tajemnicy, o świcie, dla uniknięcia skandalu”. Na tę samą chorobę miał umrzeć pewien kardynał z kręgów bliskich Janowi Pawłowi II. Oczywiście nigdy w jakimkolwiek nekrologu kardynała lub biskupa jako przyczyny zgonu nie podano by AIDS

– Według mnie z wewnętrznych dyskusji wynika, że w Watykanie jest wiele osób seropozytywnych lub chorych – mówi mi inny hierarcha. – I oczywiście księża seropozytywni nie są głupcami: nie kupują leków w aptece watykańskiej. Leczą się też w innych szpitalach rzymskich.

Kilkakrotnie odwiedzałem Farmacia Vaticana, tę nieprawdopodobną instytucję znajdującą się we wschodnim skrzydle Watykanu – przerażający moloch z dziesięcioma okienkami – i faktycznie, nie można nawet sobie wyobrazić, że jakiś ksiądz mógłby szukać leków powstrzymujących rozwój wirusa HIV między butelkami dla niemowląt, smoczkami i luksusowymi perfumami.

Wraz z Danielem, moim rzymskim researcherem, kilkoma pracownikami socjalnymi i członkami włoskich stowarzyszeń zajmujących się profilaktyką AIDS (zwłaszcza Progetto Coroh i wcześniejszym programem „Io faccio l’attivo”) przeprowadziliśmy więc we włoskiej stolicy śledztwo. Byliśmy kilkakrotnie w Instytucie Dermatologicznym San Gallicano (ISG), w związanej z Watykanem Poliklinice Gemelli, a także w bezpłatnym i anonimowym centrum przesiewowych ASL Roma mieszczącym się przy via Catone, w pobliżu placu Świętego Piotra.

Profesor Massimo Giuliani z Instytutu Dermatologicznego San Gallicano jest jednym ze specjalistów od chorób przenoszonych drogą płciową i AIDS. Wraz z Danielem spotykamy się z nim dwukrotnie.

Ponieważ w Instytucie Dermatologicznym San Galii zajmowaliśmy się już od dawna chorobami przenoszonymi drogą płciową, zwłaszcza syfilisem, od zanotowania pierwszych przypadków AIDS w początkach lat osiemdziesiątych zmobilizowaliśmy się natychmiast. Staliśmy się jednym z pierwszych szpitali w Rzymie leczących ten typ pacjentów. Aż do 2007 roku Instytut mieścił się Zatybrzu, dzielnicy niezbyt odległej od Watykanu. Dziś jesteśmy tutaj, w południowej części Rzymu.

Według kilku źródeł Instytut Dermatologiczny San Gallicano był miejscem często wybieranym przez księży cierpiących na choroby przenoszone drogą płciową. Częściej niż poliklinika Gemelli związana z Watykanem. Decydująca była większa anonimowość pacjentów.

Kiedy pojawił się HIV, San Gallicano w sposób naturalny stał się szpitalem księży, wysokich rangą duchownych i biskupów zarażonych tym wirusem.

Przychodziło do nas wielu księży, dużo seropozytywnych seminarzystów – potwierdza profesor Massimo Giuliani. – Widzimy, że problem AIDS jest w Kościele bardzo poważny. My tutaj nikogo nie osądzamy. Jedyną istotną rzeczą jest to, że duchowni szukają u nas pomocy. Można się jednak obawiać, że sytuacja w Kościele się pogorszy, co już widzimy. Przyczyną jest zaprzeczanie faktom.

Problem negacji i odmowy u księży jest dobrze udokumentowany; częściej niż przeciętnie odmawiają przebadania, ponieważ nie czują się odpowiedzialni nawet wobec swoich partnerów. Nawet kiedy odbywają stosunki seksualne z mężczyznami bez zabezpieczeń, opierają się poddaniu testom. Obawiają się naruszenia dyskrecji.

– Naszym zdaniem – kontynuuje profesor Massimo Giuliani – obecnie ze względu na odmowy badań i rzadkie użycie prezerwatyw ryzyko zakażenia AIDS w męskiej części wspólnoty katolickiej jest duże. W naszym środowisku uważa się, że księża są jedną z grup społecznych najbardziej narażonych na ryzyko i jedną z najtrudniejszych, jeśli chodzi o profilaktykę. Próbowaliśmy nawiązać dialog, zwłaszcza w seminariach, informować o sposobach przenoszenia i leczeniu chorób przekazywanych drogą płciową oraz o AIDS. Jest to jednak bardzo trudne. Rozmowa o AIDS byłaby de facto przyznaniem, że księża mają kontakty homoseksualne. A w Kościele oczywiście nie ma zgody na tego typu debaty.

Moje rozmowy z męskimi prostytutkami na Roma Termini (a takie z Francesco Mangiacaprą w Neapolu) potwierdzają, że księża są jednymi z najbardziej nieostrożnych klientów podczas uprawiania seksu: 

– Na ogół księża nie boją się chorób przenoszonych drogą płciową. Uważają się za niezagrożonych. Są tak pewni siebie, że w przeciwieństwie do innych klientów nie biorą pod uwagę ryzyka. Nie mają najmniejszego poczucia rzeczywistości. Żyją w świecie bez AIDS – wyjaśnia Francesco Mangiacapra1.

Alberto Borghetti jest jednym z lekarzy internistów na oddziale chorób zakaźnych polikliniki Gemelli. Ten młody lekarz i naukowiec rozmawia ze mną i z Danielem na prośbę swojej szefowej, specjalistki od chorób zakaźnych, Simony Di Giambenedetto, która zechciała pomóc nam w naszym śledztwie.

Poliklinika Gemelli jest najbardziej katolickim spośród wszystkich katolickich szpitali na świecie – jesteśmy w miejscu najświętszym ze świętych! Kardynałowie, biskupi, mieszkańcy Watykanu i wielu rzymskich księży tu właśnie się leczy. Mają zresztą oddzielny korytarz z priorytetowym wejściem. I oczywiście jest to szpital papieży. Jan Paweł II był najsłynniejszym pacjentem polikliniki, a kamery telewizyjne cynicznie śledziły postępy jego choroby z przygnębiającą przesadą. Rozbawiony papież nazwał podobno szpital, w którym tak często przebywał, „Watykanem III.

(…)

Robią wszystko, żeby zagwarantować anonimowość, ale ze względu na liczbę leczonych tu biskupów i księży łatwo się natknąć na znajomych. A obecność na „oddziale chorób zakaźnych” mówi wszystko!

Pewien dermatolog, z którym rozmawiałem w Rzymie, wyjaśnia: 

Niektórzy księża mówią nam, że zarazili się brudną strzykawką albo podczas transfuzji: udajemy, że wierzymy.

Alberto Borghetti przyznaje, że księża mogą się obawiać ujawnienia i odmawiać poddania się badaniom:

– To prawda, że czasem przyjmujemy seminarzystów lub księży z bardzo zaawansowanym AIDS. Tak jak imigranci czy homoseksualiści bez wątpienia należą oni do tej grupy osób, która nie chce robić testów ze strachu albo dlatego, że zaprzeczają taktom. Naprawdę wielka szkoda, bo opóźniona diagnoza i późne podjęcie terapii może oznaczać, że ich organizm nie odzyska już skutecznej odporności.>>


Fragment tekstu pochodzi z książki Federica  Martela „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”, Warszawa 2019, s. 382-385.

1. Francesco Mangiacapra to luksusowy eskort (żigolak) z Neapolu, którego klientami byli liczni księża. Stworzył ich listę, zawierającą nazwiska, zdjęcia, filmy, zrzuty ekranowe z rozmów z nimi z WhatsApp i Telegram. W 2018 ujawnił 34 księży korzystających z jego usług, co było przyczyną wielkiego skandalu we Włoszech. Mangiacapra o klientach księżach mówił tak: „Ksiądz to klient idealny. Jest lojalny i dobrze płaci. Gdybym mógł, pracowałbym tylko dla księży”. cyt. za: F. Martel, „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”, Warszawa 2019, s. 191. Informacje na temat tego zdarzenia możesz znaleźć m.in. tu

 

13 października doszła do mnie wstrząsająca wiadomość o tym, że 35-letnia Kurdyjka, działaczka na rzecz praw człowieka i sekretarz generalny Przyszłej Partii Syryjskiej, Hervin Khalaf, została zgwałcona, ukamienowana i zabita przez popierających Turków dżihadystów. Czy właśnie tak wygląda wojna? Rosyjski film „Wysoka dziewczyna” utwierdza mnie w tym przekonaniu. Co z tego, że akcja filmu rozgrywa się w roku 1945, skoro „taktyka wojenna” wciąż pozostaje ta sama? Taka sama była w ZSRR, Jugosławii i teraz w Syrii. A to, czego dowiadujemy się z filmów czy mediów, to tylko wierzchołek góry lodowej. Przeczytanie jednego zdania: zgwałcona, ukamienowana i zabita – zajmuje może dwie sekundy. Ile trwała jej męczarnia? Kwadrans, pół godziny, pół dnia? Podejrzewam, że dla wielu kobiet trwa to wieczność. I nawet, jeśli zostaną przy życiu – jak bohaterki „Wysokiej dziewczyny” – czasem bywa to życie tylko z pozoru.

Gdy Eve Elsner wydawała „Monologi waginy” po raz pierwszy – czyli w 1996 roku – mimo że była to sztuka pełna afirmacji dla kobiecej seksualności – autorka zawarła w niej część dotyczącą gwałtów wojennych w byłej Jugosławii. Sądzę, że dziś nie sposób mówić o seksualności, nie mówiąc o przemocy seksualnej. W hollywoodzkim filmie z Johnem Travoltą z roku 1999 temat gwałtu i armii powraca. Amerykańscy żołnierze gwałcą kobietę. Nie Niemkę czy Rosjankę, ale Amerykankę. I nie w czasie wojny, tylko w czasie pokoju – gwałcą swoją koleżankę z armii podczas nocnych ćwiczeń. W Polsce gwałty z czasów wojny są na szczęście już przeszłością, niestety, gwałty dokonywane na dzieciach, wciąż są teraźniejszością. Trauma przemocy seksualnej wciąż trwa. Na szczęście teraz, w czasach pokoju, w czasach, kiedy w końcu mamy na tyle środków i niepodległości, możemy coś z tą traumą robić, bo w 1945 było o to trudno. Teraz możemy działać kolektywnie – np. prowadząc rzetelną edukację seksualną, aby polskie dzieci wiedziały, czym jest dotyk chciany a czym jest zły dotyk; dostosowując prawo do naszych potrzeb, m.in. liberalizując ustawę antyaborcyjną, tak, aby żadna osoba nie czuła się gwałcona, będąc zmuszaną do urodzenia dziecka; organizując w szkołach tęczowe piątki – aby nasi nastolatkowie i nastolatki nie odbierali sobie życia, przerażeni tym, że są osobami LGBT. Możemy działać na zajęciach dla dorosłych i terapiach indywidualnych. To wszystko, co wymieniam, to tylko kropla w morzu potrzeb, ale od czegoś trzeba zacząć, aby naprawdę leczyć traumę. Która chyba w nas żyje, skoro ciągle chcemy wracać do tych złych czasów nakazów, zakazów i tuszowania seksualnych przestępstw. Bo przecież nie dalej niż tydzień temu nasz rząd chciał zakazać edukacji seksualnej pod pretekstem walki z pedofilią, a nie dalej niż wczoraj czytałam o księdzu z parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Dębach Szlacheckich, na którego plebani znaleziono pigułki gwałtu, a którego prokurator nie nakazał aresztować, więc ostatecznie ksiądz zniknął bez śladu.

Film „Wysoka dziewczyna” inspirowany jest reportażem białorusko-ukraińskiej noblistki Swiatłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. I kto filmu nie widział, a obejrzeć zamierza, niech nie czyta tego, co napiszę dalej, bo będę zdradzać szczegóły. Oglądanie tego filmu boli. Dialogów w nim niewiele i nie ma też wesołych scen, które pozwolą odetchnąć. „Wysoka dziewczyna” to tragedia w kategoriach tragedii dramatów antycznych. Gdy Ci się wydaje, że jest źle – będzie jeszcze tylko gorzej.

Główną bohaterką jest Ija. Jest pielęgniarką w szpitalu i wychowuje małego chłopca. Chyba synka. W każdym razie dziecko mówi do niej „mamo”. Ale gdy z frontu wraca jej przyjaciółka Masza, okazuje się, że to właśnie jej syn. Problem w tym, że Masza kłamie. Kłamstwo, uśmiech i wykorzystywanie ludzi to jej sposób na poradzenie sobie z piekłem, którego doznała. Czy piekło to tylko to, co widzimy w filmie: zniszczone miasto, zniszczeni ludzie bez rąk i nóg, sparaliżowani żołnierze, którzy chcą umrzeć, dzieci, które nigdy nie widziały psa, bo wszystkie psy zostały zjedzone podczas oblężenia? Nie. Piekło to długie miesiące seksualnej niewoli zgotowane przez Czerwoną Armię, w której Masza – jako żołnierka – była. Dowiadujemy się tego dopiero pod sam koniec filmu, gdy rozmawia ze swoją niedoszłą teściową. To jej przy „niedzielnym stole”, opowiada o tym, że jest bezpłodna, bo na służbie miała skrobankę za skrobanką. Miała też „męża” za „mężem”. Na froncie służyła, jak mówi, „pewną częścią ciała”, jak szeregi innych kobiet, które były seksualnymi niewolnicami. Dlatego dziś nie może mieć dziecka. Mimo wszystko – nie chce dopuścić do siebie tej myśli. Wykorzystuje pierwszego lepszego chłopaka, żeby znów mieć dziecko. Niestety, nie zachodzi w ciążę. Zaczyna więc szantażować przyjaciółkę z frontu i lekarza ze szpitala, w którym zaczęła pracę, aby dali jej dziecko. Bo wierzy, że tylko dziecko ją uleczy. Zresztą, oni – Ija i lekarz – też stracili dzieci. Dzieci w Leningradzie już prawie nie ma – podobnie jak psów.

A jaka jest Ija? Wróciła z frontu, bo już nie nadawała się do służby wojskowej. Teraz jest pielęgniarką. Od czasu do czasu popada w stany zawieszenia, kiedy jest jak martwa. Podczas takiego ataku ginie chłopiec, którym się opiekuje, z którym się bawi i którego niechcący zabija, gdy przygniatając go ciałem, wpada w swój stan zastygnięcia. Ija jest piękna i ma adoratorów. Ale nie cierpi męskiego dotyku. Bezlitośnie bije mężczyznę, który zabrał ją na spacer i prawdopodobnie próbował dotknąć. I chyba tylko z miłości do Maszy zgadza się na stosunek z lekarzem, z którym ma spłodzić dziecko dla przyjaciółki cierpiącej po stracie synka.

Seksualne stosunki pokazane w filmie nie mają nic wspólnego z seksem. Są czynnością konieczną do poczęcia dziecka. Dla Maszy są mechaniczne. Dla Iji są traumatyczne. Masza robi to raz – z nowopoznanym mężczyzną, którego zna tylko imię i który w ogóle ją nie obchodzi. Wszystko jej jedno, kim będzie ten dawca spermy. Ija też robi to tylko raz. Wcześniej prosi Maszę, aby była obok. Masza kładzie się twarzą do ściany, Ija zdejmuje majtki i przytula się do Maszy, zaciskając powieki, żeby nic nie widzieć. Lekarz – kolejny dawca spermy – zaszantażowany przez Maszę donosem do NKWD – kładzie się obok nich. To nie jest seks. To jest rozpacz i przemoc. Ija płacze przez cały czas tego stosunku. Jest rozdarta. Nie cieszy ją też myśl o dziecku. Ona nie potrzebuje dziecka. Ona po prostu nie umie odmówić przyjaciółce. Tak samo jak nie umie odmówić lekarzowi, który prosi ją o pomoc w eutanazji. Więc Ija idzie do sparaliżowanego żołnierza i wprawną ręką pielęgniarki daje mu ostatni zastrzyk. W tej scenie nie widać jej twarzy. Kamera pokazuje ją od góry. Ale co ta kamera ma pokazać? Obie – i Ija, i Masza nie mają już uczuć. Mają tylko instynkt przetrwania. A Masza także marzenie o tym, że posiadanie dziecka wyleczy ją z wojennej traumy.

Ija, Masza albo Twoja babka czy prababka raczej nie miały możliwości uleczenia tej traumy. Starsze pokolenia mogą seks uznawać za największy brud, bo takie właśnie mają skojarzenia. Gwałt zbyt często był taktyką wojenną a seksualne niewolnictwo codziennością. Dopiero teraz możemy to zmieniać. Dlatego właśnie dziś piszę Ci o „Wysokiej dziewczynie”, bo wierzę, że zrozumienie prowadzi do uwolnienia. Bo wierzę, że nie musimy powielać starych schematów. Bo wierzę, że dzieci mogą się rodzić z miłości i w miłości, a nie z przymusu, przemocy czy po to, żeby kogoś uleczyć.

3 komentarze  Like

Jakiś czas temu znajoma spytała mnie, czy ma iść do łóżka z mężczyzną, którego nie kocha.

Cóż jej miałam odpowiedzieć?

Przecież ja nie wiem, co ona ma zrobić. Jej życie, jej decyzja.

I tak sobie myślę – szczególnie, że czytam książkę „Sodoma”, opowiadającą o opętanych seksem mieszkańcach Watykanu, którzy przecież nie mogą uprawiać seksu – że wciąż żyjemy w świecie, w którym trzeba dostać pozwolenie na seks. Jeden z moich kolegów – starszy ode mnie ponad 30 lat – stwierdził, że pierwszy raz ożenił się właśnie po to, żeby móc „legalnie” uprawiać seks. Takie to były czasy wczesnych Beatlesów. Dziś część osób już nie potrzebuje ślubu, ale wciąż czyjegoś pozwolenia.

Otóż ja takich pozwoleń nie wydaję.

Ale nie wydaję też zakazów.

Nie znam Twojego systemu wartości.

Nie wiem, co da Ci radość, a co złamie Ci serce.

Wierzę, że aby seks był dobry, musi w nim być dużo miłości, a jeśli nie miłości – to szacunku, życzliwości, akceptacji. Nie wyobrażam sobie seksu bez tych składowych.

Ale to ja.

Pamiętam też taki wywiad, który zrobiłam z 10 lat temu z parą lesbijek. Jedna z nich powiedziała, że najpierw poszła z dziewczyną do łóżka, a potem – mimo że nie miała ochoty na związek – zaczęła z nią „chodzić”, bo przecież nie może być tak, że jest seks, ale nie ma związku.

No właśnie. Czy nie można?

Czytam też znów Jacka Kochanowskiego, który pisze o scenariuszach seksu z socjologicznego punktu widzenia. Kto pisze te scenariusze? Oczywiście – społeczeństwo. Nie ma w nich nic „naturalnego”, ale są tak powszechne, że zaczynamy wierzyć, że ten czy inny scenariusz na seks – z miłością czy bez – w związku czy bez związku – z długoletnią_m partnerką_em czy nieznajomą osobą – jest naturalny lub nienaturalny. Etyczny lub nieetyczny. Dobry lub zły.
Ale jeśli nikomu nie dzieje się krzywda i wszyscy są zadowoleni – to po co ograniczać swoją wolność?

Jeśli oczywiście w ogóle czujesz potrzebę, że chcesz jej używać.

Bo przecież możesz być mężatką od lat wielu, która ma ochotę tylko na swojego męża.

Ach, te wszystkie pomysły na to, jaki seks jest lepszy, najlepszy, najbardziej duchowy czy wartościowy a jaki jest słaby. Lub kto jest frajerką_em, bo nie „używa życia”.

Czy naprawdę wierzysz, że ktoś za Ciebie odpowie na pytanie, czy możesz iść z nią/nią/nimi do łóżka?

Chcesz się kochać, czy nie?

Jeśli nie – to przecież nie musisz!
To, że nie kochałaś się od dawna, od lat lub może nigdy – nie robi z Ciebie złej osoby. Oziębłej kobiety. Tak wybrałaś i już. Nie musisz się z tego wyboru tłumaczyć.

Jeśli zaś chcesz się kochać – to jakie masz oczekiwania wobec tego seksu?

Co dla Ciebie jest warunkiem sine qua non?

Antykoncepcja, szacunek, miłość?

Przecież to Twoje warunki.

Najważniejsze, żebyś to Ty czuła się dobrze i sama siebie nadużywała.

To Ty decydujesz.

Ale zawsze możemy o tym porozmawiać.

Dlatego zapraszam Cię na spotkanie kobiet na zoomie: https://www.subscribepage.com/milosciseks już w piątek o 10 rano porozmawiamy o seksie – z miłością i bez miłości. Zapisz się teraz!


Pewnie myślicie, że jeśli ktoś jest „przeciwniczką_kiem aborcji”, to nigdy jej sobie nie zrobi. Swoją drogą nie wierzę w „przeciwniczki_ków aborcji”, a jedynie przeciwniczki_ków seksu lub przeciwniczki_ków praw kobiet. Pewnie sądzicie, że jeśli jakaś osoba postrzega płód jako dziecko, to też nie zrobi sobie aborcji. Błąd. Z możliwości przerwania ciąży korzystają także te kobiety, które wierzą, że właśnie mordują swoje nienarodzone dziecko, które są bardzo duchowymi osobami, które są żarliwymi katoliczkami, które czują, że naprawdę zabijają życie. Ale i tak to robią. Bez względu na polskie prawo czy religijne zakazy. Pytanie tylko – dlaczego?

W Polsce teoretycznie można przerwać ciążę w kilku przypadkach, praktycznie jest to wręcz niemożliwe. Nie przeszkadza to jednak tym kobietom, które „potrafią się zakręcić”. Jeśli masz pieniądze, znajomości i silne nerwy – przerwiesz ciążę, bez względu na wszystko. Jeśli jesteś biedna, porzucona lub zdana tylko na siebie, możesz nie mieć takich samych możliwości, bo decyduje o tym w dużym stopniu wykluczenie ekonomiczne. I nawet jeśli jesteś dziewczyną, którą ktoś zgwałcił i za wszelką cenę chcesz się pozbyć płodu, możesz mieć z tym duży problem. Nazwiska kobiet, które zachorowały lub zmarły, bo nikt im nie chciał pomóc, są znane w Polsce od lat. Niestety, to ich osobiste tragedie potwierdzają, że możliwość przerywania ciąży to tylko teoria.

Jednocześnie zgniły „kompromis” wciąż postrzegany jest przez niektóre osoby jako coś wspaniałego, co Polskę wyróżnia Polskę na tle innych krajów. Tak, to że Polki tracą życie lub zdrowie, będąc w ciąży, to wyróżnik na tle Europy. Niestety.

Jedna z koleżanek ostatnio zwróciła mi uwagę, abym pousuwała z mojej fejsbukowej prywatnej tablicy posty, w których inne osoby nazywają aborcję morderstwem, bo przestrzeń, w której operuje się takim językiem, jest niebezpieczna dla kobiet, które miały aborcję.

A ja znam sporo kobiet, które miały aborcję oraz mężczyzn-partnerów kobiet, które miały aborcję – i w gronie znajomych w realnym, i wirtualnym świecie. Pominę powody – bo nie znam wszystkich, czasami jest to temat zbyt bolesny – podobnie jak trudny poród – aby o nim szczegółowo rozprawiać. Mogę tylko powiedzieć, że wachlarz powodów ich decyzji jest bardzo szeroki – od przyczyn zdrowotnych, przez ratowanie życia kobiety, skutki zabiegów in vitro, po bardzo złe warunki materialne czy „błędy młodości”.

Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Team, która pomaga kobietom przerwać ciążę za pomocą farmakologii, mówi, że kobiety w różny sposób opowiadają o sztucznym poronieniu. Niektóre mówią o płodzie, inne o tym, że „dziecko ze mnie wyleciało”1. Oczywiście, nie mają na myśli noworodka, tylko kilkutygodniowy płód. Ale mają prawo mówić o swoim doświadczeniu takim językiem, jak chcą. Robiąc wywiady do książki o kobiecej seksualności i mocy, Uniesienie spódnicy, też słuchałam historii o aborcji. M.in. rozmawiałam z osobą, która o swojej aborcji powiedziała: „dla mnie akt aborcji jest morderstwem, i wiedziałam, że zabijam swoje dziecko, bo ja od poczęcia zawsze wiedziałam, kiedy jestem w ciąży.” Przypuszczam, że w Polsce jest zdecydowanie więcej kobiet, które tak samo myślą i czują, a mimo to, decydują się na aborcję. Czy, usuwając wpisy o zabijaniu nienarodzonych dzieci, nie odbieram im możliwości wypowiedzenia ich doświadczenia najwłaściwszym dla nich językiem? Być może w niektórych tych przypadkach, tylko w ten sposób można opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Czy może być tak, że są kobiety, które przerwały ciążę, spędziły płód albo zrobiły aborcję, bo nie chciały mieć dziecka a po wszystkim poczuły ulgę, i takie, które zabiły swoje nienarodzone dziecko? One są inne, inaczej to widzą, czują, inaczej doświadczają i inaczej o tym opowiadają, ale to nie znaczy, że osoba, która mówi o „życiu poczętym” nigdy go nie przerwie.

Amerykańska ginekolożka Christiane Northrup, omawiając szeroko temat aborcji w jednej z książek, opowiada swojej o siostrze, która – zamiast pójść na zabieg – rozmawiała z duszą dziecka, aby ta opuściła jej ciało i aby poroniła, co pokazuje, że i bardzo duchowe czy bardzo religijne kobiety także potrzebują aborcji i są gotowe na nią. Nie tylko w USA. W Polsce także.

Moja siostra, matka trzech silnych i aktywnych synów, zaszła w niechcianą ciążę, owulując podczas menstruacji – co zdarza się rzadko. Wiedziała, że ciąża nie jest dla niej dobrem – w rzeczywistości czuła, że jest złem na wszystkich poziomach. Starała się więc nawiązać kontakt z nienarodzonym dzieckiem, prosząc duszę o opuszczenie jej ciała. Wykonywała tę wewnętrzną pracę każdego dnia przez dwa tygodnie, jednak nie zmieniło to faktu ciąży. Wreszcie zadzwoniła do kliniki aborcyjnej, żeby się umówić na wizytę. Nigdy nawet nie przypuszczała, że posunie się do takiego kroku. Gdy tylko odłożyła słuchawkę, zaczęła krwawić. Tego samego dnia poroniła.”2

Cytuję tę historię i piszę o tym, aby obalić ten stereotyp, że jeśli ktoś mówi dziecku, duszy dziecka czy „mordowaniu dziecka”, to od razu znaczy, że nigdy tego nie zrobi – lub już tego nie zrobił. Że jest „obrończynią życia”, która – choćby miała walić głową w mur – donosi ciążę, bo „aborcja jest złem”. Nie. Są okoliczności, w których i „obrończynie” – choćby nawet miały „zabić swoje nienarodzone dziecko” – zrobią to.

Pytanie: co to muszą być za straszne okoliczności, że tak decydują?

Bo wierzę, że te okoliczności bywają właśnie straszne. Znam też żal kilku kobiet, które nie mogły urodzić upragnionego dziecka i przerwały ciążę. To była dla nich strata i rozpacz. Jedna z nich nazywała aborcję morderstwem, dla innych był to raczej zabieg medyczny, chociaż wszystkie miały poczucie straty.

To nie znaczy, że każda kobieta, które decyduje się na przerwanie ciąży, przeżywa rozpacz i wpada w depresję. Zazwyczaj, kiedy jest to decyzja zgodna z nią – raczej czuje ulgę. Kiedy jest inaczej – np. to partner, rodzina lub kto inny (jak np. przez długi czas w Chinach – powody polityczne) zmusza do aborcji kobietę, która pragnie dziecka, to wtedy mogą pojawić się takie konsekwencje. Prawdopodobnie stąd opowieści o depresji, rozpaczy i niemożności wybaczenia sobie. Afrykańska położna Robyn Sheldon w książce o porodach naturalnych „Mama Bamba” opowiada o przypadku kobiety, która poddała się aborcji z powodów społecznych – gdyby urodziła, rodzice zgotowaliby jej piekło na ziemi. Potem przez wiele lat cierpiała. A gdy znów zaszła w ciążę i rodziła, wiedziała, że to jest to samo dziecko – ta sama dusza, która przyszła do niej po raz drugi.

Podobną historię o ponownym przyjściu duszy do tej samej kobiety w książce „Ciało kobiety, mądrość kobiety” cytuje wspomniana Christian Northrup:

Kobieta miała czteroletnią córeczkę, Dorothy, którą czasami zabierała na lunch. Rozmawiały o rożnych sprawach. Dorothy skakała z tematu na temat, aż nagle powiedziała: „Jak poprzednio byłam mała, miałam inną mamusię!” Następnie zaczęła mówić w obcym języku, który matka starała się notować. Mogłoby się zdawać, że magiczna chwila minęła, ale Dorothy zaczęła mówić dalej: „Ale to nie był ostatni raz. Ostatnio, gdy miałam dziesięć centymetrów długości i byłam w twoim brzuszku, tata nie był gotowy, żeby cię poślubić, więc odeszłam. Ale przyszłam ponownie”. Następnie dziecko wróciło do rozmów o sprawach czterolatków. Matka zaniemówiła. Nikt poza nią, jej mężem i lekarzem nie wiedział, że jakieś dwa lata przed tym, jak zapadła decyzja o ślubie, zaszła w ciążę. Zdecydowała się na aborcję; była gotowa na dziecko, ale jej przyszły mąż nie.”

Tę historię cytuję, aby pokazać inne spojrzenie na aborcję. Właśnie to duchowe, mistyczne, pokazujące życie jako tajemnicę, która nie jest do końca zgłębiona. Mniej więcej do czasów renesansowych w kościele uważano, że dusza dziecka nawiedza ciało kobiety dopiero po 80-90 dniach od zapłodnienia, dlatego zezwalano na przerwanie ciąży właśnie w pierwszych jej tygodniach. Dziś kościół katolicki zabrania nawet używania prezerwatyw, ale przez wieki pozwalał na spędzanie płodu w pierwszych tygodniach ciąży.

Znając te fakty, tym bardziej popieram prawo kobiet do wyboru i liczę na szybkie jego przywrócenie. Wtedy te kobiety, które chcą dziecka – urodzą je. A te, które będą chciały lub musiały ciążę przerwać – przerwą ją. Nawet jeśli są religijne, bogobojne, duchowe, czy będą opowiadać o swoim doświadczeniu nie jako o skrobance, tylko zabiciu dziecka, zupełnie jak w filmie „Kler”. Już dziś to robią, chociaż od 1997 roku prawo w Polsce tego zakazuje.

1 https://www.youtube.com/watch?v=PHhBS4lMArI dostęp z dnia 15.10.2019.

2 Christiane Northup, Ciało kobiety, mądrość kobiety, Warszawa 2011.
http://seksualnosc-kobiet.pl/doswiadczenia/aborcja/aborcja-inne-spojrzenie/

Organizatorki, czyli m.in. Ogólnopolski Strajk Kobiet piszą tym razem bardzo dosadnie o ustawie, która jest ukłonem w stronę pedofilów (a o której pisałam tutaj):


<<PiS „rzutem na taśmę”, w starym składzie parlamentu pracuje nad ustawowym zakazem edukacji seksualnej.

Zdaniem PiS i prawicowych fundamentalistów religijnych spod znaku „Pro Prawo do Życia” i Ordo Iuris zdecydowanie za mało dzieci i młodzieży w Polsce:
– jest molestowanych i gwałconych przez księży
– popełnia samobójstwa ze względu na nieheteronormatywną orientację seksualną.
Jednocześnie, za mało dziewcząt i kobiet zachodzi w niechciane ciąże i dokonuje niebezpiecznych zabiegów w podziemiu aborcyjnym.

Partia nienawiści w polskim Sejmie pragnie znacząco zwiększyć te wskaźniki, zakazując edukacji seksualnej, uczącej m. in. o złym dotyku, orientacjach seksualnych i zapobieganiu ciąży.
Robią to bredząc o „prawach rodziny” .
Średniowiecznej.

Dołącz do nas w środę, o 17.30 pod Sejmem! Weź czerwoną kredę, czerwoną kartkę, czerwone konfetti.
Niech PiS wie, że ma i będzie miał krew na rękach.>>

Demonstracje organizowane przez różne organizacje i osoby odbędą się także we Wrocławiu – 16.10.2019 o g. 17.30 pod pręgierzem, w Kielcach pod kieleckim Urzędem Miasta też o 17.30, w Łodzi pod biurem PiS ul. Piotrkowska 142, Krakowie ul. Frańciszkańska 3, Katowicach na Placu Teatralnym i Poznaniu ul. Św. Marcin 43.

Demonstracja w Warszawie na fb – https://www.facebook.com/events/744784349326425/
Demonstracja we Wrocławiu na fb – https://www.facebook.com/events/464971031106820/
Demonstracja w Kielcach na fb – https://www.facebook.com/events/1608997555909846/
Demonstracja w Łodzi na fb – https://www.facebook.com/events/541032783379528/
Demonstracja w Krakowie na fb – https://www.facebook.com/events/1212961295578224/
Demonstracja w Poznaniu na fb – https://www.facebook.com/events/452557762133973/
Demonstracja w Katowicach na fb – https://www.facebook.com/events/534842983942506/

Napisała to jedna z kobiet, która wzięła udział w moim testowym Kursie akceptacji ciała online. Że jest taki film na festiwalu we Wrocławiu i że nam poleca. Że o ciele, że fajny. Że taki lesbijski porno film drogi. W materiałach reklamowych było coś o Thelmie i Louise. Świetnie! – pomyślałam i kupiłam bilet.

W kinie był komplet. Mnóstwo ludzi żądnych wrażeń na Nowych Horyzontach. Z ledwością znalazłyśmy z koleżanką dwa wolne miejsca, żeby się gdzieś wcisnąć, zgasły światła i chwilę później zobaczyłyśmy zapierający dech w piersiach górski krajobraz. I dziewczynę, która ubierała piankę, żeby wykąpać się w zimnym morzu.

W następnych kadrach jakieś lodowe jaskinie wprost z Antarktydy, surowy klimat południa Argentyny, piękne widoki, świetna muzyka i niespieszna narracja. Poczułam klimat festiwalu i całą sobą zanurzyłam się w tę opowieść, tym bardziej, że we Wrocławiu trwał jeden z gorętszych dni lata.

W następnej scenie dziewczyna od pianki i dziewczyna z Antarktydy spotkały się po długim czasie niewidzenia się. Były kochankami i od razu wylądowały w łóżku. „Jakie to argentyńskie kino inne niż nasze” – pomyślałam, gdy widziałam, jak filmowane były sceny seksu i jakie aktorki ten seks odgrywały. To nie były krótkie urywki z powiewającą firanką w tle. Ten seks był filmowany z różnych kamer, a ciała aktorek było widać w pełnej krasie. To, co bardzo mi się podobało, to że nie były to tzw. ciała wzorcowe. „No nie, Argentyna jest naprawdę świetna!” cieszyłam się, oglądając kolejne sceny. Bójka w barze, kolejna kochanka w łóżku, piękne krajobrazy – bo główne bohaterki wyruszyły w daleką podróż – i jeszcze więcej świetnej muzyki. I też dużo, dużo seksu. Naprawdę dużo. Seksu pełnego uczuć, śmiechu, zabawy, emocji, dziewczyńskiej radochy czerpanej z kochania się na łące w krajobrazach jak z reklam czekolady Milka.

Film się rozkręcał coraz bardziej, niektóre pokazane na ekranie pieszczoty, jak pocałunek w trzy osoby, przypominały mi zapomniane historie. Kiedy ostatnio całowałam się w trzy osoby? Czy naprawdę w liceum? Czy nigdy potem – czy po prostu nie pamiętam? I tak sobie patrzyłam, zachwycałam się pięknem natury, erotyki i muzyki, aż dziewczyny dojechały do miejscowości, w której mieszkała nie widziana od lat przyjaciółka głównej bohaterki. Spotkały się w kościele. Hym. No dobrze, co kraj, to obyczaj, niech będzie, że w kościele, może akurat tam jest cicho albo chłodno? Gdy po krótkiej chwili rozmowy zaczęły się całować, a potem kochać na ołtarzu – i to chyba we trzy – gdy czwarta stała na czatach przy drzwiach – pomyślałam, że to argentyńskie kino jest zdecydowanie bardziej liberalne. A argentyńska kultura jest naprawdę wyzwolona, że nie ma tam pruderii i że zazdroszczę tym, co mieszkają w Ameryce Południowej.

Moim oczom ukazywały się także liryczne sceny w dragu, wyglądające jak inspirowane Szekspirem bądź też wideoklipem Nicka Cave’a i Kylie Minouge „Where the wild roses grow”. Sceny orgii z nawiązaniami jakby do filmów „Boogie nights” i „Oczy szeroko zamknięte”, tace pełne kolorowych dild i wibratorów jak w domu Betty Dodson.

I dopiero, kiedy zobaczyłam ostatnią scenę filmu, w której jedna z bohaterek masturbuje się długo i namiętnie, a kamera powoli najeżdża na jej krocze, gdy w tle słychać szum fal, doszło do mnie, że – być może – to nie jest argentyńskie kino alternatywne.

Gdy zapaliły się światła a na scenie ukazała się reżyserka „Córek ognia”, Albertina Carri i powiedziała, że chce aby jej film był traktowany jak porno, wszystko stało się jasne. Moja koleżanka nie żartowała. Naprawdę wysłała mnie na porno. A ja przecież nie więcej niż tydzień wcześniej powiedziałam, że porno nie oglądam, bo widzieć dziesięć filmów porno, to jak widzieć wszystkie i że już w ogóle mi się nie podobają, bo swój limit zobaczyłam – i tu nagle siedzę w kinie naprawdę oczarowana?


Co więcej, ja ten film chcę Ci polecić. Jeśli masz ochotę zobaczyć coś erotycznego. Jeśli masz ochotę zobaczyć coś nowego, wręcz rewolucyjnego. Ciała inne niż z mainstreamu. Siostrzeństwo. Poliamoryczne relacje pełne bliskości i wsparcia. Zmysłowe i pewne siebie kobiety. Film bez mężczyzn. Porno skrzące pożądaniem, pełne piękna i delikatności a zarazem mocy. No to zobacz „Córki ognia”.

Po seansie długo dyskutowaliśmy o filmie. Reżyserka została oskarżona przez jednego z widzów o to, że więzi, jakie pokazała między kobietami, są sztuczne, bo przecież – jak mogą być w poliamorycznym związku i nie być o siebie zazdrosne. Przecież tak się nie da! Carri powiedziała wtedy coś o kapitalizmie i heteronormie. Myślę, że trafiła w dziesiątkę! Ja, oglądając ten film, nie miałam ani odrobiny trudu ze zrozumieniem, że nie trzeba czuć tej zazdrości. Może dlatego że żyłam w poliamorycznej relacji a może dlatego, że zdarzało mi się chodzić do łóżka w więcej niż dwie osoby.

Słowem najlepsze porno, jakie w życiu widziałam. Rewolucyjne, feministyczne, antykapitalistyczne! I na dodatek takie, w którym można zobaczyć prawdziwe kobiece ciała.

PS. Albertina Carri mówiła, że jeśli ktoś miał wyjść z seansu, to wychodził właśnie w trakcie sceny seksu w kościele. Później okazało się, że to od tego ujęcia zaczęły kręcenie filmu, aby „przełamać lody”. Cóż, po prostu polecam!

3 komentarze  Like

Są osoby, którym takie wakacje w głowie się nie mieszczą, i takie, które im przyklasną. Nie ważne, do której grupy należysz, i tak chcę się z Tobą podzielić moimi refleksjami z ostatnich wakacji.

Wakacje się skończyły, a ja grzecznie wróciłam do Wrocławia, gdzie co środę prowadzę Kurs akceptacji ciała. Ale powspominać zawsze można, więc…

Na początku mieliśmy po prostu pojechać nad morze. Na jakąś ciepłą, cichą plażę. Potem okazało się, że cały nasz pobyt będzie na naturystycznym kempingu. Pomyślałam, że nie będę musiała leżeć na plaży w mokrym kostiumie wyziębiającym ciało i na kilka tygodni zapomniałam o całej sprawie.

Przypomniałam sobie już na miejscu, gdy dotarło do mnie, ile w walizce mam niepotrzebnych ubrań. Bo przecież nie wiadomo, jaka mogłaby być pogoda, więc wzięłam kilka sukienek, spodnie, a także grubszy sweter. No cóż, pierwszy raz jechałam na taki kemping. Skąd mogłam wiedzieć, że na dobrą sprawę – gdy wieczorem robiło się zimo – najprzyjemniej i najcieplej mi będzie, gdy kocem polarowym owinę swoje nagie boskie ciało?

Dzień dobry, ale czy wiecie, że to kemping naturystów?

Przyjechaliśmy w samo południe. Skwar lał się z nieba. Na szczęście było wolne miejsce na polu namiotowym. Ustaliliśmy szczegóły z panią z recepcji, która informacje na temat kuchni, grilla, prądu i wszelkich opłat. Gdy już ruszaliśmy, aby przeparkować samochody, spytała, jakbyśmy nie poruszyli jakiejś ważnej kwestii: Ale wiecie państwo, że to kemping naturystyczny? Chyba nie była pewna, czy wiemy, w co się „pakujemy”.

Od razu pobiegłam wykąpać się na plażę. O tym marzyłam, przemierzając dzielnie pół Europy! Morze! I nie trzeba się przebierać! Do tej pory jedynie bywałam na plażach nudystów i w innych nagich przybytkach, ale nigdy na kampingu. Biegnąc nad wodę, zobaczyłam więc kompletnie nagich ludzi – odpoczywających lub idących gdzieś z plecakami, jadących na rowerach – jedynie w butach i czapeczkach. Rodziny zażywające popołudniowego odpoczynku rozparte przy kamperach ze stoliczkami i krzesełkami, dzieci bawiące się z psami, osoby jedzące obiad lub zmywające po posiłku. Może jakieś pięć procent osób miało cokolwiek na sobie. Większości te 30 stopni ciepła wystarczało, aby cieszyć się strojem Adamowym. Wkrótce i ja biegałam, pływałam, prałam i zmywałam nago. Jedna czynność, którą robiłam w ubraniu – a raczej owinięta ręcznikiem – to smażenie na oleju. I tak generalnie mogłoby już zostać w każde upalne popołudnie. Ubrania bywają zbędne. Co prawda dyktatorzy mody oraz koncerny produkujące ubrania by się nie zgodziły, ale…

Co to znaczy być na naturystycznym kempingu?

Co to naprawdę znaczy, uświadomiłam sobie dopiero następnego dnia rano. Obudziłam się i chciałam wyjść z namiotu. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że chyba muszę się ubrać. Na szczęście dość szybko zdałam sobie sprawę, że jednak nie muszę. Chociaż było wczesne rano, było ciepło i nie musiałam na siebie nic zakładać. Co za raj! Tak samo nie musiałam się chować pod ręcznikiem, gdy wychodziłam spod prysznica, czy zasłaniać się, leżąc na plaży. Wszystkie panie pod kranami – robiące poranną toaletę, myjące zęby, czeszące włosy, wycierające się po prysznicu – były cudownie nieskrępowane i gołe. Panowie również. Muszę powiedzieć, że panował tam taki luz, jakiego już dawno nie doświadczyłam. Luz i akceptacja dla nagości i ciała. Przecież nie wszyscy wyglądaliśmy jak modele wyciągnięci z kolorowych modowych magazynów. Prawie nikt tak nie wyglądał. Kobiety młodsze i starsze. W zasadzie bardzo dużo tych starszych. Niektóre blade, inne opalone na ciemną czekoladę. Siwe, pomarszczone, grube, chude, gładkie – wszystkie pełne akceptacji dla siebie i innych, z uśmiechem na ustach mówiące: „morgen”, „morning” lub jakiekolwiek inne pozdrowienie. Czułam się między nimi jak wśród sióstr.

Po kilku dniach jedna z koleżanek spytała mnie, czy te nagie ciała są dla mnie erotyczne, czy podniecają mnie. „Nie” – odpowiedziałam bez zastanowienia. „Mnie też nie” – zaśmiała się ona. – „A więc Eros może chodzić zupełnie innymi drogami. To tylko nasza kultura ustala to połączenie, że nagość od razu prowadzi do podniecenia czy seksu”.

No właśnie. Jak to jest, że w jednej kulturze, aby „nie skusić mężczyzny do złego”, kobiety muszą zakrywać całe ciało, a czasem i twarz, a w innej, jak wśród naturystów, kobiety chodzą nagie od rana do wieczora, nagie pływają, opalają się, piorą, gotują i spacerują po obozowisku – i nic złego się nie dzieje? Nikt nie zostaje skuszony. Gołe kobiety też nie rzucają się jak samice w rui na innych. Wręcz przeciwnie: wszyscy są dla siebie uprzejmi, pomocni i mili. I czują się bezpiecznie.

Będąc w tym miejscu, myślałam też o rozmowach z dawnych czasów, o dawno przeczytanych artykułach i odbytych szkoleniach, z których i na których dowiadywałam się, żeby lepiej nie chodzić przy dzieciach nago. Dobrze, że takich artykułów nie czytały moja mama, ani babcia! A może czytały, tylko po prostu się z tym nie zgadzały i dzięki temu mieliśmy w domu względny luz w związku z nagością. W każdym razie patrzyłam na te rodziny golasów z dziećmi i nie czułam ani przez chwilę, że komuś jest tu nieswojo. Wręcz przeciwnie, wyglądali na rozluźnionych i zadowolonych.

Komu się przyda trochę nagości? 🙂

Myślę, że taki naturystyczny kemping może być dobrym miejscem dla niektórych osób – aby oswoić się z ciałem i nagością. Aby odkodować skojarzenia, że nagość = seks. Że „jeśli chcesz chodzić nago po plaży, to najpierw idź na siłownię i obowiązkowo wciągaj brzuch”. Aby zobaczyć i poczuć to, że każdy człowiek na prawo wyglądać, jak wygląda, że nie musi wciągać brzucha, ani spełniać innych kulturowych norm dotyczących wyglądu i nadal zajmować miejsce w przestrzeni społecznej – nawet, jeśli ktoś inny uważa, że „z takim ciałem to się nie powinno wychodzić między ludzi”. Wśród naturystów pewnie nie ma osób posiadających tak radykalne poglądy (ale jest ich mało), dlatego można się tutaj poczuć, jak u siebie, bez względu na wiek, wygląd czy rozmiar. I to poczucie absolutnego nieskrępowania i swobody przywieźć ze sobą jako pamiątkę z wakacji. Szczególnie pobytu w takim miejscu życzyłabym wszystkim kobietom, które czują, że ich ciała są „niewystarczające”. Naprawdę, gdy w ciągu wakacji przed oczami przewinie Ci się kilkadziesiąt czy kilkaset różnych nagich ciał, być może zauważysz, że „niewystarczające” to tylko ocena narzucona z zewnątrz, którą nie trzeba się przejmować. Że między dziesiątkami kobiet i mężczyzn w różnym wieku i o różnym wyglądzie, można poczuć się pewniej z własną nagością i własnym ciałem. Bo skoro oni patrzą i akceptują – to dlaczego Ty masz siebie nie akceptować?
No dlaczego?

6 komentarzy  Like

15.10.2019, czyli 3 lata i 12 dni po Czarnym Proteście, polski sejm zdecyduje, co zrobić z ustawą, która za „pochwalanie seksu” zasądza więzienie. I mogą tam trafić rodzice, nastolatkowie, lekarze, pielęgniarki, nauczycielki i nauczyciele, a także edukatorzy i edukatorki seksualne.

Skutki tej ustawy prezentuje Anna Dryjańska w artykule z serwisu naTemat:

<<Kto mógłby pójść siedzieć? Przykłady

17–latka, która napisze w internecie, że seks jest super

W przypadku gdyby Sejm przyjął po wyborach tę ustawę, odpowiedzialność karna i 3 lata więzienia groziłaby nawet 17-latce, która podzieli się na Instagramie lub Twitterze wrażeniami ze swojego współżycia, np. napisze, że seks jest super i wszystkim poleca. Już osoby 17-letnie odpowiadają jak osoby dorosłe – stosuje się wobec nich Kodeks karny.

Rodzice, którzy publicznie powiedzą, że nastolatek jest aktywny seksualnie

Wystarczy komentarz na Facebooku w dyskusji o antykoncepcji, w którym napiszą że polecili nastolatkowi prezerwatywy lub pigułki antykoncepcyjne. Podobnie w przypadku udziału w jakimś wykładzie lub debacie. Wystarczy, że publicznie wypowiedzą się w sposób, który oznacza, że akceptują fakt aktywności seksualnej potomka. – Takie słowa można podciągnąć pod „pochwalanie” – mówi mec. Marcjanna Dębska.

Nauczycielka, która zabierze uczniów do kina

Jeśli film będzie zawierał scenę, w której pokazany lub sugerowany jest seks nastolatków, nauczycielka może trafić do więzienia na 3 lata. Dodatkowo otrzyma zakaz wykonywania zawodu.

Lekarz, który nagra wideo na YouTube

Powodem wysłania lekarza do więzienia może być na przykład materiał, w którym zwracając się do młodych ludzi powie, jakie środki antykoncepcyjne im poleca, jeśli już zaczęli współżycie.

Edukatorki i edukatorzy seksualni

Czyli eksperci, którzy wyręczają państwo w informowaniu młodych ludzi o tym, jak działa i zmienia się ich ciało, na czym polega szacunek do drugiej osoby w dziedzinie seksualności, czym jest zły dotyk, jak przenoszone są choroby weneryczne i jak się przed nimi uchronić.>>

Ta ustawa prawdopodobnie nie zostanie przyjęta.

W każdym razie taką mam nadzieję.

Dlaczego więc o niej piszę?

Bo o tym, co się z nią stanie, decydują politycy i polityczki. Wybrane i wybrani w demokratycznych wyborach. Bo znam trochę osób, które „nie interesują się polityką”, którym chcę pokazać, że nawet jeśli Ty nie interesujesz się polityką, to ona i tak, na dodatek dosłownie, dobierze Ci się do majtek. Bo taka już cecha władzy, że uwielbia kontrolować seksualność. Więc warto – skoro już mamy taką możliwość – wybrać ludzi, którzy opowiedzą się za równością płci, prawami reprodukcyjnymi i prawami człowieka. Uważam, że to jest dobre nie tylko dla naszej demokracji, ale i seksualności. W tej chwili na celowniku są osoby LGBT. (Dziś pod moim oknem dwa razy przejechał bus z megafonem i „dowiedziałam się”, z taśmy puszczonej z busa, że najwięcej pedofilów jest wśród gejów i edukatorów seksualnych.) Na celowniku zawsze też prawa kobiet i prawa reprodukcyjne (pamiętasz Czarny Protest z 2016 r.?), bo patriarchalne społeczeństwo zawsze najpierw odbierze wolność kobietom.

Wszystkie te ustawy, m.in. ta o „pochwalaniu seksu”, o pigułce po, o klauzuli sumienia, o przerywaniu ciąży itd. – wchodzą w życie lub nie – w zależności od głosowań w Sejmie.

Raz na 4 lata możesz wybrać ludzi, którzy będą tam reprezentować Ciebie i Twoje poglądy. I będą decydować o tym, jak – pośrednio lub bezpośrednio – będzie wyglądało Twoje życie intymne. Czy Ty i Twoi bliscy będą mieć szacunek i wsparcie bez względu na płeć czy orientację psychoseksualną? Czy państwo zrefunduje Ci in vitro? Czy urodzisz w godnych warunkach? Czy będziesz mieć dostęp do badań prenatalnych? Czy będziesz mógł czy mogła kupić prezerwatywę czy pigułkę po, czy też jakiś „farmaceuta z sumieniem” Ci jej nie sprzeda. To jest właśnie polityka, którą warto się zainteresować. Załączam Ci więc grafikę, z której w 5 sekund się zorientujesz, która partia co postuluje aktualnie.

Wybory są 13 października. Wystarczy dowód osobisty i już możesz decydować. A jeśli nie możesz głosować w miejscu zamieszkania, to tutaj instruktaż, jak to zrobić gdzie indziej.

Rok 2019, nie 1984…

Piszę o tym też dlatego, że ta ustawa jest pewnym świadectwem, gdzie jako społeczeństwo jesteśmy. Jak bardzo odeszliśmy od początku lat 90., tego zachwytu wolnością, gdy w publicznej telewizji leciały reklamy społeczne, z których można się było dowiedzieć, jak się zabezpieczyć przed HIV. Gdy można było przerwać ciążę na żądanie i nikt nie kwestionował mojego prawa do przerywania ciąży ani antykoncepcji. Gdy nie było lekarzy ani tym bardziej farmaceutów z „sumieniami”. Gdy za homofobiczną wypowiedź premier zwalniał ministra. Gdy (w roku 2000) prezydent wetował ustawę delegalizującą pornografię. Krok po kroku odpuszczaliśmy kolejne sfery i jesteśmy teraz, w roku 2019 w Polsce, w której mniej czy bardziej serio ja i moi znajomi zastanawiają się, czy nas zamkną.

Dla mnie skasowanie aborcji na żądanie jest zgodą na nierówność; jest innym powiedzeniem: kobietom nie można ufać. Kobiety są nieracjonalne, niebezpieczne, po prostu – głupie i jeśli przywrócimy legalną aborcję, to będą ją sobie robiły co miesiąc.

I żyjemy od 1997 roku w takiej Polsce, w której prawo aborcyjne potwierdza nierówność płci. Kobieta nie może zdecydować sama, więc decyduje za nią polityk, ksiądz albo lekarz. W praktyce decyduje stan portfela. Jeśli jest bogata, może mieć aborcję na żądanie od ręki. Jeśli jest biedna, zdana jest na łaskę kogoś, kto zgodzi się jej pomóc. Złości mnie to, że większość decydentów i decydentek rozumie to, a i tak wspiera hipokryzję. Ta hipokryzja sprawia, że seks w naszym kraju staje się coraz większym tabu. I to mnie boli.

Bo tabu wokół seksu to nie tylko uprzykrzanie nam życia (seksualnego).
Ale też więcej seksualnej przemocy. Więcej gwałtów i pedofilii. I takie właśnie absurdalne ustawy o karaniu za edukację seksualną. Jak dla mnie – absurd nad absurdy. Ziszczony sen idioty. Nie sądzę, aby w 1991 roku to przeszło. A czy przejdzie w 2019?

Takie słowa padają w filmie „Dzięki Bogu” François Ozona i są chyba najlepszym podsumowaniem tego, co z życiem człowieka może zrobić wykorzystanie seksualne.

Gdy szłam do kina, nie planowałam pisać o tym filmie. Ale teraz chcę. Bo widziałam płaczących mężczyzn. Bo widziałam trzęsące się ręce i trzęsące się głosy. Bo widziałam skłócone rodziny. Bo usłyszałam, że seks to tabu.

Jest tam taki ksiądz pedofil, właśnie ksiądz Preynat, który mówi: „cierpiałem”. Ale to nie on dostaje ataku padaczki, kiedy widzi w gazecie artykuł nt. molestowania. Ozon pokazuje swoich bohaterów i bohaterki 20-30 lat po tym, gdy miejsce miało wykorzystanie seksualne i to jest chyba najmocniejsza strona tego filmu, bo ktoś – podobnie jak rodzice jednego z bohaterów – może powiedzieć „daj spokój, to było dawno temu”. Jakie znaczenie ma fakt, że to było dawno temu? W przypadku osób pokazanych w filmie, widać, że nie działa tutaj zasada, że czas leczy rany. Czas może uleczyć ranę, gdy zostanie ona oczyszczona. Rany bohaterów filmu „Dzięki Bogu” dopiero zaczynają podlegać procesowi oczyszczania, gdy odzyskują oni głos. Do tej pory, dopóki jeden z nich – Alexandre – nie wszczął procesu dochodzenia sprawiedliwości, prawie każda z tych osób milczała, skrywając straszną tajemnicę. Przez całe lata milczała. Jeden z tych milczących mężczyzn mówi: „Nie chcę do końca życia być ofiarą księdza pedofila” i odmawia złożenia zeznań. Mimo że hańbą powinien okryć się kat, niechęć społeczności czasem spada na ofiary przemocy. Widzimy m.in. rodziców Alexandre, którzy są zbulwersowani tym, że ich dorosły syn chce dochodzić sprawiedliwości. Krzywda wykorzystanych powinna być umniejszona. Sprawa wyciszona. Zapomniana.

Ale ci, którzy doznali tej seksualnej krzywdy, nie mogą zapomnieć, chociażby chcieli. Ozon daje im czas na ekranie. Widzimy więc konsekwencję, z jaką działa Alexandre, aby kościół uznał jego krzywdę. Gdy lokalny kościół francuski odmawia ukarania winnych, Alexandre pisze list do papieża. Gdy milczy Watykan, idzie na policję. Inwestuje mnóstwo energii w sprawę, o której „powinien zapomnieć”. Ale nie może. Dlaczego? Dlatego, że sam ma pięcioro dzieci i chce je ochronić? Dlatego, że widzi księdza pedofila, który wciąż ma kontakt z dziećmi? Gdy ksiądz rozdaje komunię, Alexandre zabiera całą rodzinę z kościoła. Gdy jest zmuszony modlić się razem z księdzem, który był dla niego katem, ledwo może ustać na nogach.

Widzimy Emmanuela, który pali papierosa za papierosem i wciąż popija alkohol. To on dostał ataku padaczki, gdy przypomniał sobie koszmar z dzieciństwa. Emmanuel żyje w toksycznym związku, bo nie umie inaczej. Mówi o tym, że próbował wszystkiego: terapii, hipnozy, sufickich tańców, ale uspokoić myśli pomaga mu tylko sport. Przez lata czekał na impuls z zewnątrz, aby opowiedzieć swoją historię. Raz powiedział mamie, że ksiądz go pocałował, ale mama puściła to mimo uszu. Mówi: „seks był tabu, poza tym to się działo w kościele”. Nie wracał więc do tematu, aż do momentu, gdy po latach przeczytał o nim w gazetach. Wtedy postanowił przemówić i dzięki temu zaczął odzyskiwać życie.

W filmie widzimy wiele ofiar tego samego księdza i społecznej zmowy milczenia. Ludzi, którym łzy kręcą się w oczach a głosy drżą. Ludzi, którzy noszą w sobie ból. Ludzi, którzy milczą, bo powiedzenie prawdy wywołałaby sprzeciw najbliższych czy agresję. Nawet po latach. Żona Alexandre o swojej krzywdzie mówi tylko jednej osobie, roni tylko jedną łzę. Inne ofiary w ogóle nie zabierają głosu, bo wracanie do przeszłości jest zbyt straszne.

Jednak to nie jest film o tym, że traumy molestowania nie da się przepracować. Nie. To film o tym, że nie można nic zmienić, dopóki nie zacznie się mówić. Ale mówienie jest trudne. Każdy ma inną wrażliwość i wytrzymałość. Jeden jest w stanie pójść na policję czy wystąpić w telewizji, inny nigdy nikomu nie powie o swojej krzywdzie. Nigdy. To także film o tym, że trudno walczyć z machiną jaką jest kościół. Szczególnie, gdy Twoi najbliżsi stoją po stronie księdza i umniejszają Twoją krzywdę. A kolejni kościelni dostojnicy tylko udają współczucie i markują chęć wymierzenia sprawiedliwości.

Historia, którą opowiedział Ozon, jest prawdziwa. Plansze, które widzimy na końcu filmu, czyli, że sprawca wciąż nie został osądzony, a biskup za ukrywanie przestępstwa, dostał tylko wyrok w zawieszeniu, mówią same za siebie. Dlaczego tak się dzieje? Czy łatwiej niż rozliczyć przestępstwo, jest po prostu odebrać głos ofiarom i umniejszyć ich krzywdy? Czy dotykanie seksualnej krzywdy dzieci jest zbyt bolesne dla społeczeństwa? Czy chodzi o to, że duchowni sprofanowali sferę sacrum, naznaczając ją gwałtem i przemocą – a społeczność nie chce się pogodzić z faktem, że i duchowny może być przestępcą, bo wtedy runie stary bezpieczny świat? Czy Emmanuel ma rację, mówiąc, że „seks to tabu”? Ale przecież ksiądz Preynat nie uprawiał seksu z dziećmi, bo seks wymaga zgody. On dzieci molestował. Tam nie było seksu, tylko (seksualna) przemoc. Przemoc, która może zostawić ślad na całe życie, bo jak inaczej rozumieć stwierdzenie, że „zawsze uprawiamy seks w trójkącie: ja, żona i ksiądz Preynat”?

Dawno, dawno temu czytałam książki katolickiej teolożki Uty Ranke-Heinemann, w których opisywała religijne dogmaty dotyczące seksualności. Im więcej czytałam, tym częściej popadałam w niedowierzanie, a potem w złość, bo wychowałam się w tzw. katolickiej rodzinie i żyłam w przekonaniu, że kościół – mimo wojen krzyżowych i inkwizycji – to w zasadzie pozytywna instytucja. Która – ostatecznie – trochę ogranicza nasze życie seksualne, ale ostatecznie chodzi jej o pokój, miłość i szacunek do bliźniego.

O ja naiwna!

Nikt na katechezie nie nauczył mnie historii kościoła, nie zaznajomił z poglądami tych, którzy ten kościół kształtowali, a w kinach nie było jeszcze filmu „Kler”, więc skąd miałam wiedzieć, że miłość to akurat ostatnia rzecz, o którą chodzi w kościele. Tomasz z Akwinu, uważany przez katolików za świętego, w ogóle uważał, że miłość jest przereklamowana. „Każdy, kto zbyt namiętnie kocha żonę, narusza dobro małżeństwa i może być nazwany cudzołożnikiem”1 – głosił. No, chyba że mówimy o miłości fizycznej, o seksie, bo na tym polu kościół przez tysiąclecia stanowił zasady i lubił palić na stosach za ich nieprzestrzeganie.

Katolickie rozważania: <<do pochwy>> czy <<w pochwie>>?

Ogromne było moje zdziwienie, gdy w końcu dotarło do mnie, że czego by nie ogłosili ojcowie kościoła, to ich kościelny świat kręci się dookoła seksu. Absurd? No to rozpatrzmy to na przykładach. Na przykład małżeństwo. Czy – jak sobie wyobrażałam – zależało od przysięgi, którą para złożyła w obliczu boga i bliskich, czy – jak stanowiła teologia – od tego, jaki seks później uprawiała i jakiej używała antykoncepcji?

Żeby nie być gołosłowną i uwzględnić te bardzo ważne katolickie rozważania (na temat spermy w waginie), zacytuję, co Uta Ranke-Hainemann pisze w książce „Eunuchy do raju”. A mianowicie: „Tomasz [z Akwinu] nazwał (za Arystotelesem) nasienie męskie „czymś boskim” (De malo 15,2). Od 1983 r. prawo kanoniczne stosunek małżeński po zażyciu pigułki uważa za dopełniający małżeństwo, zatem małżeństwo pigułkowe jest nierozerwalne. Niedopełnione i rozerwalne jest małżeństwo pary stosującej stosunek przerywany. Dziś trwa spór w kwestii, czy musi nastąpić wytrysk do pochwy, czy w pochwie. Pary stosujące prezerwatywy nie mają szans na rozwód, bo nie ma całkowitej pewności, czy jakaś <<kropelka spermy nie przedostała się do pochwy>>”2. No cóż, trochę mnie to zszokowało, że o małżeństwie stanowi nie deklaracja dwóch dorosłych osób, ale <<kropelka spermy>>. Autorka skwitowała to następująco: „Kwestia nierozerwalności małżeństwa jest kwestią jakości produktów przemysłu gumowego.”3 Pary mają też przechlapane, jeśli nie mogą odbyć stosunku: „Kanon 1084 [Kodeksu Prawa Kanonicznego] z 1983 roku: Niezdolność dokonania stosunku uprzednia i trwała, czy to ze strony mężczyzny czy kobiety czyni małżeństwo nieważnym”4. Wyrazy współczucia dla wszystkich kobiet z pochwicą albo wulwodynią a także dla mężczyzn z zaburzeniami erekcji – nie liczy się Wasza miłość, tylko sprawność organów płciowych. Heinemann dodaje jeszcze: „[Papież] Sykstus uczynił ze spermy alfę i omegę małżeństwa […] Kto nie był w stanie wykazać się nasieniem zgodnym z normą papieską, nie miał prawa do małżeństwa”5. Za to, gdy już małżeństwo zostało zawarte, kobieta stawała się seksualną niewolnicą męża. „Raczej żona musi się pogodzić, że zginie, niżby jej mąż miał zgrzeszyć”6 – twierdził arcybiskup Canterbury Langton, czyli kobieta musiała seksualnie usłużyć mężczyźnie za wszelką cenę – nawet cenę zdrowia czy życia. Kościół zajmuje się także pulą pozycji seksualnych, którymi obdziela wiernych. Oczywiście, seks to grzech, im mniej w nim przyjemności, tym bardziej udane płodzi się dzieci a „XIII-wieczna summa ustala, że przyzwolenie kobiecie na seks w innej pozycji niż ustalona to grzech równy morderstwu”7. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale jeśli ktoś seks w (nieodpowiedniej) pozycji uważa za coś równego morderstwu, to musi mieć seksualną obsesję.

Czytałam też o tym, że mężczyźni z zaburzeniami erekcji nie mogli być przyjmowani na księży czy zakonników. Na początku trudno było mi uwierzyć w te kościelne absurdy, ale im więcej dowiadywałam się o katolickiej teologii (czyli nie z katechezy, ale z książek doktorki kościoła) oraz w ogóle o religiach, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że koniec końców, m.in. w kościele katolickim chodzi przede wszystkim o seks. To on jest złożony na ołtarzu. A skoro księża przez celibat nie mogą w spokoju nacieszyć seksem, to nikt nie powinien móc.

Arcypedał, podistoty i obsesja seksu

Ostatnio na przypadkowej stronie otworzyłam książkę Pawła Reszki „Czarni” i przeczytałam m.in. o tym, jak jeden z księży o pseudonimie „Arcypedał” był postrachem młodych duchownych, którzy najprawdopodobniej byli przez niego gwałceni, molestowani, wykorzystywani – ale bali się skarżyć. Potem na innej stronie znalazłam to, o czym wielokrotnie pisała Uta – czyli że kler jako taki uważa kobiety za rodzaj podistot, którym nie należy się szacunek. A potem znalazłam kilka wypowiedzi księży, którzy mówili, jak wielką obsesję kościół ma na punkcie seksu. „Seks świeckich to jest nasza mania. Poza seksem nie dostrzegamy już żadnych grzechów.” – mówił jeden z nich. „Myślę, że my, duchowni, mamy jakąś obsesję w sprawach seksualności ludzi świeckich. To jest oczywiste maskowanie naszych problemów i frustracji. Budzi się w nas pies ogrodnika: sami nie zjedzą i innym nie dadzą.”8 – dodawał inny. Oni wypowiedzieli to wprost. I bardzo się cieszę, że te słowa padły, no bo kto podejrzewałby „duchowe osoby” o to, że mają obsesję seksu? O to, że zazdroszczą go świeckim? Może dlatego tak bardzo lubią piętnować i potępiać wszystko, co z seksem związane: przyjemność, radość, sam seks, antykoncepcję, przerywanie ciąży, używanie prezerwatyw – nawet w krajach afrykańskich podczas epidemii AIDS. Ale to, że potępiają, to nie znaczy, że sami z tych cielesnych uciech nie korzystają. Cyniczny ksiądz z „Kleru”, gdy dowiaduje się, że jego konkubina jest w ciąży, daje jej pieniądze na aborcję, a wcześniej zadziwiony pyta: „Jak to, nie zabezpieczyłaś się?”. Jasne, „Kler” to film, ale nie sądzę, żeby nie oddawał realiów.

Księża miewają kochanki i kochanków nie tylko w filmach takich jak „Ksiądz” czy „Kler”, ale i w realnym życiu, mają też dzieci, o czym pisała ostatni m.in. Marta Abramowicz w książce „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica”. Napiszę to jeszcze raz: niektórzy księża są gejami. Być może nawet wielu. Podkreślam to specjalnie, bo jeśli wśród nich działa zasada psa ogrodnika, wyjaśniałoby to atak na gejów i lesbijki, który w kościele jest przedstawiany jako „zaraza LGBT”. Może jeden z drugim księdzem czy biskupem zazdroszczą np. aktorowi Jackowi Poniedziałkowi czy politykowi Robertowi Biedroniowi faktu, że mogą oni otwarcie żyć, mówić jawnie o swojej orientacji i nadal robić karierę? Nie wiem, spekuluję. I czuję, że mogę być blisko prawdy. Zasada, w zgodzie z którą ukryci geje chcą zniszczyć tych jawnych, działała dość często. Z katechezy pamiętam też księdza Mariusza, który uczył nas w szkole podstawowej, że gejów trzeba wywieźć na bezludną wyspę lub też wystrzelać. W głowie mi się wtedy to nie mieściło. Dziś już mi się mieści. Jeśli to on był jednym z tych, którzy dostali się w łapy „Arcypedała” (czy arcy-biskupa?), to nic dziwnego, że nienawidził gejów.

Księża mogą być uzależnieni od seksu, od pornografii, boją się seksualności i mają z nią duże problemy. „Duża część księży jest zniewolona. Pornografia i masturbacja – zachowują się jak mali chłopcy. Sam przez to przechodziłem. Byłem na terapii. […] Księża co chwilę biegają do spowiedzi: „Tak, masturbowałem się, oglądałem pornografię”9. I tylko tyle pojmują z seksualności. Zresztą prawdę mówiąc, wielu z nas jest przerażonych własną seksualnością. Nasze ciało wzbudza strach. Nawet myśl, nawet sen czy polucja są traktowane jako grzech. Z tym trafiają potem do konfesjonału. To zmienia się w jakąś manię prześladowczą.” – mówi inny rozmówca z książki Pawła Reszki. Ich obsesja, ich strach, ich bardzo negatywne podejście do seksualności szkodzą nam wszystkim. A szczególnie tym, którzy i które mieszkają w państwach takich, jak Polska czy kiedyś Malta, gdzie kościół narzucał swoją moralność i hipokryzję wszystkim – wierzącym i niewierzącym.

Tak, teraz już wiem, że niejeden ksiądz zazdrości nam seksu. Czy w związku z tym, robi co może, abyśmy mieli go jak najmniej, a jeśli już mamy – to w najgorszej jakości? Czy to stąd niechęć do antykoncepcji? Stąd nazywanie kobiet, które przerwały ciążę – morderczyniami? Stąd zastępowanie rzetelnej edukacji seksualnej „wychowaniem do życia w rodzinie”, jakby tylko w rodzinie można było mieć seks? Stąd oczernianie tych, którzy tego seksu spróbowali? Sama pamiętam z katechezy te śmieszne opowieści o jabłku – że jak uprawiasz z kimś seks, to jesteś dla przyszłego partnera jak nadgryzione jabłko. Serio, taką „przypowieść” wymyślić może chyba tylko ten, który mało zna seks, bo przecież ciało od orgazmu nie zużywa się jak gumka od mazania. Za to ktoś, kto rozpowszechnia takie brednie, pewnie bardzo zazdrości wolności seksualnej innym. Tego nieskrępowania, tego oficjalnego chodzenia za rękę i dawania sobie buzi. Bo przecież ksiądz też może i często to robi, tylko że „w domu po kryjomu”. Przepraszam, nie w domu. W domu bożym. Albo na plebanii.

1U. Ranke-Heinemann, Eunuchy do raju. Kościół katolicki a seksualizm, tł. M. Zeller, Gdynia 1995, s. 68.

2Tamże, s. 217.

3Tamże, s. 217.

4Tamże, s. 261.

5Tamże, s. 262.

6Tamże, s. 157.

7s. 166.

9Tamże.

Nie dlatego, że ktoś Ci zabronił, tylko dlatego, że sama sobie tego zakazałaś.

Może miałaś wtedy 8 lat i ktoś powiedział, że jesteś gruba.

Albo miałaś 13 lat i usłyszałaś, że masz krzywe nogi.

A może, że masz słabe cycki?

I uwierzyłaś, że już nie możesz. Że Ty nie możesz. Że nawet nie ma co próbować. Nic już się nie zmieni. Klamka zapadła. Do końca życia skazana jesteś na samotność. Na puste zimne łóżko. I pustkę w sercu. Żadnego seksu. Żadnej zabawy. Ty nawet na plażę nie wyjdziesz, no bo jak z takim ciałem?

A może uwierzyłaś, że jesteś za stara?

Zbyt siwa i pomarszczona?

Że kobietom w tym wieku już nie wypada?

Może to egoistyczne, ale nie chcę, aby bolało mnie serce. Dlatego wyciągam do Ciebie rękę i mówię: to tylko przekonanie. Prowadząc przez ostatnie kilka lat Kurs Akceptacji Ciała, widziałam kobiety, które rozkwitały. Rozkwitało też ich życie seksualne. Nie dlatego, że w jego czasie odmłodniały, schudły czy wyrobiły sobie super mięśnie. Nie. Po prostu zmierzyły się ze swoimi lękami i spojrzały na ciało z wyrozumiałością. I nagle się okazało, że to ciało jednak może. Że możesz się kochać. Że nadajesz się do seksu. Póki żyjesz!

Zapraszam Cię na live: Wygląd i seks.

Jutro, czyli 12 września o 11.00 w grupie na FB: Klub Uniesionych Spódnic. Tylko dla kobiet. Dołącz do Klubu teraz, żebym mogła Cię dodać do grupy. 🙂 https://www.facebook.com/groups/1249178448563377/

A tutaj zapis lajwu, który można będzie zobaczyć przez najbliższe 5 dni – dla tych, które bojkotują FB. 🙂

Żeby Cię nie zdziwił tytuł – tak, poszło to jako „Im ładniejsza cipka, tym lepszy seks”. Absurd? Cieszę się, że tak to widzisz! To chyba pierwszy krok do dostrzeżenia absurdu poglądu, że im ładniejsze ciało, tym lepszy seks. 🙂

Im ładniejsza cipka – tym lepszy seks? O wyglądzie, seksie i wstydzie:

1. Kim jestem? Praktyczką akceptacji ciała i samoświadomości seksualnej
2. Co chcę? Uświadomić Ci, że ładny wygląd nie warunkuje dobrego seksu, więc nie musisz sobie odmawiać rozkoszy z powodu „krzywych nóg”. 🙂
3. Wygląd i tak się zmienia, więc jeśli chcesz więcej pewności siebie w łóżku – zainwestuj czas i energię w poczucie się dobrze w tym ciele, które teraz masz ❤
4. Przekonanie, że na seks zasługują „tylko piękne i młode”
5. Przekonanie, że to wygląd wyznacza granice rozkoszy
6. Wygląd i wstyd – i jak sobie z nim poradzić?
7. Uszy do góry! Wg mnie możesz być jaka jesteś i wyglądać, jak wyglądasz, słowem: MOŻESZ TAKA BYĆ!

We wrześniu tego roku organizujemy wystawę, której matronką jest bogini Mokosz. Na projekt składać się będą też warsztaty i panel dyskusyjny, wszystko dziać się będzie gdańskiej Sztuce Wyboru. Wszystko robimy oddolnie, wolontaryjnie i z potrzeby serca. Koncepcja ekspozycji odnosi się do kobiecej wspólnotowości, a my szczerze wierzymy, że małe i większe wspólnoty pomogą nam godnie zrealizować projekt do końca.

Mokosz to prasłowiańska bogini kobiet i urodzaju, matronka prac takich jak tkactwo i przędzenie, opiekunka ziemi, która w najprostszym i najgłębszym rozumieniu jest samą naturą żywiącą i dającą życie. Dziś przywołana w nowej narracji oddaje swój silny głos kobietom. Nasza wystawa zachęca do odnalezienia bogini w sobie!

Wierzymy w potencjał naszego działania, uwierzyły w niego też świetne artystki współczesnej sceny, które zgodziły się wziąć udział w ekspozycji.

Dagmara Barańska-Morzy, Agnieszka Bastrzyk, Aurelia Buczek, Cięta Córa, Iwona Demko, Marta Frej, Katarzyna Hołda, Anna Maria Karczmarska, Dominika Kulczyńska, Marta Konarzewska, Violka Kuś, Aleksandra Majzel, Natalia Milewska, Magdalena Olkówna, Polish Diwa, Ania Rulecka, Klaudia Ubranek-Kękuś, Monika Wojciechowska, Anna Zajdel, Bartosz Zimniak, Agata Zbylut

Poniżej prace Katarzyny Hołdy:

 

 

Mamy swój Fanpage: https://www.facebook.com/zapytajmokoszy/ i profil na Instagramie (https://www.instagram.com/zapytajmokoszy/).

 

Anna Rulecka i Ewa Mrozikiewicz

Zapytaj Mokoszy

Poniżej praca Marty Frej:

 

Nie leciały kamienie, za to gapie przesyłali pozdrowienia i buziaki. Nie było to w Gorzowie, Płocku ani Białymstoku. To było na Pol’and’Rock Festival – dawnym Przystanku Woodstock prawie miesiąc temu.

Dość długo się zbierałam, aby Ci o tym napisać, ale uważam, że lepiej późno niż wcale. Od dwóch tygodni mam urlop i staram się trzymać tak daleko pracy, jak się tylko da. Właśnie się ugięłam, bo jutro już na dobre porzucam komputer i przestawiam się na patrzenie w morskie fale.

Ale Marsz Równości z Woodstocku wydaje mi się bardzo ważny z kilku powodów. M.in. dlatego, że pokazuje, że można. Że możemy. Nastawienie do kwestii seksualności bardzo się w Polsce zmienia. Ja obserwuję zmianę raczej pozytywną – coraz więcej mówimy o niej otwarcie i bez pruderii. Pomijam tutaj oczywiście wypowiedzi członków polskiego rządu czy te, które są wygłaszane z ambon, bo rządy i religie mają swoje własne spojrzenie na seks.:P Widzę tę zmianę, gdy otwieram „Wysokie Obcasy” (np. w ostatnim numerze bardzo dużo na temat kobiecej samomiłości (masturbacji)), widzę tę zmianę, gdy patrzę na coming outy w mediach społecznościowych (#jestemLGBT) i gdy przypominam sobie, jak wyglądały manifestacje czy marsze równości kilkanaście lat temu we Wrocławiu – gdzie mieszkam. Ach, leciały kamienie i wyzwiska. A teraz? Marsz równości sprzed roku był wesołym, kolorowym pochodem. Przede mną jechała platforma z dmuchanym jednorożcem a uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Marsz z Pol’and’Rock wydaje mi się ważny też dlatego, że pokazuje, skąd się bierze akceptacja dla osób LGBTQ, a także do seksualności jako takiej. Według mnie ona bierze się z zadowolenia z życia. Z akceptacji dla siebie. Z afirmacji świata. Dobry seks to coś przyjemnego, błogiego, pozytywnego. Seksualność to siła afirmująca życie (i tworząca życie:)). Kto czerpie radość ze swojej seksualności, kto ją akceptuje i celebruje, jest pełen blasku, jest zadowolony, radosny. Tej siły i radości inni mogą zazdrościć. Tej akceptacji dla seksualności, która jest czasem pokazywana jako niebezpieczna, zagrażająca chuć, jako grzech i brud, też mogą zazdrościć. No bo jak to? To ja w worku pokutnym chodzę, od stu lat się nie masturbuję, odmawiam sobie wszelkiej przyjemności, potępiam za czucie pożądania, a tutaj jacyś „geje się obnoszą”? 🙂 Część osób bycie niehetero widzi jako codzienne uczestnictwo w orgiach, bo tak czyta słowo homoSEKSualność. Nie widzą za tym człowieka, emocji, uczuć, co wynika m.in. ze słabej edukacji.

Oczywiście, kiedy jest mowa o antykoncepcji czy aborcji w przypadku kobiet, to jest podobnie – to nie wybór, aby zadbać o swoje życie i zdrowie, tylko seks. Rzekłabym, że „maniacy seksualni” to głównie ci, którzy chcą ograniczać pożycie seksualne innych.:P Dla niepoznaki będą udawać, że stoją na straży moralności, będą żądać dożywocia dla kobiet, które (sztucznie) poroniły i wysyłać polskie osoby LGBTQ do San Escobaru, bo „w naszej ojczyźnie to się nie godzi”.

Jak widać – tuż obok Kostrzyna nad Odrą ojczyzna nie ma z tym problemu. Tam, gdzie jest pokój i miłość albo też przyjaźń i muzyka – i gdzie mówi się „tak mi dopomóż rock’n’roll”, można.

Piszę o marszu na Woodstocku, bo wierzę, że ten piękny marsz już zmienił Polskę. Tak, było tam tylko kilkaset osób. Odbył się w bardzo specyficznych warunkach. I świetnie! To pokazuje, że można nie tylko w Kostrzynie, ale i wszędzie. To pokazuje, że Polska tego chce! Że jest gotowa i czeka. I że w wielu miejscach uczestniczki i uczestników marszu będzie czekać tylko serdeczność i akceptacja. Oraz że można być jednocześnie jawnie seksualną i bezpieczną. Wierzę, że to właśnie do tego dążymy. Polska to nie tylko frustracji i nienawistnicy. Polska to także tęczowi aktywiści i aktywistki z Białegostoku, którzy i które zorganizowali tam pierwszy marsz. Polska to także 50-tys. Radomsko z marszem. Polska to także transpłciowa (była) posłanka Anna Grodzka i jawny gej-polityk Robert Biedroń, który jest szefem partii. Polska to też wysokonakładowe magazyny, w których możesz poczytać o kobiecej masturbacji, festiwale tantry i portale internetowe, na których możesz dyskutować o seksie.:) Polska to też bracia Sekielscy, którzy stanęli po stronie ofiar kościelnej pedofilii z filmem „Tylko nie mów nikomu” i 22 mln odsłon ich filmu na YT. To akcje takie jak Baby Shoes Remember, która wczoraj po raz drugi odbyła się w Polsce. Polska to też nagie kąpiele przy świetle księżyca, głośny seks sąsiadów za ścianą, kubeczki menstruacyjne do kupienia w marketach oraz porody w orgazmach.

15 lat temu takiej Polski jeszcze nie było. 🙂 I o orgazmach podczas porodu się nie mówiło. 🙂

Wszystkie te wydarzenia – od Marszu Równości w Białymstoku i na Pol’and’Rock aż po dziecięce buciki, które wiszą na kościelnych furtach, przypominają, że nie chcemy gwałtów na dzieciach ani nienawiści na ulicach, tylko szacunku dla seksualności, dobrej edukacji seksualnej i radości z seksu – jeśli już ktoś się na niego zdecyduje.

Myślę, że warto się ucieszyć naszymi zdobyczami, które inaczej mogą utonąć w morzu afer samolotowych i trollowych. Tak samo jak seksualna przyjemność pomaga cieszyć się życiem nawet w trudnych chwilach, tak samo świętowanie sukcesów pozwala je w ogóle zauważać. Więc cieszę się z każdego marszu równości. Cieszę się szczęściem każdej kobiety, która pozwoliła sobie na przyjemność. Cieszę się radością każdego człowieka, który akceptuje (nie tylko) swoją seksualność.


Sądziłam, że się nie da. Że to musi być na żywo – tak jak zawsze. Spojrzenie w oczy, porozumienie, wspólna przestrzeń. Że wtedy ten pokłon ma moc.

Ale ile osób mogę spotkać osobiście? Przed iloma się pokłonić? Chociaż robiłam to już dziesiątki razy, to wciąż za mało.

Mało ciekawe przekazy na temat seksualności chcę zrównoważyć tym jednym, bo tak często słyszę, o jak wiele złego można ją oskarżać. Chcę, abyś usłyszał i usłyszała coś może: innego? Dobrego? Pozytywnego? Chociaż jestem jedna i mam ograniczone możliwości, to jednak robię to, bo od czegoś trzeba zacząć.

Kiedy to nagrywaliśmy, nie sądziłam, że tak podziała na tych, które i którzy już widzieli. Dostałam przecież podziękowania i gratulacje. Usłyszałam, że poczułaś się piękna i wyjątkowa. Że fala ciepła przeszła przez Twoje ciało. Że łzy Ci się zakręciły w oczach. I w ten właśnie sposób dowiedziałam się, że mimo wszystko działa. Chociaż na niektóre osoby. Takie youtubowo-internetowe pokłonienie się.

Więc, jeśli chcesz go doświadczyć, to po prostu włącz ten film.

 

Zostaw komentarz  1

Nie będzie to materiał o Grey’u ani BDSM, tylko o nieświadomości.
Wiele kobiet pyta:

  • jak mam rozpuścić swój wstyd związany z seksem,
  • skąd mam wiedzieć, co lubię w seksie
  • albo jakie są moje granice?

No właśnie, nie wiesz, bo społeczeństwo „zwolniło” Cię czy też przymusiło do wyrzeczenia się seksualności i mocy zarządzania nią. Gdyby zwolniono Cię np. na 5 lat z wuefu, nie dziwiłabyś się, że nie masz mięśni i umiejętności i że jesteś zupełnie zagubiona na boisku do siatkówki. Podobnie jest z seksualnością – nie miałaś możliwości „być w grze”, więc dziś wielu rzeczy nie wiesz, nie umiesz i gubisz się. To efekt lat „zwolnienia” a nie jakieś Twoje „straszne braki”. Wszystko z Tobą w porządku. A swoją seksualność wciąż możesz odzyskać. Jak to zrobić? O tym w poniższym wideo.

Kurs, o którym mówię w nagraniu, znajdziesz tutaj: Zmysłowa Królowa https://www.subscribepage.com/zmyslowakrolowa

1 Komentarz  Like

Miesięczny kurs tylko dla kobiet. Zostań władczynią Twojej seksualności!

Słyszałaś bajeczkę o tym, że kobieta staje się w pełni seksualna, gdy pocałuję ją „książę”? Wierzysz, że „dziewica” jest „niepełną kobietą”? A może czekasz aż Twój mężczyzna lub Twoja kobieta nauczą Cię, jak pozbyć się wstydu, jak polubić swoje ciało i cipkę?

Koniec z bajkami i czekaniem na księcia 🙂

  • Wyobraź sobie siebie pełną seksualnej mocy i pewną siebie. 
  • Wyobraź sobie wspaniałą relację, którą stworzyłaś ze swoim ciałem, kobiecością i seksualnością. 
  • Wyobraź sobie, że jesteś całkiem dobra w rozmowach o seksie i w stawianiu granic. 

Świetnie – możesz taka być już za 5 tygodni. Oferuję Ci udział w kursie, który zawiera 4 moduły dotyczące ciała i seksualności, który opracowałam na podstawie 7 lat prowadzenia kursów i warsztatów z różnymi grupami.

Wszystkie szczegóły dotyczące kursu znajdziesz tutaj.

Zmysłowa Królowa zaczyna się 11 lipca i kończy 12 sierpnia 2019 a w sprzedaży jest do 2 lipca w południe.

Najlepsze pomysły niektórym przychodzą pod prysznicem, do mnie ten o wyzwaniu Wyprawa po orgazmy przyszedł, gdy myłam naczynia. Mycie naczyń do dla mnie czasem jedyna rozrywka i przerwa w pracy – co znają chyba wszyscy, którzy pracują online i nie mają zmywarki.

Więc myłam talerze i pomyślałam o swojej prawie-ukończonej (to chyba jakieś moje przekleństwo!) książce Uniesienie spódnicy. Mamo, ile w niej przefantastycznych historii o orgazmach. I jak bardzo te historie z życia wzięte kontrastują z gazetowym podziałem orgazmów na pochwowe i łechtaczkowe. Pomijam fakt, że odkąd ten portal założyłam w 2010, wciąż mówię o tym, że ten podział jest równie stary, jak i słaby. I tak tak co najmniej raz w miesiącu spotykam kobietę, która się martwi, że ma orgazmy, „ale tylko łechtaczkowe”. Więc kochana, niech Ci zazdroszczą, orgazmy, w których jakiś udział ma Twoja łechtaczka, mogą być bardzo fajne, bardzo szybkie i bardzo mocne. Po prostu świetne!

W każdym razie pomyślałam, że skoro książka wciąż jeszcze nie wydana (obiecuję, że w tym roku wyjdzie), to ja chociaż trochę poopowiadam o tych orgazmach i ich różnorodności. O tym, że łechtaczka jest jedynym organem ludzkiego ciała służącym tylko do rozkoszy i że orgazmy, w których bierze udział, mogą być wspaniałe. O tym, że sama osobiście uważam za ściemę podział na łechtaczkowe i waginalne, bo jak niby mam je rozróżnić, skoro łechtaczka oplata waginę a niektóre klasyfikacje uważają tak samo wargi sromowe, jak i strefę G (której znaczna część jest przecież we wnętrzu joni) za części łechtaczki! Więc ja ich nie rozróżniam. Nie umiem powiedzieć, który mój orgazm jest waginalny, a który nie i nawet nie chcę się bawić w takie rozróżnienia, bo czy one mają potwierdzić, dzisiaj, w XXI wieku, że jestem normalna?

Po prostu chcę pokazać, jak złożony jest świat orgazmów – i to zarówno kobiecych, jak i męskich. Opowiadałam o tym na wczorajszym lajwie Udawać czy nie udawać (wideo poniżej), i będę opowiadać też dzisiaj. Można mieć orgazmy od stosunku i pocałunku. Od wibratora i spojrzenia w oczy. Od tego, że ktoś Cię dotknął, spojrzał w oczy lub wymasował Ci plecy albo dłonie. Możesz mieć orgazm od wszystkiego: od zjeżdżania po poręczy, od uprawiania sportu, od tego, że zobaczyłaś piękny zachód słońca albo od tego, że ktoś wprawnie całował i lizał Twoją łechtaczkę. Świat zna wiele klasyfikacji orgazmów, ale wciąż spotykam się ze stwierdzeniem, że jedyny „słuszny” orgazm to ten, który ma miejsce, kiedy penis mężczyzny jest w pochwie kobiety. Diabeł tkwi w szczegółach a jak na złość wiele badań pokazuje, że jedynie 25-30% kobiet dochodzi właśnie od tego. Zamiast od penisa w pochwie dochodzą od głaskania piersi, pieszczot wnętrza dłoni, spojrzenia w oczy, pocałunku, seksu oralnego, wibratora, fantazjowania czy nawet samego przypominania sobie minionego orgazmu! Czyżby te orgazmiczne możliwości nie podobały się „tradycyjnym dostarczycielom orgazmów”. Czyżby badacze sprzed stu lat, tak bardzo bali się przyjemności, która się po prostu przydarza (i to wszystkim, bo nie tylko kobietom), że postanowili zamknąć orgazm jedynie w szufladce genitalnych uciech?

A Ty jak się czujesz z tym, że właśnie tak może być? Że nie zawsze trzeba seksu, stosunku czy mężczyzny? Penis+pochwa to bardzo patriarchalny czy wręcz chrześcijański wzorzec seksu i całkowicie wyklucza sporo zabawy, szczególnie między osobami tej samej płci.

Jeśli więc chcesz się przekonać o różnorodności orgazmów, dołącz teraz do naszego wyzwania (uwaga, wyzwanie jest także w grupie tylko dla kobiet, więc niestety, jeśli nie jesteś kobietą, nie dostaniesz się do grupy) i wejdź na Klub Uniesionych Spódnic (FB), aby wziąć udział w dzisiejszym lajwie (25.06. 2019, g. 19.00) Czy to tędy droga do orgazmu (dodam go tutaj na portal jutro) oraz poczytać, co przeróżne kobiety piszą o swoich najfajniejszych orgazmach, najdziwniejszych orgazmach, pierwszy orgazmach, braku orgazmów… i poczuć tę siostrzaną atmosferę, zobaczyć, jak można się dzielić, jak różne mamy doświadczenia… i że ta różnorodność jest OK!

Twoja droga do orgazmu może być kompletnie inna niż moja. Nie ma jedynej właściwej, tak jak nie ma jedynego „słusznego” orgazmu. Każdy orgazm jest dobry, każdy! Nie ma co się wstydzić, że najlepsze orgazmy masz sama ze sobą (może tak jest), bo to Ty jesteś najlepszą specjalistką od Twojego ciała. Oczywiście możesz pokazać komuś, z kim się kochasz, jak może Ci dać orgazm, czasami takie instrukcje bardzo szybko przynoszą dobre efekty. Mogę też powiedzieć, że orgazmy często są jak koty i przychodzą właśnie wtedy, kiedy chcą, a nie wtedy, kiedy się je woła. Postrzeganie orgazmu jako koniecznego elementu seksu lub wręcz najważniejszego czy finalnego – mam wrażenie – może bardzo ten seks skracać, spłycać i zamieniać miłosne spotkanie w wyścig. Czy zawsze chcesz najszybciej dobiec do mety i zasnąć, mając poczucie „dobrze spełnionego obowiązku”?

Ja nie chcę, żeby moje orgazmy były obowiązkiem. Dlatego, gdy chcę spać, to idę spać, nawet jeśli nie miałam orgazmu. Ja chcę, żeby moje orgazmy zawsze były skutkiem ubocznym tego, że jestem zrelaksowana, zadowolona i że jest mi na tyle dobrze, że mogę odlecieć.

 

 Udawać czy nie udawać? Live nr 1 z Wyprawy po orgazmy

 

Czy to tędy droga do orgazmu? Live nr 2 z Wyprawy po orgazmy

 

Zaproszenie na krąg wieczorem o 21.00 26.06.2019 – tylko dla kobiet – Wszystkie orgazmy nasze są!

 

Wagina. Taki był jej tytuł. Wzięłam ją do ręki po raz pierwszy prawdopodobnie lat temu. Zawsze czytałam wszystko, co tylko w jakiś sposób dotyczyło seksualności, ale dotąd czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Ta książka mnie po prostu zachwyciła. To ona była inspiracją, aby założyć portal Seksualność Kobiet i podzielić się ze wszystkimi chętnymi tym, czego dowiedziałam się z książki Wagina i jej podobnych.

Wagina zachwyciła mnie m.in. dlatego, że cała była o żeńskich genitaliach. Nie o duchowej kobiecości, zmysłowej seksualności czy seksie z drugą osobą. Nie. Bez ogródek i kawę na ławę opisywała to, co mnie w tamtym momencie fascynowało tak bardzo – waginę, joni, cipkę. Czytałam tę książkę z wypiekami na twarzy i po przeczytaniu choćby pierwszego rozdziału nie byłam ją tą samą osobą. Chłonęłam szacunek, które stare kultury żywiły do kobiecych genitaliów i kobiecej seksualności, nasiąkałam nim i zmieniałam się z minuty na minutę a potem z roku na rok. Catherine Blackledge opowiedziała mi wiele intymnych i swawolnych historii, pokazujących kobiecą seksualność jako pełną mocy, a waginę jako święte miejsce kobiecego ciała, niegdyś powszechnie czczone, tak jak później stało się powszechnie pogardzane. Cofnęła mnie do czasów i historii (nie tak dalekich, bo niektóre z tych historii wydarzyły się także w XX w., z tym że w innych krajach), w których nie musiałabym się wstydzić tego, że jestem kobietą i mam cipkę pomiędzy nogami. Przeniosła mnie do kultur, które prosząc o błogosławieństwo, pocierają joni swoich bogiń, które uważają, że w kobiecym ciele spoczywa taka siła, że może uspokoić sztorm, przepędzić demony lub przywrócić ziemi płodność. I siła ta wręcz promieniuje właśnie z cipki!

Na YT czytam Wam fragment Waginy na głos 🙂
Ta książka zmieniła moje życie, bo ziarenko padło na podatny grunt. Od liceum zastanawiałam się, czy nie zostać seksuologiem (wtedy jeszcze nie znałam formy ‚seksuolożka’), ale z jakiegoś powodu odpuściłam tę ścieżkę kariery. Dlaczego? Dlatego, że to „nie wypada”? Ludzie by się śmiali, gdybym na pytanie „co studiujesz?” odpowiadała, że seksuologię? W każdym razie Catherine Blackledge jako pierwsza podzieliła się ze mną swoimi kobiecymi tajemnicami. Czytając jej książkę, bardzo podziwiałam ją także za odwagę osobistą. Za to z jaką bezpośredniością mówi o własnej cipce. Nigdy wcześniej nie spotkałam kobiety, która mówiłaby w taki sposób o własnej seksualności, o własnej waginie. To była dla mnie absolutna nowość i inspiracja. Ona odważyła mnie do tego, żebym i ja przemówiła. Abym rzuciła wszystko, co robiłam i na sto procent zaangażowała się w pracę z kobiecą seksualnością.

Catherine Blackledge przyjeżdża 22 czerwca 2019 r. do Warszawy. Nowe wydanie książki Wagina ukazało się w Polsce zimą (po 16 latach od wydania pierwszego), a na okładce jest fragment waginalnej pracy Iwony Demko, która jest rzeźbiarką, artystką-waginistką i która na doktorat zrobiła Kaplicę Waginy.

grafika z FP PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Iwonę osobiście pierwszy raz spotkałam w 2010 r. na festiwalu Dni Cipki. Miała wtedy ze sobą książkę Catherine pełną zakładek. Mój egzemplarz, który był w domu, był pełen podkreśleń. Później od Iwony dostałam wiele waginalnych prezentów, m.in. łechtaczkę Clitoris Wielkiej Bogini oraz jedną z poduszek-cipuszek, które zabierałam na warsztaty o seksualności z kobietami. W 2014 Iwona Demko w Galerii Sztuki Porębach Kupieńskich zorganizowała wystawę i performance Procesja Wilgotnej Pani. Sypałam na nim kwiaty przed figurą Wilgotnej Pani, czyli wielką złotą waginą niesioną przez pola. Wtedy czułam się trochę tak, jakbym przeniosła się do czasów lub miejsc, które w Waginie opisywała Catherine Balckledge. Czułam radość i zachwyt, czułam się być może tak, jak osoby LGBT, które na co dzień czują się trochę wykluczone, ale w czasie Parady Równości wreszcie są na swoim miejscu. Tamto doświadczenie było jednym z wielu, do wzięcia udziału w których zdecydowałam się dlatego, że wcześniej zdecydowałam się przeczytać jedną książkę. Gdy pierwszy raz ją czytałam, marzyłam o tym, żeby kiedyś czegoś podobnego doświadczyć, ale szczerze – nie wierzyłam, że to możliwe. Piszę o tym, aby pokazać to, że małe decyzje czasem mocno wpływają na życie. A Ty dlaczego jesteś na moim portalu? 🙂 Czego byś chciał/a dla siebie? 🙂 Co dzisiaj Tobie wydaje się niemożliwe, a stanie się możliwe za kilka dni, tygodni lub miesięcy? 🙂

 

Jeśli jeszcze nie czytałaś/eś tej książki, bardzo Ci ją polecam, w nowym wydaniu ma tytuł Wagina. Sekretna historia kobiecej siły. Myślę, że przeczytanie choćby już pierwszego rozdziału może Cię mocno przemienić. Możesz odzyskać lub zyskać zupełnie inne spojrzenie na kobiecą seksualność czy kobiece genitalia. Możesz poczuć się na wskroś piękna, dobra i boska z całą Twoją seksualnością, możesz zauważyć, że wagina to neutralna część ciała, a może piękna, intymna i potężna, w której niektórzy chcą widzieć zło, szpetotę i wstyd, ale Ty nie musisz.

A jeśli masz ochotę na więcej, to przyjdź w sobotę na Łowicką 21, albo zapisz się na mój nowy kurs online (tytuł roboczy: Zmysłowa Królowa) lub stacjonarny we Wrocławiu – tematyka waginy będzie tam mocno obecna, bo nie umiem inaczej. 🙂 I powiem Ci nie tylko o tym, czego dowiedziałam się z książki Catherine, ale podzielę się całym swoim doświadczeniem z ponad dekady, kiedy tak pilnie studiowałam kobiecą seksualność, nie tylko o niej czytając, ale głównie ją praktykując dzień po dniu. Na kursach będą też praktyki, które – prawdopodobnie – przeniosą Cię w czasie i przestrzeni do tego miejsca, w którym poczujesz się właściwa, święta i piękna z całym swoim ciałem, seksualnością i Twoją Wspaniałą Waginą.

 

Informacja o spotkaniu z Catherine Blackledge ze strony wydawcy:

Catherine Blackledge na Big Book Festival
W sobotę 22 czerwca 2019 r. o godz. 20.00 zapraszamy do Centrum Łowicka (Galeria) przy ulicy Łowickiej 21 w Warszawie na spotkanie z Catherine Blackledge, autorką książki „Wagina. Sekretna historia kobiecej siły”.
Autorka na spotkaniu opowie o rytualnych obnażeniach, kulcie kobiecości i żeńskiej seksualności w dziejach. Rozmowę w ramach Big Book Festival poprowadzą Paulina Klepacz i Aleksandra Nowak.
Po spotkaniu spacer przez instalację prac “Ana-Suromai” oraz “28 dni” z artystką Iwoną Demko.
Wstęp wolny.

Jestem beznadziejna, nie zasługuję na dobry seks, nikt mnie nie zechce, jestem brzydka i beznadziejna.
Myślisz czasem tymi kategoriami?

 

„Jesteś beznadziejna” to tytuł z okładki, która ostatnio obiega internetowy świat. Na okładce możesz przeczytać też takie napisy jak np.:
Ona jest ładniejsza,
Coś z tobą nie tak,
Nie jesteś wystarczająco dobra.

Ta okładka bardzo mi się spodobała!

Dlaczego? Bo kiedy byłam nastolatką, czytałam pisma dla kobiet, z których mogłam nauczyć się o sobie właśnie tego, jak niewystarczająca jestem. Tylko tytuły artykułów były inne, np. Jak za pomocą makijażu zamaskować…. Jak dobrać fryzurę, aby ukryć…. Jak odessać tłuszcz z… Jak powiększyć…, Jak zmniejszyć… Jak schudnąć 10 kilo…. Jak zredukować rozstępy… Jak walczyć z cellulitem… itp. Znajdowałam sto porad, jak zmienić swoje ciało lub udawać, że ono wygląda inaczej. Wypchane gąbką staniki, wyszczuplająca bielizna, markowe ubrania, zabiegi i kosmetyki, które zrobią z Ciebie „wartościową” kobietę. A co jeśli nie stać Cię na taki styl życia lub nie zmieścisz się w tych rozmiarach ubrań? A co jeśli na Twoje rozstępy nic nie działa? A co jeśli nie masz czasu, aby to wszystko robić?

Wtedy możesz pomyśleć, że jesteś beznadziejna. Masz przecież sposoby, z których nie korzystasz. Więc jesteś leniwa i oporna. I wszyscy zobaczą, że masz grube łydki albo krótkie nogi. Że owal Twojej twarzy nie jest idealny. I wyciągnąć wniosek, że w takim razie nie zasługujesz na dobry seks. Albo na to, żeby być akceptowaną z takim ciałem, jakie masz. Możesz zacząć siebie nie lubić za to, jak ono wygląda. I uwierzyć, że dopóki się nie zmieni, to Ty nie możesz uprawiać seksu ani pokazać się ludziom.

W każdym razie ja, czytając regularnie te magazyny, uwierzyłam, że jestem jeszcze bardziej beznadziejna, niż mi się wcześniej wydawało. Dopiero, gdy przestałam je czytać, zauważyłam, że mój poziom akceptacji siebie wzrósł. Że już się tak bardzo nie przejmuję. Dopiero wtedy doszło do mnie, że trucizna regularnie sącząca się w mój mózg, zatruwała każdą moją komórkę. Wcześniej krzyczały do mnie artykuły i reklamy, które mówiły: popraw, zamaskuj, zatuszuj, ukryj, schowaj, przytnij, zafarbuj, zamaluj, skoryguj, schudnij… a mój mózg każdy taki komunikat czytał jako: coś z Tobą nie tak. Nie zauważyłam, że moje ciało stało się poligonem walki, na którym miałam walczyć sama ze sobą. Sugerowano mi, że muszę nie lubić tego, jaka jestem. Muszę nienawidzić tłuszczu czy rozstępów czy włosów na ciele. I coś, do czego wcześniej nie miałam negatywnego nastawienia, urosło do rangi wielkiego problemu. Energia, która mogła być iść na zabawę, naukę czy choćby uprawianie sportu, szła na zamartwianie się i próby walki z naturą. Jak ja wyglądam? Och, jaka jestem beznadziejna! Ona jest ładniejsza! Nikt mnie nie zechce!

I sądzę, że tak to się dzieje. Komunikaty, które sugerują, że coś trzeba ciągle w Tobie poprawiać, możesz odczytać właśnie jako: Jestem beznadziejna.

Dlatego tak cieszę się tą okładką! Bo na Kursie akceptacji ciała – na którym i ta okładka wypłynęła, dzięki jednej z Uczestniczek – zawsze proponuję eksperymentalny tydzień: odetnij się od takich komunikatów, które sugerują, że jesteś do niczego. I zastąp je życzliwymi. Kobiety, które tak robią, często zaczynają się czuć w świecie tak, jakby były wolne i wystarczające. Bo właściwie – bez względu na wygląd – mogą takie być, jakie są. Przestają się krępować, przechodząc przez pokój pełen ludzi. Ośmielają się założyć na siebie to, na co mają ochotę: spodnie, sukienkę, szorty czy bikini. Odkrywają, że są bardziej wolne w czasie seksu. Eksperymentują z makijażem lub jego brakiem. Po prostu: pozwalają sobie na to, aby być sobą. Przestają wymagać, aby ich ciało spełniało wyśrubowany standardy kulturowego piękna i z takim ciałem, jakie mają – sięgają po to, na co zawsze miały ochotę, ale bały się sięgnąć albo wierzyły, że nie mogą.

„Jesteś beznadziejna” jako głos z wewnątrz

Oczywiście, nie musisz czytać kolorowych magazynów, oglądać reklam, czy przeglądać przefiltrowanych zdjęć na Instagramie, aby słyszeć w głowie ten krytyczny głos. Bo może on siedzi w Twojej głowie już od dzieciństwa i podcina Ci skrzydła, wmawia, że nie możesz kupić sobie bikini albo pozwolić sobie na seksualną rozkosz, bo nie masz „odpowiedniego” ciała. Ale wiesz co? Na ten głos też jest sposób. Można go wyciszyć, można go zastąpić innym komunikatem. Na Kursie używamy do tego zdania: „Mogę taka być”, co znaczy: akceptuję siebie, swoje ciało, nie muszę się poprawiać, akceptuję siebie już w tej chwili. Tamten komunikat: „Jesteś beznadziejna” może być z początku głośniejszy.
Dlaczego?
Bo jeśli słyszysz to od lat i od lat sama sobie powtarzasz, jakaś część Ciebie w to uwierzyła.
Ale tak naprawdę jesteś OK, Twoje ciało jest OK, tylko to może za rzadko sobie powtarzasz, żeby tak samo w to uwierzyć, jak uwierzyłaś w tamto. Może w ogóle sobie tego nie mówisz? Dlatego na Kursie robimy wiele regularnych praktyk, żeby ten pozytywny przekaz tak samo mógł w Ciebie wsiąknąć, jak wsiąkały słowa bezlitosnej krytyki. To zaskakujące, jak łatwo niektórym przychodzi wierzyć w to, że: jest źle, nic się nie uda, moje ciało jest do niczego. I uwalniające, kiedy ten stary przekaz zastępuje coś, co daje nadzieję i energię do działania: Mogę być sobą, mogę być, jaka jestem, moje ciało jest OK, jestem czymś więcej niż moje ciało – jestem osobą, pełnią, całością i mogę mieć radość z życia.

Pomagam kobietom zaakceptować ciało i seksualność. Pomagam wlać nowe paliwo do mózgu, coś, co zastąpi niechęć, niezadowolenie i krytykę. Dlatego robię wyzwania online, warsztaty i kursy. Wierzę, że wspólnie zmieniamy świat. W ten sposób właśnie robimy wielką rewolucję. Każda – zaczynając od siebie. Ale przecież nawet jeśli robisz to tylko dla siebie, skutkiem ubocznym jest to, że emanujesz swoim przykładem na inne osoby: przyjaciółki i przyjaciół, bliskich, rodzinę, dzieci, ludzi z pracy… Więc jeśli chcesz zmienić myślenie, doładować się czymś pozytywnym, zapraszam Cię na moje orgazmiczne wyzwanie online – Wyprawa po orgazmy i na inne wydarzenia oraz zajęcia, np. na stacjonarny lipcowy Kurs akceptacji ciała do Wrocławia bo ten online jest już w połowie. I dziękuję Ci, że ze mną jesteś.

Aha, i pamiętaj, że jesteś wspaniała!

Jesteś wystarczająca!

Wszystko z Tobą OK!

Możesz być taka, jaka jesteś!

Możesz być sobą!

Możesz taka być!

I ja mogę być taka, jaka jestem. Sama sobie daję do tego prawo.

Po prostu – jesteś boginią. 🙂

I jak Ci z tym komunikatem? 🙂 Zdecydowanie bardziej pozytywny, niż o byciu beznadzieją, i przy okazji tak samo obiektywny. Więc który wybierasz? Decyzja należy do Ciebie!

PS. Taki magazyn, jak „You Suck” oczywiście nie istnieje, a jednocześnie – ile z nas go czyta?

 

Jak uciszyć krytyka, który atakuje Twoje ciało i seksualność?

Pewnie chcesz się czuć dobrze w sypialni, pozwolić sobie na spontaniczność, być blisko z Twoim partnerem czy partnerką. Krytyka w głowie psuje całą zabawę. Ale ta krytyka pojawia się prawdopodobnie nie tylko w sypialni, tylko po prostu na co dzień. Tak częsta i oczywista, że aż przezroczysta… Może popsuć Ci jakąś ważną uroczystą chwilę, np. ślub siostry, lub fajną randkę, gdy zaczynasz wątpić w to, że jesteś wystarczająco ładna i atrakcyjna. Podcina skrzydła, sprawia, że opuszczają Cię luz i romantyczny nastrój a zaczyna się stres, nerwówka, sprawdzanie czy dobrze wyglądasz, zastanawianie się co inni pomyślą. Nakręca się spirala nieprzyjemnych emocji.

Jak uciszyć krytyka i nie dać sobie popsuć zabawy? O tym mówię w tym lajwie:

Jak krytyka skutecznie uciszyć? Ile to zajmuje?

Przypuszczam, że ten głos gadał w Twojej głowie długo. Pewnie od dzieciństwa. Co krytykował? Może przejawy Twojej spontaniczności, pomysły, może emocje i ciało. Wyłączenie go będzie procesem, ale jest możliwe. Nie ucichnie od razu, potrzebujesz więc sukcesywnie dzień po dniu zmieniać krzywdzące słowa na takie, które Cię wzmocnią.

Na Kursie Akceptacji Ciała z kobietami mamy mantry, którymi zastępujemy krytykę. Jedną z nich jest pieśń Ciało moim domem. Zamiast puszczać w głowie zdartą płytę krytyki, naprawdę coś sobie zaśpiewaj. Ja proponuję akurat Ciało moim domem, ale może masz swoją pozytywną piosenkę. Śpiewanie, nawet takie tylko w głowie, pomaga przenieść skupienie na coś innego. Ważne, aby tekst był pozytywny. A najlepiej gdyby był przeciwwagą do krytyki, którą masz w zwyczaju sobie serwować.

Drugą mantrą, jaką stosujemy, jest zdanie: Mogę taka być. Odkrywasz nagle, że masz niedogolone nogi, że zepsuła Ci się fryzura albo że przytyłaś? W porządku, możesz taka być. Potem zajmiesz się goleniem, poprawianiem itp., ale w tej chwili dajesz sobie przyzwolenie na bycie nieidealną, na bycie… sobą. Na mnie to działa. 🙂 Na kobiety z kursu – też. 🙂

Czy jeśli przestanę krytykować siebie, to będzie mi się chciało dbać o siebie?

Krytyka jest tak typowa, że aż przezroczysta, więc trzeba zacząć ją zauważać. I za każdym razem konsekwentnie ją zmieniać. Jeśli umiesz krytykować siebie, to pewnie umiesz też wspierać siebie. Włącz życzliwość, skrajną życzliwość. Śmiało. Niektóre osoby się boją, że jak przestaną krytykować siebie, to przestaną robić dla siebie coś dobrego. A tymczasem dużo dobrych rzeczy można robić z pozycji wspierania siebie. Krytykowanie może na krótką metę działa, ale na dłuższą metę nasyca umysł negatywnymi treściami, które podcinają skrzydła i ograniczają. Możesz stracić pewność siebie, także w łóżku, możesz zacząć myśleć o ciele jako o wrogu, możesz ukrywać się pod kołdrą czy prześcieradłem, bo tak skrytykowane zostało Twoje ciało. Bać się nagości, bać się też ładnie wyglądać, bo ten ładny wygląd ciągle się wydaje „za mało ładny”. Warto zobaczyć, co się pojawi: jakie emocje, jakie motywacje, kiedy zastępujesz krytykę zrozumieniem i wsparciem. Być może okaże się, że dbanie o siebie pojawi się dopiero wtedy, kiedy zaprzestaniesz krytyki. No i mało która osoba ma ochotę na seks właśnie po tym, gdy została skrytykowana. 🙂

Od życzliwości dla siebie do flirtu i seksu z drugą osobą – jak to działa?

Zacznij napełniać się życzliwością. Znajdź chociaż jedną rzecz, która Ci się w Tobie podoba i powtarzaj to sobie przez cały dzień. Skoro sto razy dziennie potrafisz się skrytykować za to, że masz np. grube uda, to odpuść już te uda i sto razy pochwal się za to, że masz ładne oczy, gęste rzęsy czy śliczny uśmiech, który rozświetla Twoją twarz. Poczujesz się lepiej. Pewniej. Swobodniej. Radośniej. A to sprzyja flirtom, żartom, zauważaniu dobrych stron, cieszeniu się życiem. Radosna osoba to ktoś, kto ma magnetyczną energię. Uśmiech jest sexy. Kiedy się śmiejesz, żartujesz, jesteś swobodna i rozluźniasz się, zaczynasz się czuć bezpiecznie. A to właśnie poczucie bezpieczeństwa sprawia, że w ogóle zaczynamy mieć ochotę na bliskość, na odsłonięcie się, usłyszenie potrzeb swoich i drugiej osoby – oraz na seks. Im lepiej się czujesz, bardziej bezpieczna, pewna siebie, rozluźniona – tym łatwiej poczuć pożądanie, podniecenie. Lęk i napięcie to emocje które zachęcają do ucieczki, a nie do flirtu i seksu. 🙂

Mała niespodzianka…

Jeśli ten temat Cię interesuje, to zapraszam Cię na wyzwanie, które startuje w poniedziałek 28 października Moje Ukochane Ciało – w grupie kobiet będziemy robić specjalne praktyki, aby poczuć swobodę bycia sobą, aby docenić siebie i swoje ciało, aby się poczuć lepiej w ciele, mieć radość z tego, że się jest na świcie. Na wyzwanie można się zapisać już dziś, będzie omawiane w grupie Klub Uniesionych Spódnic. Przez 3 dni będziemy przestawiać swój fokus z krytyki na docenianie, tak aby czuć się w ciele bezpieczniej i mieć więcej ochoty na przyjemności, na bliskość z drugą osobą, na flirt i seks.


Zapisz się na wyzwanie! To będą 3 dni świetnej zabawy.

Mam też dla Ciebie specjalną propozycję – oprócz wyzwania, które jest już od wtorku przez 3 dni, mam też kilkumiesięczny kurs, który przygotowuję. Kurs Zmysłowa Królowa online, który pozwoli Ci przepracować Twoją relację z ciałem i zyskać więcej pewności siebie, pozytywnego nastawienia, poczucia, że z takim ciałem, jakie masz, możesz spełnić te marzenia i zrealizować te potrzeby, które masz. <3

Wypoczęłaś w święta? Wypocząłeś?:)
Dla niektórych święta nie są żadnym wypoczynkiem, a przed nami zaraz majówka… postanowiłam więc zrobić krótki live o wypoczynku i pokazać, jak można wypocząć na Błogokręgu i we własnej sypialni… niekoniecznie śpiąc.:P

Przekonałam się, że jest coś, co sprawia, że można doświadczyć cudownego relaksu, zapomnieć o wszystkim – zadaniach, troskach i ciemnych stronach życia, coś, co daje absolutny reset. Tym czymś jest doświadczanie przyjemności, błogości i zachwytu.

Stan błogości pewnie można sobie zorganizować na kilka sposobów, ale ja się ograniczę do pokazania dwóch.

Jedno i drugie wiąże się z tym, aby wypoczynek zorganizować.

Może Ci się wydawać, że świetnie wypoczniesz leżąc na kanapie i oglądając serial. Albo skrolując fejsa, instagram lub yt. To może dać pewien rodzaj wytchnienia. Ale to nie jest błogość i absolutnie rozluźnienie, które mam na myśli. W każdym razie gdy sama zajmuję się takim rodzajem „wypoczywania”, to często po wszystkim czuję się zniechęcona… widzę, że minęły 2 godziny, że w tym czasie nie obejrzałam dobrego filmu (a w kinie jest to możliwe), że z nikim naprawdę nie porozmawiałam (tak jak to jest możliwe twarzą w twarz czy przez telefon), w moim ciele nie wytworzyły się endorfiny (jak np. podczas pływania czy innej aktywności fizycznej) i nie mam energii. Jestem jak dętka i zirytowana, że tracę czas. Na dodatek umysł jest zmęczony i przeładowany dziesiątkami wiadomości. To powoduje rozkojarzenie, przytłoczenie i zmęczenie. I z błogością nie ma nic wspólnego, raczej jest to zabijanie czasu.

Wiem, że nie jestem jedna jedyna. Część z nas łudzi się, że wypocznie „przy internecie”, a część nie umie wypoczywać w ogóle, bo przecież „nie mogę siedzieć i nic nie robić”.

Wspaniale!

Na Błogokręgu możesz zobaczyć i nauczyć się tego, jak skupienie na fizycznej, cielesnej przyjemności przynosi bardzo głęboki relaks. To się dzieje, kiedy po prostu czujesz (zamiast myśleć, analizować, planować itp.). Na taki seans czucia zapraszam już w tę sobotę o g. 18.00 do Wrocławia. To będą 4 godziny boskiej przyjemności! Tego nie musisz organizować, wystarczy, że dołączysz do nas.:)

Coś podobnego jest możliwe w łóżku… nie mam tutaj na myśli tylko klasycznego stosunku, ale wszystkie pieszczoty, które powodują, że myśli wyparowują z głowy jedna po drugiej i zostaje tylko „O, tak! Właśnie tak!”:D Więc o tym opowiem w czasie lajwu jutro o g. 11.00 na fp Seksualności Kobiet. Jeśli masz pytania, jak odpocząć w seksie lub wiesz, że są takie rzeczy, które nie dają Ci się rozluźnić w sypialni – napisz mi o tym w komentarzach. Jutro się do tego odniosę.:)

Jutro zajdziesz tutaj także zapis z lajwu i podpowiedzi, jak to zrobić, aby naprawdę odpocząć w seksie. 🙂

Odpocznij sobie! „Ale jak?!”

W skrócie:

  1. Daj wysoki priorytet dla odpoczynku. Nie tylko praca i robienie mają w życiu sens. Odpoczywanie to nie jest egoizm ani lenistwo. Odpoczywanie to konieczny warunek, aby mieć siłę do życia i czuć szczęście…
  2. Możesz odpocząć w seksie lub byciu z ludźmi – szczególnie, kiedy zanurzysz się w fizyczną przyjemność i opróżnisz głowę z natrętnych myśli, niepokoju i planowania.
  3. Jeśli nie możesz się skupić na seksie i przyjemności, możesz zacząć ćwiczyć skupianie uwagi na czymś innym – np. medytacji jedzenia ciastka z kremem – o czym mówiłam na lajwie. 🙂 A potem tę umiejętność przeniesiesz do seksu.
  4. Możesz się uczyć wypoczywać, zanurzając się w zmysłowej przyjemności – niekoniecznie podczas stosunku – ale podczas masażu, przytulania, głaskania – czego możesz doświadczyć na Błogokręgu i gdy się tego nauczysz na Błogokręgu, możesz to przenieść do własnej sypialni.
  5. Fizyczna przyjemność, błogość bycia z ludźmi, blisko, w dotyku, czułości (niekoniecznie seksie, ale też podczas seksu) może dać Ci taki reset, takie rozluźnienie i jednocześnie naładowanie baterii, że zachce Ci się żyć! Bliskość i fizyczna przyjemność moim zdaniem dają o wiele większe odprężenie niż zaleganie na kapanie i skrolowanie internetu. 🙂 A że czasem nie chce Ci wstać sprzed telewizora? Co zrobić, żeby jednak doświadczyć błogości, a nie tylko zabijania czasu? Opowiadam o tym w tym lajwie, którego nagranie widzisz powyżej.:)

Wiem, że nie każdy potrafi odpoczywać. Czasem ktoś boi się seksu jako wielkiej roboty, wysiłku, starania się, a tymczasem seks wspaniale ładuje baterie, przynosi uzdrowienie i daje chęć do życia.

IDEA
MAMA Gathering to pierwszy w Polsce plenerowy festiwal dedykowany Kobietom: przestrzeń rozwoju, podnoszenia świadomości, relaksu, uzdrawiania i zasilania. Wydarzenie, łączące elementy specjalistycznej konferencji ze sprzyjającą budowaniu społeczności atmosferą wakacyjnego festiwalu o bogatym harmonogramie zajęć grupowych, atrakcji artystycznych oraz sesji indywidualnych.

MAMA DLA WSZYSTKICH KOBIET!
MAMA Gathering jest dla wszystkich Kobiet – nie tylko MAM. Pierwsza edycja poświęcona była MOCY KOBIET – sile, którą uzyskujemy z dzielenia się wiedzą, wsparciem i przekazywanym między sobą doświadczeniem, sile solidarności i kreacji.

MAMA Gathering powstało jako koncept przestrzeni, w której każda Kobieta – niezależnie od etapu w życiu – może skupić się na własnych potrzebach, rozwoju, odpoczynku i regeneracji. Naszym priorytetem jest zatem ułatwienie dostępu do pełnego skorzystania z wydarzenia Kobietom, które obecnie doświadczają uroków macierzyństwa. MAMA Gathering to miejsce i czas, w którym pomagamy Kobietom odzyskać własną przestrzeń i złapać balans, a także wymienić doświadczenia w gronie przeżywającym podobne perypetie.

PONAD 150 WYDARZEŃ
I 70 PROWADZĄCYCH
4 DNI

MAMA Gathering jest inicjatywą stworzoną przez Kobiety – dla Kobiet, niemniej zachęcamy do przyjazdu z osobami towarzyszącymi, parterami, przyjaciółmi. Dla nich także mamy szereg propozycji w strefie wydarzeń otwartych.

Holistyczne zdrowie, edukacja i wsparcie okołoporodowe, seksualność, relacje, komunikacja bez przemocy – kluczowe zagadnienia dla budowania podstaw nowych świadomych podstaw w stosunku do siebie i świata. W zeszłym roku postawiłyśmy wysoko poprzeczkę, a druga edycja kroi się jeszcze bardziej imponująco! Wśród prowadzących też znajdzie się kilku fantastycznych Mężczyzn pracujących w bliskich nam
rejonach.

W tym roku sektor zajęć OPENzone, PAPAzone i KIDSzone będzie o wiele obszerniejszy – spokojnie możecie planować przyjazd całą ekipą / rodziną!

Więcej informacji i karnety na wydarzenie znajdziesz tutaj: https://mamagathering.pl/

Piszę to zdanie trochę przewrotnie, bo wiem, że nie każda_y czuje potrzebę, aby uprawiać seks.:) Ale piszę to z pełną świadomością, aby odwrócić powiedzenie: „Lepiej to robić, niż o tym mówić”. Uważam, że ono naprawdę może przysporzyć ludziom problemów. Ono zamyka usta. Odbiera pewność siebie. Każe milczeć nawet wtedy, gdy trzeba krzyczeć! Może prowadzić do sytuacji pełnych przemocy i nieporozumień, bo przecież, jeśli się mówi „nie”, to tak, jakby się rozmawiało o seksie… To może już lepiej zamknąć oczy i przeczekać, niż się odezwać? Tak, wiem, że to skrajna sytuacja, ale piszę o tym, bo słyszałam i o takich przypadkach.

A ja po prostu chcę pokazać absurd przekonania, że o seksie nie powinno się rozmawiać. Jeśli tak uważamy, przestajemy rozmawiać o czymkolwiek, co komuś może się z seksem kojarzyć. Pozostają tylko świńskie dowcipy (bo to tylko żart!) oraz aluzje (no bo przecież to Tobie się kojarzy!).

Czy faktycznie lepiej to robić?

Czy jeśli lubisz tańczyć, to nie możesz o tym mówić? Bo lepiej jest to robić? No jasne, że jest różnica! Ale jako osoba, która kocha taniec, wiem, że lubię też o nim mówić, słuchać, czytać. Lubię czuć się częścią społeczności. Może być to społeczność taneczna, tangowa czy wielbicieli muzyki elektro. I czy to nie jest radość, spotkać na imprezie kogoś, kto tak samo jak Ty lubi ten sam zespół, tę samą płytę, tę samą piosenkę? I po prostu o tym porozmawiać? Nie wiem, jak Ty, ale ja długie godziny spędziłam na rozmawianiu o muzyce. I nie zaszkodziło to bynajmniej w jej słuchaniu czy też tańczeniu do niej. Jeśli o czymś rozmawiasz, to po prostu zaczynasz to lepiej rozumieć, uczysz się od innych o tym, uczysz się dzięki ich wrażliwości i dzięki ich odmiennemu od Twojego punktowi widzenia.

Dlaczego więc z seksem i seksualnością miałoby być inaczej?

Dlaczego o wszystkim można porozmawiać, a o tym akurat nie?
Dlaczego możemy rozmawiać o gotowaniu, dlaczego możemy pójść na kurs gotowania, oglądać kucharzy w telewizji, a nawet iść do szkoły gastronomicznej, a o seksie trzeba milczeć? Rzekłabym, że jednak dziedzina seksualności, związków i kontaktu z drugim człowiekiem jest bardziej złożona niż zrobienie naleśników. Dlaczego, jak chcesz pierwszy raz w życiu zrobić naleśniki, to tato czy mama powiedzą Ci, jak to się robi, a jeśli nie potrafią, podadzą Ci książkę kucharską, zadzwonią do babci albo znajdą przepis w internecie? Dlaczego, jak chcesz dowiedzieć się czegoś o seksie, to rodzice zazwyczaj zaczynają milczeć? Seks, podobnie jak jedzenie, jest ludzką potrzebą. Seksualność jest częścią Twojej tożsamości. Jeśli o niej milczysz – udajesz, że jej nie ma. Jeśli jej nie ma – tracisz kawałek siebie. I to ten kawałek, który może być źródłem wielkiej satysfakcji, rozwoju osobistego i duchowego, płaszczyzną to tworzenia wielkiej bliskości w związku – że o orgazmach już nie wspomnę.:P

Rozmowy o seksualności poszerzają horyzonty

Seks zazwyczaj odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Jasne, można go zobaczyć w pornografii, ale pornografia to pornografia, to pewna fantazja na temat tego, jak seks mógłby wyglądać, a nie film dokumentalny, więc niekoniecznie dowiesz się z niej jakiejś prawdy o seksie. Jeśli więc chcesz, aby ktoś Ci te drzwi uchylił – to albo musisz się umówić z zaufanymi znajomymi, żeby wypuścili Cię do swojego pokoju, gdy akurat będą się kochać… albo – po prostu z kimś o tym porozmawiasz. Taka rozmowa daje możliwość mówienia nie tylko technikaliach seksu, ale i o emocjach, jednostkowych przeżyciach, radościach, ekstazach, lękach i smutkach – które wiążą się z seksem, a które bywają wielkim tabu.

Rozmowy o seksualności pozwalają na to, aby zobaczyć, jak ona jest różnorodna. Zobaczyć, że różne osoby podniecają różne rzeczy, że każdy może mieć inne pragnienia i fantazje i że jedna osoba może ekscytować się czymś, na co ktoś dotąd nie zwrócił uwagi oraz to, że wcale nie musisz w swoich preferencjach być podobna do swojej koleżanki. Ty być może zwracasz uwagą na coś, co ja pomijam. Tak jak Shere Hite pominęła kobiecą strefę G, a znów Deborah Sundahl ją uwidoczniła, ucząc o kobiecej ejakulacji. Dwie fantastyczne kobiety o różnych spojrzeniach na kobiecą seksualność i kobiece możliwości.

Z jedną z nich miałam możliwość porozmawiać – tak, rozmawiałam z nią, o seksie, o strefie G, o kobiecej seksualności. Właśnie chodzi o to, że nie uprawiałyśmy ze sobą seksu, ale rozmawiałyśmy o nim. O seksie, seksualności, ciele. Można. To może być jednocześnie duża frajda i cenna nauka.

Gdybym uwierzyła w powiedzenie, że lepiej to robić, nie porozmawiałabym z Deborą Sundahl ani nie poznałabym najbardziej nietuzinkowych i wrażliwych osób, które stanęły na mojej zawodowej drodze. Nie rozmawiałabym z  moim partnerem, przyjaciółkami i przyjaciółmi i nie rozmawiałabym teraz z Tobą.

Dzięki byciu między ludźmi i rozmawianiu z nimi także o seksie i seksualności, poczułam, że wszystko ze mną w porządku, gdyż okazało się, że nie jestem tą jedyną kobietą na świecie, którą ten temat interesuje. Bo z seksualnością często wiąże się osamotnienie, poczucie wyobcowania. Ponieważ wkładano nam do głów, że nie wypada i nie należy, do dziś możesz czuć, że nie masz się do kogo odezwać, że wszystkie seksualne tematy, które chcesz poruszyć, trzeba po prostu przełknąć. Zmilczeć. Zapomnieć. Już pomijam te sytuacje, w której ktoś czuje się osamotniony ze względu na swoją nienormatywną orientację psychoseksualną i po prostu boi się powiedzieć o sobie prawdę innym. Nawet heterokobiety i mężczyźni mogą odczuwać lęk przed ujawnieniem się ze swoją intymnością, pragnieniem czy problemem. Każdego dnia kogoś takiego spotykam. Kogoś, kto pyta mnie: czy jest ktoś inny na świecie, kto czuje tak jak ja? Chce tego, co ja? Boi się tego, co ja? Pragnie tego, co ja?

Tak!
Są takie osoby!

Ale dowiesz się o nich dopiero wtedy, kiedy – jak pisałam w tym artykule – zaczniesz języka używać także do rozmów, a nie tylko do seksu oralnego. 🙂

Staram się pokazywać poprzez działanie, że tyle jest kobiecych seksualności, ile jest kobiet. Tyle jest seksualności, ile jest osób. Że się różnimy, ale i że mamy jakieś wspólne doświadczenia. I że seksualność to naprawdę fantastyczny temat do rozmowy!

Ostatnio, poza warsztatami, spotykam się z kobietami i mężczyznami na półgodzinne rozmowy telefoniczne lub internetowe w ramach Rozmowy z Vocą. To jest dla mnie cudowne doświadczenie!

Jestem wdzięczna i czuję wielką radość, kiedy mogę Ci pomóc, dzieląc się doświadczeniem, inspirując, uspokajając czy po prostu wysłuchując. To jest praca marzeń!:)

To, co? Rozmawiamy?! 🙂
Ja jestem gotowa. 🙂

Możemy porozmawiać o seksie,
Możemy porozmawiać o dziewictwie,
Możemy porozmawiać o masturbacji,
Możemy porozmawiać o fantazjach,
Możemy porozmawiać o erotycznej anatomii,
Możemy porozmawiać o ciele,
Możemy porozmawiać o miesiączce.
Możemy porozmawiać o tym, czego pragniesz w seksie, ale nie wiesz, jak to osiągnąć.
Możemy porozmawiać o Twoich radościach i Twoich troskach.

Może jak zaczniesz ze mną, to potem łatwiej będzie Ci z dziewczyną, chłopakiem, żoną, mężem, córką, synem, kimś, kto Ci się strasznie podoba, ale się go wstydzisz. :)?

Lubię myśleć o łóżkowych rozmowach. O rozmowach, które przeprowadziłam w seksie i o seksie. Kojarzą mi się one z przyjemnością, odprężeniem, zabawą. Zazwyczaj dużo w nich czułości, bliskości, czasem podniecenia. Hank Moody w „Californication” mówił, że rozmawiać o seksie to trochę tak, jakby to jeszcze raz robić. Ja myślę, że czasami rozmawiać o seksie, to już trochę to robić.

Podobno Casanowa był impotentem i uwodził kobiety słowami… być może jestem typową kobietą, bo na mnie słowa bardzo działają. Lubię słyszeć o tym, co zaraz będziemy robić i jak będzie mi w tym dobrze. Lubię słuchać o tym, co podnieca, na co mamy ochotę, jaką masz dzisiaj fantazję. Słowa pomieszane z pocałunkami, westchnieniami, pomieszane z czułością i lubieżnością. Słowa, które podniecają. I takie, które dają zaufanie i bezpieczeństwo.

„Dobrze jest to robić i dobrze jest o tym mówić!”

Są takie powiedzenia, że „lepiej to robić, niż o tym mówić” oraz że „dżentelmeni o tym nie rozmawiają”. Co do pierwszego – to mam wrażenie, że wymyśliła to osoba, która pojęcia nie ma, jak smakowita i rozkoszna może być rozmowa o seksie. Zdecydowanie więc polecam mówienie i powiedzenie zmieniam na: „Dobrze jest to robić i dobrze jest o tym mówić”. Przecież kiedy lubisz np. chodzić po górach, to zapewne przyjemnie jest i po tych górach chodzić i potem opowiadać, jak było na wyprawie. Dlaczego więc z seksem miałoby być inaczej? A co do powiedzenia, że „dżentelmeni o tym nie rozmawiają”… – mam nadzieję, że odnosi się ono tylko i wyłącznie do głupich przechwałek i plotek, „kto kogo zaliczył i jak było”. I mam nadzieję, że mężczyźni nie rozumieją tego na opak, jako „nie mogę powiedzieć mojej dziewczynie, co mnie podnieca, bo dżentelmeni o tym nie rozmawiają”. A, niestety, kiedy pisałam Uniesienie spódnicy, to i takie rzeczy słyszałam od moich rozmówczyń, że nie mogły z faceta słowa wyciągnąć i w związku z tym, że para nic o sobie nie wiedziała, seks był kiepski. No bo w końcu zero komunikacji to zero porozumienia. A jak Ci ma być z kimś dobrze w łóżku, jeśli on nie rozumie Ciebie a Ty jego? Jasne, są osoby o zdolnościach jasnowidzów, które być może „słyszą” cudze myśli, tak jak słyszał je Mel Gibson w filmie Czego pragną kobiety – ale z iloma jasnowidzami Ty byłaś w łóżku? Ja jeszcze z żadnym – dlatego używam języka nie tylko do seksu oralnego, ale też do tego, aby powiedzieć, na co mam ochotę i zapytać, czego życzy sobie ta druga osoba. Proste, skuteczne i nie pozostawia pola do nieporozumień.

Dla nieśmiałych… bój się i rób 🙂

Wiem, wiem. Są na tym globie osoby, które są nieśmiałe. No to dla nich w poniższym wideo kilka sposobów na to, aby nie powiedzieć, a jednak powiedzieć. Bo przecież jeśli się wstydzisz powiedzieć to na głos na neutralnym gruncie, to możesz… to napisać (w liście, mejlu, esemesie – lub na specjalnej kartce – tak jak to pokazuję na nagraniu). Możesz też postarać się o taką atmosferę i bliskość, że wstyd tym razem Cię nie zatrzyma. 🙂 Kochanie się to bardzo intymna, wymagająca bliskości i otwarcia czynność. Podobnie z mówieniem o swoich potrzebach i fantazjach. Stawiam więc hipotezę, że tam, gdzie partnerzy/-ki otworzyli/ły się na siebie w rozmowie, tam po prostu lepszy seks. A jeśli się wstydzisz – wtul się w jej/jego ramię, tak, żeby ukryć swój rumieniec – albo zgaś światło, albo wyszepcz mu/jej to przez telefon. Onieśmielenie odczuwa wiele osób, a część z nich stosuje się do hasła „bój się i rób”. Ponoć magia dzieje się tam, gdzie jest strach, bo strach pojawia się tam, gdzie nowe. Nowe może onieśmielać czy też przerażać. Ale – co najgorszego może wydarzyć się w Twoim łóżku? Może jak Ty zrobisz ten pierwszy krok, to drugiej osoby będzie się łatwiej otworzyć. W każdym razie – gdy jasno wypowiesz, czego chcesz a czego nie chcesz – większa szansa, że dostaniesz to, czego chcesz. Gdy ta druga osoba jasno wypowie, czego chce, o czym fantazjuje i co jej sprawia przyjemność – Tobie łatwiej będzie to dać (bez umiejętności czytania w myślach). A czy to nie jest tak, że to, co chcesz dawać w seksie, to przyjemność – drugiej osobie?

Rozmowy przed – stwarzanie dobrej atmosfery

Rozmowy o seksie i w seksie mogą być różne i o tym jest to wideo. Dla porządku napiszę tutaj, że za pomocą rozmowy przed seksem, możesz sobie przygotować dobry grunt do seksu. To tak samo jak z grządką – możesz siać gdzie popadnie, możesz też siać na przygotowanej do tego grządce. Więc po to przygotowujemy grunt – żeby zebrać jak najlepsze owoce. Przed seksem możesz umówić się na to, jakich słów używacie w łóżku a jakich nie (może określenia typu ruchanie sprawiają, że natychmiast spada Ci libido i masz ochotę wykopać partnera z łóżka?) Możecie sobie powiedzieć, co Was podnieca, co chcecie słyszeć, jak chcecie być dotykani, jakie są Wasz granice itp. Gdy wszystkie te sprawy są omówione, można się czuć po prostu bezpieczniej – gdy wiesz, że nie palniesz gafy, nie naruszysz granic, nie użyjesz słowa od którego Twojej partnerce natychmiastowo przechodzi ochota na seks – czy nie czujesz, że pojawia się więcej przestrzeni na eksperymenty? W każdym razie ja tak mam – jak wiem, w jakim obszarze mogę się poruszać i czego mam nie robić – czuję się o wiele swobodniej i naprawdę mogę się puścić wodze fantazji. Mogę dowolnie eksperymentować, bo wiem, że po tym wszystkim nie usłyszę, że zrobiłam coś, co przekraczało wszelkie granice. Nie! My te granice ustaliliśmy wcześniej. Oczywiście, także w seksie na bieżąco można różne rzeczy ustalać, ale o tym będzie w akapicie o rozmowach w seksie.:)

Rozmowy przed seksem przeprowadzałam nie tylko z moim jednym, jedynym, ukochanym, ale także wtedy, gdy miałam się znaleźć w łóżku z kilkoma osobami, niekoniecznie znajomymi. Piszę to, bo chcę rozwiać wszelkie strachy i niedomówienia – a często o nich słyszę, więc powiem to teraz wyraźnie: nawet, może właśnie szczególnie wtedy, kiedy umawiasz się na seks z kimś nowym i nieznanym, dobrze przed seksem omówić sobie to, jakie są granice, co robimy, a czego nie robimy itp. Podejrzewam, że jeśli ktoś jest tzw. normalną osobą, to szczerze i wyraźnie powie Ci, czego chce. Jeśli zaś będzie kręcić i kluczyć albo wręcz odmówi ustalenia zasad – to czy na pewno chcesz seksu z taką osobą? W każdym razie ja bym nie chciała. Lubię jasne i proste sytuacje. Znajomości z nieasertywnymi osobami, które nie chciały mówić wprost, o co im chodzi, wspominam bardzo źle i na długo pozostawiły we mnie dyskomfort. Ja nie chcę ludzi krzywdzić. Dlatego też muszę znać granice drugiej osoby, żeby wiedzieć, że ich nie przekroczyłam. Wolę o tych granicach dowiedzieć się przed, niż dwa tygodnie po – i to od wspólnych znajomych.:P

W czasie tych rozmów przed można ustalić także ogólne zasady, które towarzyszą naszemu seksowi czy związkowi. Co powiesz na dobrowolność, dyskrecję i brak oceny? Jak będziesz się czuć w łóżku, gdy będziesz mieć absolutną pewność, że wszystko możesz, ale niczego nie musisz? Że możesz zadać każde pytanie czy też dać każdą propozycję i nikt się nie obrazi, nie strzeli focha i nie wyśmieje Cię? Jak się czujesz z zasadą dyskrecji – czyli sytuacji, w której wiesz, że to, co robicie, robicie tu i teraz i nikt nie będzie o tym nikomu innemu opowiadać? Jak się czujesz z pewnością, że ani to, co mówisz, ani to, co robisz, ani to jak wyglądasz nie będzie oceniane ani krytykowane? Czy to nie daje luzu i poczucia bezpieczeństwa? A jeśli tak, to dlaczego się na to nie umówić? Można się umówić nawet na piśmie, jeśli tego potrzebujesz!

„Strasznie mnie podnieca, kiedy Ty…”

Na pograniczu rozmów przed seksem i rozmów w trakcie (które są raczej pojedynczymi słowami niż obszernym komunikatem), mogą być jeszcze rozmowy podniecające, zwane czasem świntuszeniem. Myślę, że część tych rozmów może się zaczynać na przykład tak… „Strasznie mnie podnieca, kiedy Ty…” – i tutaj możesz dodać dowolną czynność, która Cię faktycznie podnieca. Może podnieca Cię patrzenie w oczy? A może wkładanie palca w odbyt? Zastanów się, co chcesz przekazać swojemu partnerowi, czy partnerce. W każdym razie pewnie wiele z nas chce wiedzieć, jak dogodzić drugiej osobie i wiedzieć, co tak podniecającego jej robi… Jest to nie tylko miłe, ale i podniecające. I dla osób, które lubią sobie posłuchać w łóżku, ale mają za partnera milczka, mam taką radę: jeśli on/a milczy, mów Ty! Mów o tym, co Cię podnieca, co lubisz, jak Ci robi, co Ty lubisz mu/jej robić itp. Opowiadaj o tym. Słuchaj swojego głosu. Masz tutaj całkowitą dowolność wyrażania się! Możesz dobrać takie słowa, opowiedzieć o takich rzeczach, które zależą tylko do Ciebie. Sto procent kontroli.:) Może Twój partner zechce dołączyć do tej podniecającej rozmowy, może nie, ale podejrzewam, że obojgu będzie przyjemnie chociaż posłuchać.

Czy możemy przestać?

To może mało seksi temat, ale zacznę od końca, czyli kończenia seksu. Część osób czasem w seksie ma już dość, już dłużej nie chce się kochać, ale z jakiegoś powodu tego nie mówi. Najlepiej dla nich byłoby skończyć zabawę dokładnie w tym miejscu gdzie są, nie czekając na czyjekolwiek wytryski, spazmy i orgazmy. Wtedy właśnie można powiedzieć: stop. Już nie chcę. Czy możemy przestać? Albo coś podobnego. Generalnie chodzi o poinformowanie drugiej osoby, że seks właśnie przestał być dla nas przyjemnością. Czasami ta druga osoba jest na tyle empatyczna, że to wyczuje, czasami nie. Więc zachęcam Cię – jeśli nie chcesz, to o tym powiedz, a więcej dowiesz się z nagrania.

Poza tym w seksie często komunikacja bywa ograniczona, bo zatapiamy się w świat zmysłów, ale czasem można usłyszeć jakieś wyznanie miłosne, achy i ochy czy też sugestię, aby zmienić pozycję lub przesunąć się bardziej w lewo. Jest też taka tantryczna medytacja, która polega na mówieniu na głos każdej myśli, która przychodzi Ci do głowy w trakcie seksu. Więc jeśli chcesz się w seksie rozgadać, to może zaczniesz właśnie od niej? Trochę żartuję, a trochę zachęcam do sięgnięcia do książki Święta seksualność, z której ta praktyka pochodzi.

Tak mi dobrze, tak mi rób!

Egzamin zdaje moim zdaniem komunikowanie się pomrukami, westchnieniami, mówieniem „o tak, tak, świetnie, tak! Dobrze, tak!” To nie jest dużo słów, nie jest to jakiś wielki wysiłek, a druga osoba może dzięki temu zauważyć, co Ci sprawia przyjemność, słyszeć to na bieżąco, dzięki czemu z jednej strony może się bardziej w czuć w to, co się dzieje, a z drugiej może się odprężyć, bo wie, że coś robi dobrze. A ludzie się często stresują tym, że w czymś są słabi. Że słabo im idzie w łóżku. Słyszałam, że wręcz niektórych rzeczy w łóżku unikają, bo są przekonani/e, że to im źle idzie, że tego nie umieją. A przecież w części spraw nie tyle chodzi o szczególne wyćwiczenie, co o porozumienie i podążanie za wskazówkami partnera/ki. I gdy partner/ka pyta, co i jak robić, to dobrze jest podać szczere instrukcje. A jak się nie wie, jak to ma być, to zaproponować eksperyment z bieżącą komunikacją, czyli „nie wiem, jak ma być, bo jeszcze nigdy tego nie robiłam/moje ciało się zmienia itp., ale spróbuj na chwilę tego/czegoś, a ja Ci powiem, jak mi jest”. Jeśli dzieje się coś bolesnego czy niemiłego, też możesz dać o tym znać – pomrukiem niezadowolenia albo konkretnym słowem czy gestem – zależy od sytuacji i od tego, jak ten pomruk czy gest zostanie zrozumiany. Czasem może być niezauważony, wtedy warto użyć słów. Więcej o tej niewerbalnej komunikacji na filmiku.

Przeżyjmy to jeszcze raz 🙂

Obok rozmów przed, mamy też rozmowy po.
Rozmowy po mogą pomóc Ci „przeżyć to jeszcze raz” – jak chciał Hank Moody, a także powiedzieć partnerowi, co Ci się najbardziej podobało. Co Cię najbardziej podniecało. Co chcesz jeszcze powtarzać… wiele razy. Gdy skupiasz się na tym, co Ci się podoba, duża szansa, że znów to dostaniesz. To się po prostu zapamiętuje. „O, podobało Ci się jak Cię całowałem w szyję? Ale jak całowałem? Czekaj, spróbuję, a Ty mi powiesz, czy to było tak, czy jakoś inaczej…”
Wiesz, o czym mówię? Często ta druga osoba czuje się już gotowa do tego, aby znów dać Ci tę przyjemność, wyrywa się wręcz do powtórzenia tego. Albo dobrze to sobie zapamiętuje na drugi raz.:)

A jeśli najpierw – zamiast z partnerem czy partnerką w ramach testów chcesz o seksie porozmawiać ze mną – to masz możliwość zakupienia Rozmowy z Vocą – kliknij.:)


Jest taki obrazek w sieci: Jeśli tęsknisz – zadzwoń, jeśli chcesz się z kimś zobaczyć – zaproś, jeśli chcesz być zrozumiany – wyjaśnij i „reklamuje” on prostsze życie. Ja mogę dodać: jeśli chcesz mieć życie seksualne – proponuj. Proponuj seks i nie tylko seks, bo może nie zawsze tęsknisz do seksu? Może czasem tęsknisz do tego, żeby poleżeć z kimś w łóżku i pooglądać film na laptopie? Albo żeby ktoś wymasował Ci stopy? Albo żebyście się całowali lub zabawili w odgrywanie ról?

Świetnie!

Ta wiadomość jest zainspirowana przez Błogokrąg, czyli cykliczną imprezę (którą reanimowałam po ponad roku), którą organizuję we Wrocławiu. Jest to zabawa dla wszystkich. Spotkanie, które ma Ci dać relaks, reset, przyjemność, śmiech, dobry dotyk w nielimitowanej ilości.:)

To spotkanie, które można podzielić na dwie części – pierwszą prowadzę ja, jest to integracja i zasady, drugą prowadzi już cała społeczność błogokręgowa – czyli ludzie mi znani lub zupełnie nowi, którzy przyszli, aby doznać bliskości z drugim człowiekiem. Ta część w dużej mierze opiera się na składaniu propozycji. Może przyszłaś tu po to, aby ktoś Cię wymasował na 4 ręce? A może po to, aby z kimś się poprzytulać lub popatrzyć siebie w oczy? Nieważne, czy przyszłaś sama, czy z mężem, jeśli tego chcesz, potrzebujesz to zaproponować. Wtedy druga osoba może przyjąć Twoją propozycję i spełnić Twoją potrzebę. Tak to się odbywa.

Najbliższy Błogokrąg będzie w tę sobotę (23.03.2019), a przed nim postanowiłam opowiedzieć trochę o składaniu propozycji. Temat jest trochę bardziej złożony, więc jutro o 11.00 mam zamiar na fb zrobić live. 🙂 Tymczasem chcę napisać o tym, co wg mnie ważne w składaniu ofert.

Propozycja, ale do odrzucenia

Propozycja to coś innego niż ultimatum. Propozycja brzmi tak: Jeśli chcesz, to możemy się kochać / całować /pomasować. Ultimatum/groźba to: Jeśli zaraz nie będziemy się kochać, to pożałujesz…

Czujesz różnicę?

Propozycja zostaje Ci otwartą furtkę. Możemy się kochać, jeśli chcesz. Może nie chcesz. Nie wiem, więc proponuję. Propozycja zostawia miejsce na odmowę, pozwala więc na bliskość. Aby być z kimś blisko, potrzebujesz być z nim autentyczna/-y. Jeśli nie chcesz się kochać /całować /masować, aby zachować tę autentyczności, potrzebujesz wyrazić swoje „nie”. Jeśli nie jesteś zdecydowany/-a i może trochę chcesz, a trochę nie chcesz, to też możesz powiedzieć o swoim wahaniu. Jeśli chcesz, ale mówisz „nie”, bo się wstydzisz, to ta druga osoba też nie ma szans Cię poznać, czyli być z Tobą blisko. Propozycję możesz też entuzjastycznie przyjąć, jeśli wywołuje ona Twój entuzjazm.

Proste? Wiem, że proste, ale niekoniecznie dla wszystkich łatwe…

Jeśli czegoś chcesz w seksie, życiu czy związku, możesz o tym mówić. Niektóre rzeczy mogą się zamienić w propozycje.

Konkretne propozycje brzmią tak:

Na przykład: Chcę w tym roku pojechać na wakacje nad morze razem z Tobą, masz ochotę?
Albo: Chcę się z Tobą pieścić przez godzinę i nie chcę tradycyjnego seksu z penetracją, ale na wszystko inne jestem otwarta, idziemy do łóżka?
Albo: chcę się z Tobą kochać na stole w kuchni dziś wieczorem, jeśli masz ochotę, to może przykryjemy go kocem, bo wydaje mi się, że będzie bardzo twardo.

Jak Ci się podobają takie propozycje? 🙂

Klarowność propozycji

Druga rzecz dotycząca propozycji to jasność tego, co proponujesz. To bardzo ważne, szczególnie, jeśli proponujesz seks lub jakieś pieszczoty, żeby ta osoba wiedziała, na co przystaje. Na tym polega klarowność komunikatu i jasność granic. Podczas Błogokręgu mamy kilka zabaw, które to unaoczniają. Np. jedna osoba wchodzi do środka kręgu, który to krąg może ją dotykać, masować, oblać deszczem miłości itp. Opcji jest wiele. Więc ona potrzebuje powiedzieć, czego chce. Np. tylko delikatnego dotyku tylko na plecach i rękach. Kiedy krąg już wie, co i jak ma dostarczyć, może to zrobić.

Kiedy Ty siedzisz na ławce w parku i mówisz: Możemy się kochać, jeśli chcesz… to ta osoba może być trochę skonfundowana. „Kochać? Ale że tu, na tej ławce? Nie!!!”

Co masz na myśli? Możecie się kochać, jak wrócicie do domu? Czy może teraz w parku?

Oraz – co to ma być za rodzaj miłości?

Jeśli zawsze i wszędzie jesteś otwarta/y na wszystko, może nie musisz tego precyzować. Ale jeśli dla Ciebie kochanie się to dwie godziny leżenia w łóżku, całowania, dotykania, patrzenia w oczy, sprośnych rozmów, lizania po genitaliach i innych częściach ciała i innych rozmaitych pieszczot obejmujących penetrację bądź nie, to jeśli składasz ofertę komuś, dla kogo kochanie się to dwie minuty ruchów frykcyjnych, to może przyjąć Twoją ofertę, rozumiejąc ją po swojemu – szybki seks bez wstępów i zakończeń. A może Ty masz ochotę na szybki numerek i nie masz czasu na więcej, a dla osoby, której zaproponowałaś/-eś seks, nie ma seksu bez kina, całowania i recytowania poezji?

Klarowność przy składaniu ofert zdejmuje też z ludzi presję wykazania się nie-wiadomo-czym oraz daje bezpieczeństwo. Jeśli wiem, że umawiamy się tylko na przytulanie, albo tylko na masaż, albo tylko na całowanie się w usta i że choćby-nie-wiem-co dzisiaj nie zdejmiemy z siebie ubrań, to wtedy każdy, kto akurat dziś ma na sobie sprane majtki, kto boi się, że nie umie zrobić drugiemu dobrze ustami lub czuje presję przeżywania orgazmu – może odetchnąć.

Więcej o składaniu propozycji na lajwie jutro o 11 na fp Seksualności Kobiet na fb. O ile fb jutro o 11.00 będzie działał.:)

Jeśli lajw to dla Ciebie za mało – zapraszam Cię na Błogokrąg do Wrocławia – kliknij. To 4 godziny zanurzenia w przyjemnościach i praktyczna nauka bliskości, asertywności oraz składania ofert. 🙂


Jeśli masz jakieś pytania – pisz w komentarzach! 🙂

Voca

Ta mała postać pod Pomnikiem Wielkiej Cipy, to ja, Voca, 9 marca 2019.

Czy w kraju, w którym można i kobietę, i mężczyznę wyzwać od głupiej c*py (tak jakby posiadanie kobiecych genitaliów było hańbą) warto stanąć pod Pomnikiem Wielkiej Cipy w Rzeszowie?

Ja do Wielkiej Cipy pojechałam na 9-lecie portalu Seksualność Kobiet. Stanęłam u jej stóp, a raczej warg, bez wstydu, za to z radością. Nie wyobrażam, abym miała tyle śmiałości, gdy byłam nastolatką. Dlaczego? Bo życie w społeczeństwie, które szybciej Cię wyzwie od „głupiej c*pki”, sprzyja wstydowi i skrępowaniu i zdecydowanie nie sprzyja emancypacji oraz akceptacji siebie, kobiecości i seksualności.

Więc kiedyś bym się wstydziła.
Stać pod „Wielką Cipą”.
„Obnosić się”.
Co ludzie o mnie powiedzą? Zwariowała? Sfiksowana feministka!

Boisz się takich etykietek? Ja się kiedyś bałam, ale potem zrozumiałam, że i tak trudno ich uniknąć, ale niekoniecznie potrzeba się nimi przejmować. Ludzie mogą sobie myśleć, co chcą, a to, co przeżyję, to moje. (Podejrzewam, że nawet Ci, którzy straszą mnie w komentarzach egzorcystą, w skrytości ducha lubią to, co publikuję o seksualności, inaczej nie przeznaczaliby tyle czasu i energii na to, aby najpierw to czytać i oglądać, a potem krytykować. Człowiek, który się nie interesuje, to się nie interesuje, nie czyta, nie zagląda.)

Trzy dni świętowania – w Rzeszowie i Wrocławiu. Pod Cipą i pod Kutasem. <3

Więc miałam wielką frajdę, fotografując się pod tym pomnikiem. Bo nawet jeśli oficjalnie jest to Pomnik Czynu Rewolucyjnego, to niektórym osobom i tak się „kojarzy”. I ma się kojarzyć, bo nieprzypadkowo wybrano dla niego kształt mandorli, znany ze sztuki sakralnej1. A kształt mandorli, to nic innego, jak kształt waginalny, który to do sztuk sakralnych trafił z czasów, gdy ludzie czcili waginę jako bramę życia, przez którą przychodzimy na świat. Tak więc dalekie echa kultu waginy nieprzypadkowo pobrzmiewają w centrum Rzeszowa. To było zamierzone. I nawet jeśli niektórym kojarzy się z sacrum, to tym lepiej, bo seksualność na swój święty wymiar.

A jakby to było, gdybyśmy w Polsce naprawdę mieli piękny pomnik w kształcie cipki? Żaden tam Pomnik Czynu Rewolucyjnego, który się  kojarzy, ale prawdziwy pomnik będący hołdem dla kobiecej seksualności? Horacy pisał, że swoją twórczością wystawił sobie pomnik, który jest niezniszczalny i przetrwa wieki. Ja marzę o tym, żeby to internetowy portal Seksualność Kobiet i cała wiedza dotycząca seksualności, która na nim została zgromadzona przez dziesiątki a może i setki osób w ciągu ostatnich 9 lat – stała się takim pomnikiem Cudownej Cipki, Wspaniałej Waginy albo Jawnej Joni.

Jawność ułatwia życie. Jawność seksualności sprawia, że możesz przestać się wstydzić siebie: swojego ciała, kobiecości, męskości, narządów płciowych, marzeń i fantazji.

Jakby to było żyć w takim świecie jawnej seksualności, w którym ludzie, którzy chcą poafirmować seksualność, zbierają się pod odpowiedniego kształtu pomnikiem? Jawnie uczą się tego, jak zrobić kuni (minetkę), fellatio albo jak się kochać? W którym bezpośrednio rozmawiają o seksie?

Z 10 lat temu snułam taką fantazję o kobiecości, w której dowodem na prawdziwie zaakceptowaną kobiecość byłoby np. zdjęcie żony naszego premiera, która fotografuje się z napisem „Mam cipkę” i jest to przyjęte zupełnie neutralnie, podobnie jak wizyta dyplomatyczna w Burkina Faso. Czy gdyby dziś żona premiera wrzuciła takie zdjęcie do internetu, to czy premier musiałby się podać do dymisji? 🙂 I czy „poważne” kobiety mogą sobie robić zdjęcie pod Pomnikiem Wielkiej Cipy?

Ja, obchodząc urodziny portalu, rozciągnęłam je na 3 dni. Tak więc 8 marca składałam życzenia z okazji Dnia Kobiet, 9 marca odwiedziłam Wielką Waginę, a 10 marca wrocławskiego Kutasa, czyli SkyTower i stąd składałam życzenia mężczyznom. Spod Kutasa, Lingama, Wielkiego Penisa, który znów „kojarzy” się różnym ludziom i dlatego internet już kilka lat temu ogłosił Wrocław i Rzeszów jako miasta partnerskie. Dlaczego potrzebujemy takich skojarzeń? Czyżby była w nas jako społeczeństwie tęsknota za jawnością?

Ale wracając do Cipy… Gdy tam stałam i pozowałam do zdjęć, przypomniało mi się inne zdjęcie. Takie sprzed lat – ośmiu lub dziewięciu – z początków portalu. Zostało zrobione w Warszawie na Dniach Cipki. Mimo że lata minęły, pamiętam tamtą gorącą dyskusję i krytykę – jak można nazwać jakiś festiwal dniami cipki? Przecież to się nie godzi… nazywać rzeczy po imieniu. Jasne, nazwijmy go dniami kobiecości i udawajmy nadal, że cipki nie istnieją. To dlatego sfotografowałam się z napisem „mam cipkę”. Myślałam wtedy: mam pokornie żyć w kraju, w którym popularnym wyzwiskiem jest „ty c*po!” albo „ty p*zdo”, ale fotografia z napisem „mam cipkę” – oburza i zniesmacza? 9 lat temu nie chciałam żyć pokornie. Dlatego powstał ten portal.

Pomyślałam o tym, jak długą drogę przeszłam między zrobieniem jednej a drugiej fotografii. O ile bardziej jestem wolna w swojej seksualności. W całym swoim życiu.

Wierzę, że gdy uczysz się być wolną osobą w zakresie seksualności, to uczysz się po prostu jak to jest być wolnym człowiekiem.

Myślę, że to wciąż wyzwanie, aby być wolną seksualną kobietą. Być może do końca życia nie będzie to taka wolność na sto procent. Ale czuję się na tyle wolna, aby prowadzić ten portal, pisać książki, robić warsztaty o seksualności, czy też fotografować się pod Wielką Cipą. Używać słowa cipa jako afirmacji. No i mam jeszcze apetyt na więcej… dlatego w tym roku wydaję Uniesienie spódnicy.

Ale wracając do wolności – wiem, że dużo osób marzy o seksualnym wyemancypowaniu i zarzuca sobie, że czegoś jeszcze „nie przepracowało”. Ostatnio, wychodząc poza tylko i wyłącznie zajęcia stacjonarne, zaczęłam się także z Wami spotykać przez internet, i rozmawiałam z kilkoma osobami o tym, że z pewnych rzeczy być może nigdy nie „oczyścimy” się do zera. Może zawsze pozostanie trochę wstydu, trochę skrępowania, trochę nie-idealności w tej seksualności. I nie trzeba tego sobie wyrzucać.

To też jest wolność – w seksualności – że nie trzeba być idealnie wolną (od wszelkich „ograniczeń”, „zahamowań”, emocji itp.) seksualną osobą.

Tego nauczyłam się w doświadczeniu – ludzie lubią czuć się idealni, jeśli chodzi o seks, o seksualność, aby prezentować się jak najlepiej i często trochę kolorują swój wizerunek, nawet tylko po prostu po to, aby nie odbiegać od normy, aby nikt ich palcami nie wytykał… – więc rozumiem, że

może Ty też chcesz być idealna/-y, ale nawet bez tego możesz mieć wiele radości z seksualności i cudowne życie seksualne!

Można powiedzieć, że przez te 9 lat wyzwalałam się z kolejnych kanonów kultury. Stawałam się coraz bardziej wolna i wyzwolona. Na urodzinowym lajwie, opowiadałam też o tym, co to dla mnie znaczy wyzwolenie i wolność…

Słowo na niedzielę…

W niedzielę 10 marca podczas live’u na fb dzieliłam się też tym, czego się przez ten czas prowadzenia SK dowiedziałam, nauczyłam. M.in. tego, że rozwój seksualności można sobie zaplanować…

Co więcej zobaczysz w tym nagraniu? M.in.:

*jak zapytać mężczyznę, czy zrobi Ci kuni? (A co to jest kuni?!):P

*czy jestem kobietą „wyzwoloną”? i co dla mnie to wyzwolenie znaczy?

*czy coś straciłaś, jeśli całe życie jesteś z jednym partnerem/-ką?

*co to jest „Rozmowa z Vocą” i do kogo ją kieruję?

*jak wygląda dildo, które mam w nocnej szafce?

*jakie gadżety erotyczne polecam, a jakie niekoniecznie?

I wiele innych gorących treści. 😀 <3 🙂

Ten live to mój urodzinowy strumień świadomości. Nie wiedziałam, o czym będzie i w efekcie jest o wszystkim!:D O Pomniku Wielkiej Cipy w Rzeszowie, o tym, skąd wzięło się słowo „minetka”, o tym, jak zrobić kobiecie dobrze ustami, o tym, jak na czakrę serca działa różowy kwarc i o tym, jak nie ćwiczyć z kulkami gejszy…

Dziękuję Ci, że jesteś ze mną.

Dziękuję Ci, że czytasz ten artykuł. Że może przeczytałaś/eś też Sekretnik. Wstęp do Uniesienia spódnicy. Może byłaś/eś na jakimś moim warsztacie. Może wybierasz się na Błogokrąg w sobotę? Może komentujesz artykuły na portalu? Może na fb, ig, yt? Dziękuję Ci za każde polubienie, udostępnienie, za każdą chwilę spędzoną razem. To właśnie tak współtworzymy świat Jawnej Seksualności. Gdy startowałam 9 lat temu, nie miałam planu ani pojęcia, gdzie dojdę… ale widziałam, że chcę tam iść z innymi. Z ludźmi podobnymi do mnie. Z kimś takim jak Ty. Wiem, że nie każdy i nie zawsze może tak jawnie okazywać swoją przychylność dla seksualności, dlatego jeszcze raz Ci dziękuję, bo może kosztowało Cię to trochę… nawet otworzyć na swojej przeglądarce „taką” stronę.

Dziękuję za wspólne lata. I zapraszam Cię do tego, aby w komentarzu pod tym artykułem podzielić się ze mną, jak znalazłeś/aś portal? Co Cię tutaj przywiodło? A może jesteśmy razem od tych ponad już 9 lat? Trafiłaś/eś przez yt, fb, przeglądarkę? Znajomi Ci wysłali link? O czym chcesz czytać? Co Cię interesuje? Czy są lub były tutaj Twoje komentarze (mnóstwo komentarzy zginęło w czasie przeprowadzki po serwerach pod koniec 2017 roku…). Bardzo jestem Ciebie ciekawa. Odezwij się do mnie, proszę. <3

{(‚)} {(‚)} {(‚)}

A tak wspominałam początki portalu, gdy zaczął mu lecieć już trzeci roczek… 20 marca 2012, czyli to było sto lat temu. 🙂

1 autor pomnika podkreślił, że tworząc rzeszowski Pomnik Czynu Rewolucyjnego za tło i inspirację obrał jeden z najstarszych motywów w sztuce sakralnej mający pierwiastek żeński w dominancie stylistycznej – mandorlę Cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_Czynu_Rewolucyjnego_w_Rzeszowie

1 Komentarz  Like

To pytanie zadaje mi wiele osób.

Uwaga: możesz czuć niepewność i wciąż z tym żyć. 🙂 Niepewność to nie jest żadna choroba. To jest konsekwencja również tego, jakiej jakości jest Twoja seksualna relacja i czy masz bliskość ze swoim partnerem czy partnerką. Czy możesz z nim naprawdę być sobą, czy musisz udawać kogoś, kim nie jesteś. Np. najlepszą na świecie kochankę. I najbardziej doświadczoną. I najbardziej bezwstydną…

Masz prawo czuć niepewność, masz prawo mieć nieduże lub zerowe doświadczenie, masz prawo nie wiedzieć, masz prawo się uczyć. Masz prawo zadawać pytania. Masz prawo samodzielnie lub z innymi poznawać to, co naprawdę lubisz.

A jak odpowiedzieć na pytania: „Co lubisz w łóżku”, kiedy nie wiesz, co lubisz w łóżku…? Obejrzyj to nagranie, a już będziesz wiedzieć, co mówić.:) Podziel się w komentarzach swoim wrażeniami. <3

 

Chcesz porozmawiać ze mną w 4 oczy lub przez telefon? Zamów rozmowę tutaj: Rozmowa z Vocą.

Jestem zadowolona, usatysfakcjonowana i szczęśliwa – to ponad godzinne nagranie, które możesz obejrzeć poniżej, to jeden z najlepszych wywiadów, jakich ostatnio udało mi się udzielić. Bez cenzury. Bez skrępowania i pruderii. Tylko konkretna wiedza na temat kobiecej seksualności w całym jej spektrum. Od razu po lajwie, który odbył się na fp Republiki Długich Spódnic na fb dostałam kilka wiadomości od kobiet, które napisały, że są zachwycone, że je to poruszyło, że cieszą się, że zdecydowały się przez tę godzinę być z nami, bo to była zmieniająca spojrzenie na kobiecą seksualność godzina. Bardzo się cieszę! Ciebie też zachęcam do obejrzenia tej rozmowy.

Punktem wyjścia dla nas była moja książka Uniesienie spódnicy. Seksualne doświadczenia i moc kobiet. Książka jest jeszcze nie wydana, ale już dziś możesz całkowicie bezpłatnie pobrać wstęp do niej, wiele osób, które przeczytało wstęp, powiedziało mi, że nawet czytanie tylko wstępu dało im wiele radości, i już jakieś otwarcie na więcej się w nich zadziało. Więc zachęcam Cię do wysłuchania rozmowy i pobrania wstępu na swój komputer lub telefon i zanurzenia się w lekturze.

A w wywiadzie usłyszysz m.in. o:

– słowach na joni/cipkę i tym, że złe słowo czasem gasi całe pożądanie,
– tym, co powiedzieć mężczyźnie zazdrosnemu, że się masturbujesz,
– delikatnych ginekologach i delikatności joni,
– tym, że masturbacja podczas porodu może Cię uchronić przed pęknięciem krocza,
– orgazmach od patrzenia w oczy i wielu tematach, o których mówić „nie wypada”. Po prostu posłuchaj!

 

 

Republika Długich Spódnic jest platformą, która pomaga już teraz setkom kobiet w odkryciu swojej wewnętrznej kobiecej mocy. Jest miejscem wzajemnej inspiracji, która wspiera w uwolnieniu potencjału twórczego, aby realizować siebie w pełni. Daje konkretne ćwiczenia oraz wskazówki, jak zmienić jakość swojego życia.

Polajkuj i śledź stronę Republiki na FB: https://www.facebook.com/tworzmoc

Chcesz się poczuć dobrze i zapomnieć o troskach?
Brak Ci energii?
Potrzebujesz kontaktu z drugim człowiekiem, poklepania po ramieniu i zwykłego spojrzenia w oczy?
A może tryskasz optymizmem i chcesz swoim cudownym nastrojem obdzielić innych?
Fantastycznie!
Trafiłaś/eś idealnie! Błogokrąg jest dla Ciebie!

Błogokrąg to strefa przyjemności i otwartego kontaktu, którą przez ostatnie lata nazywaliśmy przytulankami, bliskimi spotkaniami, tantrycznymi improwizacjami i różnymi nazwami, których już nie zliczę. Jedno jest pewne – kocham prowadzić to spotkanie, bo widzę, że i na Twojej twarzy może zagościć takie rozluźnienie i relaks, że robi mi się błogo, wszystko odpuszcza.

Błogokrąg to:
-zabawa, odpoczynek i relaks,
-przyjemność dotyku i kontaktu z drugą osobą,
-ruch, taniec, śmiech,
a przy okazji:
-praktyka poznawania własnych granic i bezpośredniego komunikowania ich,
-doświadczenie bliskości w wyjątkowej jakości, tak że nawet ktoś bardzo Ci bliski, może znaleźć się jeszcze bliżej,
-inspiracja oraz przede wszystkim moc pozytywnej energii, którą możesz zasilać swoje życie, pracę i kontakty.

W Błogokręgu przeżyjesz doświadczenie bezpiecznej bliskości, które potem możesz włączyć w swoje życie, bo już będziesz wiedzieć, że to się da oraz jak to zrobić. <3

Wchodzisz do Błogokręgu? To poproszę Cię o głaskoprzelew!
50 zł. Zapisujcie się i przesyłajcie potwierdzenie przelewu na v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl. 🙂
Do wtorku 25 lutego cena promocyjna 25 zł.

Głaskoprzelew kieruj na:
Nr konta 97 1140 1010 0000 5433 5900 4848
Fundacja Rozwoju Przedsiębiorczości „Twój StartUP”
ul. Żurawia 6/12 lok 766, 00-503 Warszawa
Tytuł: Błogokrąg

Napisz do mnie na v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl lub esemes z Twoim adresem e-mail na nr +48792667769, jeśli zrobisz przelew a jeśli masz wątpliwości, to odezwij się do mnie i pogadajmy o tym. 🙂

Jeśli pomogą Ci filmy nt wydarzenia, to możesz je znaleźć zobaczyć poniżej:


A CO WŁAŚCIWIE ROBIMY?

W pierwszej części spotkania:
– poznajemy się w czasie zabaw, ruchu – przełamujemy lody, 🙂
– ustalamy zasady spotkania (dobrowolność uczestnictwa, szacunek, osobiste granice itp.).
– w czasie zabawy badamy własne granice,
– uczymy się mówić NIE, TAK i NIE WIEM,
– przytulamy się, głaszczemy i masujemy – o ile ktoś tego chce!
W drugiej części spotkania:
– przechodzimy do „dania głównego” – przytulania, głaskania czy masowania bez limitu 🙂
-uwaga – przytulasz się z kim chcesz i jak chcesz, nikt Ci niczego nie narzuca, panuje absolutna dobrowolność!
– albo też do robienia tego, na co aktualnie masz ochotę (może chcesz usiąść z boku i pomedytować chwilę? Napić się wody? Przytulić z kimś, tak, aby nikt Wam nie przeszkadzał?).
Cześć pierwsza spotkania jest prowadzona. Druga część pozwala Ci się spontanicznie bawić tak, jak chcesz i z kim chcesz – tutaj panuje freestyle, dowolność i nie ma prowadzącego. A Ty w każdej chwili możesz wyjść do kuchni, wrócić na salę itp.

KTO MOŻE PRZYJŚĆ?
Każdy. A szczególnie Ty! ?
Nasze spotkania mają już 4 lata. Gościły u nas dziesiątki, a może setki ludzi z całej Polski.
Przychodzą zarówno osoby bardzo młode, takie 18+, jak i te w okolicach 60 roku życia – bo przytulanie jest dla wszystkich! Przychodzą pary, grupy znajomych, a także pojedyncze osoby, koleżanki, małżeństwa, współlokatorzy, masażyści, programiści, doule, matki dzieciom, panny, rozwódki i mężatki, sprzedawcy, mechanicy, studenci, buddyści zen, artyści i artystki, lekarze, tantrycy, ateiści, strażacy i ratownicy medyczni – bo przytulanki są dla wszystkich, bez względu na płeć, wiek, orientację seksualną, poglądy polityczne czy zawód wyuczony. Przyjdź i Ty! 🙂

Czy, aby przyjść, muszę:
-mieć dobry humor? NIE – zabawa i przytulanie poprawia humor – więc wszystko się samo zadzieje,
-być rozluźnionym? NIE – przytulanie pomaga się rozluźnić i jest polecane wszystkim spiętym i zestresowanym osobom,
-być singlem? NIE – to nie jest impreza dla singli, bawi się z nami wiele singli, ale także i par, w tym małżeńskich. 🙂
-być w określonym wieku? Wystarczy, że jesteś 18+ 🙂
-jakoś specjalnie się ubrać? NIE – możesz przyjść w dresach albo w eleganckim ubraniu – to Twój wybór – ważne, żebyś czuł/-a się w tym dobrze i wygodnie.
Czy przychodzą tylko kobiety?
Nie, przychodzą osoby wszystkich płci.
Czy jest dużo mężczyzn?
Zazwyczaj mamy równowagę płci, czasem jest mężczyzn więcej niż kobiet, a czasem na odwrót – zależy od spotkania.
Czy będzie się trzeba rozbierać do naga?
Zdecydowanie NIE. W zależności od pogody i tego, co masz na sobie, możesz oczywiście poczuć, że Ci trochę gorąco i zdjąć sweter albo rajstopy. Na tym spotkaniu w drugiej jego części jest możliwa nagość – ale tylko wśród tych osób, które chcą się rozebrać, bo np. masują się na olej, a tego nie da się zrobić w ubraniu. 🙂 Więc nagość nie jest obowiązkowa, ale jest możliwa.

Kiedy? Gdzie?
29.02, sobota, g. 18.00-21.30
Wrocław, Rozwijalnia, Chełmońskiego 30

Co ze sobą wziąć?
– Skarpetki 🙂 Na salę nie można wejść w butach, więc wchodzimy albo w butach na zmianę, albo na boso.
– Butelkę z zakrętką. Na sali są materace, koce, poduszki. W Rozwijalni można sobie zrobić herbatę, ale bardzo proszę o wnoszenie na salę tylko zakręcanych butelek, nie chcemy bosą stopą wdepnąć w rozlaną herbatę lub rozlać ją na materace.
– Jeśli chcesz się masować na olej (a to bardzo przyjemna opcja!), weź ze sobą duży ręcznik lub dwa – do podłożenia pod siebie i przykrycia ciała lub własny koc – oraz olej do masażu. 🙂
– Prowiant. 🙂 Spotykamy się w porze kolacji, więc warto wziąć ze sobą kanapki lub inną przegryzkę. 🙂

Prowadzi Voca Ilnicka, przewodniczka po kobiecej seksualności, edukatorka, trenerka, twórczyni portalu Seksualnosc-Kobiet.pl, popularyzatorka pozytywnego i życzliwego podejścia do cielesności i seksualności; autorka e-booka „Seksualność kobiet” i autorka książki „Uniesienie spódnicy”. Jej wypowiedzi znajdziesz m.in. radiu Tok Fm, Radiu RAM, TVN Style, TVP2, „Wysokich Obcasach”, „Sensie”, „Polityce”, „Elle” itp.


Jak polubić swoje ciało? W świecie, który żąda od ludzi, a szczególnie kobiet, idealnego ciała bez skazy, nie jest to może bułka z masłem, ale da się zrobić. W tym ciele żyjesz całe życie, więc może warto zainwestować trochę czasu i energii, żeby polubić, pokochać, zaakceptować ten pojazd na życie?

Dzielę się pomysłami i doświadczeniem oraz skutecznymi praktykami akceptacji ciała do zrobienia w tym nagraniu. No i opowiadam swoją historię… Początek nagrania jest trochę obcięty, bo pojawiłam się dobre kilka minut przed 20.00, żeby sprawdzić, czy wszystko działa, więc ten, przymknijcie oko na te obcinki. 🙂

Nagranie pochodzi z grupy dla kobiet Klub Uniesionych Spódnic na FB. Tutaj możesz do niej dołączyć.

A tutaj zaproszenie na lajw o waginach.:)

A tu możesz przeczytać o stacjonarnym 5-tyg. Kursie Akceptacji Ciała we Wrocławiu, który zaczyna się 15 stycznia.

Gdy leżałam na plaży w Jelczu, jakoś tak pod koniec lata, odebrałam telefon od pani Katarzyny Grzempowskiej z propozycją wystąpienia na jej wydarzeniu i opowiedzenia o energii seksualnej. Zgodziłam się, a potem chciałam trzy razy zrezygnować. Czy energia seksualna to na pewno mój temat? – zastanawiałam się przez wrzesień, październik i pół listopada. Matko kochana, co ja będę mówić na konferencji dla menadżerów? Przecież nie mogę tych wszystkich ludzi wystraszyć słowem seks!

No, ale pojechałam.

A Was ostrzegam – nigdy, przenigdy nie zgadzajcie się na coś, tylko dlatego, że ma się to odbyć za trzy miesiące. Jadąc taksówką na wystąpienie, przeżyłam chwile grozy, bo zahaczyłam pierścionkiem rajstopy i na udzie zrobiła mi się dziura. Drugiej pary rajstop nie miałam. I taka piękna miałam wystąpić? Nie powiem jednak publiczności, że nie wystąpię, bo podarły mi się rajstopy.

Więc wystąpiłam.

A jak wyszło? Hym.

2 komentarze  Like

Schudnąć? Przytyć? Zrobić operację? Obciąć włosy? Kupić nowe buty?

Kiedyś miałam wielki opór, żeby założyć spódnicę przed kolano albo strój kąpielowy, że już nie wspomnę o bikini! Męczyłam się latem, chodząc w długich spodniach, patrząc przez szybę zahamowań na kąpiących się w basenach i pływających w morzu ludzi. Miejsc „roznegliżowanych” unikałam jak diabeł święconej wody. A teraz hasam nago, gdzie popadnie i czuję się z tym wspaniale. Co się stało? Nie stałam się ani szczuplejsza, ani piękniejsza. Po prostu dałam sobie przyzwolenie na to, żeby kochać i akceptować to ciało, które mam. Nie jest doskonałe, ale jest wystarczające. Powiem Ci, jak to zrobić.

Ciało jest po to, aby czuć a Ty możesz czerpać z niego przyjemność. Przyjemność ze smaku czekolady, wąchania perfum, przyjemność seksualnej ekstazy. Dzięki ciału możesz dotykać ukochanych ludzi i pięknych przedmiotów. Możesz wyrażać siebie. Robić miny, biegać, tańczyć, śmiać się aż do bólu brzucha.

Wierzysz w to, że aby zasłużyć na miłość, seks i związek trzeba odpowiednio wyglądać? To nieprawda. Wygląd to sprawa wtórna. Prawo do szczęścia, miłości i seksu ma każdy, kto żyje na tym świecie.

Na webinarze-lajwie powiem Ci:

  • o 3 rzeczach, które mogą mieć mocny codzienny wpływ na to, jak widzisz swoje ciało na co dzień,
  • o wpływie emocji na to, jak postrzegasz siebie,
  • o zaskakującym wpływie życzliwości do siebie, która sprawia, że zaczynasz widzieć siebie i swoje ciało bardziej obiektywnie i czuć się na co dzień lepiej.

Kiedy? 23 stycznia 2019, g. 20-21

Voca Ilnicka, przewodniczka po kobiecej seksualności, edukatorka, trenerka, twórczyni serwisu Seksualnosc-Kobiet.pl, popularyzatorka pozytywnego i życzliwego podejścia do cielesności i seksualności; autorka e-booka „Sekretnika kobiecej waginy” (pobierz tutaj), autorka książki „Uniesienie spódnicy”, która ukaże się w 2019 roku. Jej wypowiedzi znaleźć można m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Sensie”, „Polityce”, „Elle” itp.

Na webinarze-lajwie widzimy się w grupie Klub Uniesionych Spódnic: https://web.facebook.com/groups/1249178448563377/. Dołącz do grypy teraz, bo w czasie prowadzenia lajwu nie będę miała jak, zaakceptować Twojego dołączenia. <3

Zabawa * Zmiana *Siostrzeństwo

Nie musisz katować swojego ciała, aby poczuć się w nim dobrze!
Możesz mieć coś, co sprawi, że będziesz się czuła piękna nawet w starej sukience i bez makijażu – bez względu na swój wiek, wygląd i okoliczności. To samoakceptacja. I można się jej nauczyć. Podaruj sobie Kurs akceptacji ciała, a jego rewolucyjne efekty będziesz odczuwać przez całe lata!

O kursie akceptacji ciała
Kurs to spotkanie kobiet, które w życzliwej i radosnej atmosferze odbywają podróż do serca samoakceptacji. W ciągu pięciu tygodni, rozmawiając w kręgu, praktykując i bawiąc się, zyskasz nowe zrozumienie siebie i kobiecego ciała. Gdy spojrzysz na siebie z szacunkiem i uznaniem, przestanie być dla Ciebie ważny kształt i wymiar, zaczniesz liczyć się prawdziwa Ty.

Na co dzień będziesz wcielać nowe nawyki w życie – ze wsparciem moim i innych Uczestniczek. Będziesz zmieniać się krok po kroku – ale skutecznie i stabilnie. Odkryjesz siłę siostrzeństwa, bo razem możemy więcej.

Tematy, które poruszamy w trakcie pięciu tygodni:
Realny wizerunek ciała a media.
Samoakceptacja jako sztuka codzienna.
Ciało – jak uwolnić się od wstydu?
Części intymne i nagość a stereotypy i nasze emocje,
Budowanie dobrej relacji ze sobą i innymi kobietami.

Co otrzymasz w ramach kursu?
15 godzin warsztatowych.
Skuteczne praktyki do samodzielnego wykonywania w domu.
Wsparcie mejlowe i telefoniczne podczas trwania kursu.
Wiedzę, praktykę i inspiracje do trwałych zmian.
Nowe, pozytywne podejście do samej siebie!

Zobacz i przekonaj się, co powstrzymuje Cię przed akceptacją swojego ciała:

 

Poznaj opinie uczestniczek wcześniejszych edycji:


Te warsztaty zmieniają życie. Pierwszy raz w życiu poczułam się zupełnie akceptowana, nieoceniana, ukochana przez siebie samą. To wyjątkowa przestrzeń, gdzie pod opieką profesjonalnej Voki możesz dotrzeć do sedna realnego piękna samej siebie. Przebyłam piękną podróż wgłąb siebie samej i przejrzałam się w sercach wyjątkowych i mądrych kobiet.
-Marta

To było magiczne spotkanie, wspaniała podróż i opowieść kobiet o kobietach i dla kobiet. Warsztaty prowadzone boską mocą za pośrednictwem Voki to mistyczne spotkanie z samą sobą. Życzę każdej kobiecie, aby miała okazję tego doświadczyć na własnym kobiecym ciele i duszy. Nie tylko polecam, ale i szczerze dziękuję.
-Iza 

Zaczęłam kurs jako dziewczynka, skończyłam jako dorosła kobieta.
Zmiany, które zadziewałam w sobie, miały ogromne odbicie w mojej codzienności i relacji z moim mężem. Byłam przygotowana na ostry i ciężki czas procesowania, a było to jedno z przyjemniejszych, lekkich zadziewań w moim dorosłym życiu!
Agnieszka

Kurs prowadzi: Voca Ilnicka
Przewodniczka po kobiecej seksualności, edukatorka, trenerka, twórczyni portalu Seksualnosc-Kobiet.pl; autorka „Sekretnika kobiecej waginy” i współautorka książki „7 skutecznych sposobów na bolesne miesiączki”. Jej wypowiedzi znaleźć można m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Sensie”, Polityce”, „Elle”, „Zwierciadle” , TVP2, TVP3, Tok FM, Radio RAM.
http://vocailnicka.pl/

Zadbaj o siebie  ♥
start: 15.01.2020, koniec 19.02.2020 (kolejne środy z wyjątkiem 22.01.)
Spotykamy się przez 5 tygodni w każdą pracującą środę w Rozwijalni przy ul. Chełmońskiego 30 we Wrocławiu (Biskupin).
Zajęcia, na których nie możesz być z powodów losowych, możesz odrobić podczas 30-min. konsultacji tel./online.

Cena: 500 zł
Zaliczka: 100 zł
Nr konta:  97 1140 1010 0000 5433 5900 4848
Temat: Kurs Akceptacji Ciała Wrocław
Fundacja Rozwoju Przedsiębiorczości „Twój StartUP”
ul. Żurawia 6/12 lok 766, 00-503 Warszawa

Zapisy: v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl
tel. +48 792 667 769
Daj znać, że wpłaciłaś/wpłacisz zaliczkę i proszę, wyślij potwierdzenie przelewu.

Nie jesteś pewna, czy to dla Ciebie? Zobacz listę pytań i odpowiedzi:

  • Ile osób bierze udział w kursie? 
    Maksymalna liczba osób to 12-15
  • Jakich efektów mogę się podziewać?
    Ten kurs zdejmuje z Ciebie presję bycia idealną.
    Nauczysz się życzliwości dla samej siebie i uciszysz wewnętrznego krytyka.
    Poczujesz się lepiej we własnej skórze, docenisz swoje ciało, przez co odzyskasz dużą część energii, którą dotąd spalałaś na zamartwianie się i krytykowanie siebie.
    Możliwe, że poczujesz się o wiele swobodniej także w relacjach damsko-męskich, partnerskich i seksie.
    Stworzysz pełne życzliwości relacje z innymi kobietami, które dotąd być może widziałaś jako rywalki, a teraz zobaczysz, że kobiety mogą być wsparciem.
  • Co jeśli nie spodoba mi się kurs lub uczestniczki?
    Plan kursu i osobę prowadzącej możesz sprawdzić przed zajęciami, także możesz umówić się na rozmowę przez telefon lub internet, aby przekonać się, czy to jest to. Na pierwszych zajęciach spisywany jest kontrakt na cały kurs, który eliminuje takie zachowania jak: ocenianie, krytykowanie czy dawanie rad. Jeśli Ci się nie spodoba, możesz zrezygnować z kursu, ale nie dostaniesz zwrotu pieniędzy.
  • Kto może wziąć udział w kursie?
    Każda pełnoletnia kobieta, która chce zatroszczyć się o siebie.
  • Jaką metodą pracujesz?
    Metodą autorską, którą wypracowywałam przez lata, wplatając w to elementy pracy kręgowej, aktywnego słuchania, praktyk mających źródło w tantrze współczesnej czy szeroko pojętej pracy z ciałem.
  • Czy są jakieś ograniczenia, co do wieku, kondycji fizycznej etc?
    Zajęcia odbywają się na pierwszym piętrze w budynku bez windy a w ich czasie siedzimy na podłodze na materacach i poduszkach.
  • Czy trzeba się rozebrać podczas kursu?
    Na kursie niczego nie trzeba, naszą zasadą jest całkowita dobrowolność, więc nie trzeba się rozbierać. Czasami pojawia się element nagości, ale każda z uczestniczek zdejmuje siebie tylko tyle, ile czuje, że chce i może. Zero presji.
  •  Co mogę zrobić, żeby najbardziej efektywnie skorzystać z kursu?
    Być na wszystkich zajęciach, brać udział w ćwiczeniach i robić wybrane praktyki w domu.
  •  A jeśli nie mogę być na jakichś zajęciach?
    Jeśli opuścisz zajęcia (maksymalnie raz) z przyczyn niezależnych, możesz je „odrobić” w ramach 30-min. konsultacji (telefonicznej lub online).

Nie znalazłaś odpowiedzi na Twoje pytanie? Napisz do mnie i umówimy się na rozmowę na skajpie/zoomie, na której opowiesz mi, czego potrzebujesz a ja opowiem, co Ci mogę zaoferować ♥ v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl. Do usłyszenia i zobaczenia!

PS. Chcesz wziąć udział w kursie, ale jesteś w trudnej sytuacji materialnej? Odezwij się, znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Świętość bez kościoła.
Mindfulness bez jogi.
Alternatywa dla porno.

W mojej prawie-wydanej-książce jest fragment o edukacji seksualnej, o tym, jak się dowiadywaliśmy o seksie od rodziców, z mediów czy z podwórka. Jest tam także wypowiedź kobiety, która jako dziewczynka wygrała książkę o wychowaniu seksualnym dla nastolatków w ramach jakiegoś konkursu i nie mogła przez dłuższy czas jej czytać, bo jej mama tę książkę zabrała. Jest też wypowiedź innej kobiety, która z kolei jako nastolatka podebrała mamie książkę o seksie, taką bardzo edukacyjną i niewinną. Wniosek z tego prosty: seks przyciąga dzieci i nastolatków. A te dzieciaki, które szukają czegoś o seksie, pewnie najszybciej znajdują w internecie pornografię. Dlatego piszę o tym, że możesz dać swojemu dziecku lub sobie (a może wewnętrznemu dziecku?) prezent, który może się stać alternatywą dla porno. Dla wielu osób porno może by wystarczające. Ale wiem, że część z nas nie zazna satysfakcji, nawet jeśli obejrzy sto takich filmików. Bo porno – moim zdaniem – ślizga się po powierzchni seksu i seksualności. W każdym razie ja nie widziałam filmu porno, czy nie czytałam pornograficznego tekstu, który zahaczałby o głębię. Porno to „sztuka użytkowa” i głębi nie potrzebuje. Potrzebujesz podniety albo rozładowania – sięgasz po porno. I jeśli Twój obraz seksu kształtowany jest tylko przez to, co możesz po dwóch kliknięciach znaleźć w internecie – może Ci się wydawać, że w seksie już nic więcej nie ma. A jeśli ciekawi Cię, co więcej możesz w nim znaleźć, nawet jeśli w tej chwili nie masz seksu ani partnera, to możesz się tego dowiedzieć z innych źródeł niż Red Tube.

Myślę tutaj o książkach takich jak „Święta seksualność”, ale spokojnie, ta świętość nie ma nic wspólnego z kościołem. „Święta seksualność” to książka, która jest czymś więcej niż pozycją edukacyjną, bo poprzez szatę graficzną i przekaz pokazuje piękno ludzkiego ciała i duchowość seksu. Dla kogoś to się może wydać lekko nawiedzone, ale jeśli chcesz poczuć w sobie seksualną moc – to zapewniam, że jest to lepsze źródło inspiracji niż serwisy XXX.

Nagrałam krótki filmik o „Świętej seksualności”. I tak sobie myślę, że nie tylko dla dzieciaków ta książka to dobra alternatywa. Bo np. jeśli Ty lubisz porno, ale ono Cię nie nasyca i potem jesteś albo znudzona/-y albo chcesz więcej, to może w „Świętej seksualności” lub „Tantrze szeptem” właśnie znajdziesz coś takiego, co Cię nasyci…

Zobacz wideo i podziel się swoimi refleksjami!

♀️ 🙂 ➡️ Ciągle zastanawiasz się, jak „o tym” porozmawiać?
🙂 ➡️ Chcesz uwolnić się od wstydu, skrępowania i ograniczających przekonań?
😀 Hej! ➡️ Zróbmy to razem! Zobacz i przećwicz ze mną dobre sposoby rozmów o seksualności! Nabierz pewności siebie i spełnij swoje fantazje na gwiazdkę! 🙂 🔜 🎄🐾

🐾Czy można „o tym” rozmawiać? Można! Ja się sama uczyłam jak i trochę to trwało… Oj, kiedyś nie byłam taka śmiała, jak dziś. Czerwieniłam się, wstydziłam i traciłam wątek. Ty nie musisz tracić na to lat ani miesięcy. Przekażę Ci wszystko, co wiem, w jeden dzień. Abyś mogła poczuć się lekko. Aby uwolnić energię. Aby móc porozmawiać dobrze i bez stresu z każdym: partnerem, partnerką, dziećmi, znajomymi. 🐾

🌷Nawet jeśli nic nie mówimy o seksie, to milczeniem przekazujemy swoje postawy dalej: dzieciom, partnerom. Czy jeśli nic nie mówię, tzn, że jest to dla mnie temat wstydliwy? Nie godny rozmowy? Nie dla kobiet? Jaki przekaz dała Ci Twoja mama i co dzięki niej wiesz o kobiecości i seksualności? 🐾

🍑 Dopóki nie rozmawiamy, nie ubieramy w słowa – same nie wiemy, co myślimy. Tematy przegadane przestają „straszyć”. Wiele z nas odkrywa, że tak trudne zadanie, jak rozmowa o seksie i seksualności, jest w zasadzie łatwe i że one to potrafią, tylko dotąd o tym nie wiedziały. Chcesz dołączyć do tego grona? Zapisz się teraz na ✒️ v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl lub 792667769. 🐾

🌷🌷🌷Jeśli: 🐾
– chcesz otwarcie porozmawiać o seksie i seksualności, ale nie masz z kim…
– nie czujesz się całkiem pewnie ze swoją seksualnością…
– przebywasz w towarzystwie, które mogłoby opacznie zinterpretować wszelkie próby porozmawiania o „tych sprawach”…
– chcesz pożegnać zaszczepione Ci szkodliwe schematy dotyczące seksualności…
– albo po prostu masz ochotę na dzień w intrygującym kobiecym towarzystwie to TEN WARSZTAT JEST DLA CIEBIE! 🌷🌷🌷

Najważniejsza dla mnie jesteś Ty i tematy, jakie chcesz podjąć na zajęciach. Możesz mi o nich napisać w mejlu ze zgłoszeniem na warsztat na v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl. Czekam na Ciebie. <3 Śmiało! ✒️

Kto to prowadzi?
♀️Voca Ilnicka (babka ze zdjęcia z pomarańczową twarzą 😛) – przewodniczka po kobiecej seksualności, edukatorka, trenerka, redaktorka serwisu Seksualnosc-Kobiet.pl, autorka „Sekretnika kobiecej waginy” i „Uniesienia spódnicy”, które niedługo ukaże się w druku. 🙂
Warsztaty o seksualności tylko dla kobiet robię od 2011 roku i kocham to. Nie jestem: psycholożką, seksuolożką ani nawet sex coachem. 🙂

☎️Jeśli nie jesteś pewna, czy to dla Ciebie… zadzwoń 792667769 – porozmawiamy. 🙂 A jak podasz mi swój ☑️@, to wyślę Ci ebook 📔📗„Sekretnik”. 🙂 📖

💡Zapisy do końca listopada na:✒️v.ilnicka@seksualnosc-kobiet.pl
💰 Cena: 150 zł (warsztat)
lub 200 zł (warsztat + 50 min. sesji online do wykorzystania do końca grudnia) ◀️

🐅 Nie wierz tym, którzy utrzymują, że „o tym” nie da się rozmawiać, że język polski jest zbyt wulgarny lub zbyt medyczny, żeby taka rozmowa brzmiała dobrze. Nie wierz! Za to zacznij mówić. Sama do siebie. Do lustra. Do przyjaciółki. Do męża. Zmiana świata na seks-pozytywny zaczyna się w Tobie. <3 🐅🐾<3

To nagranie zapowiadałam już ostatnio. 30 minut rozmowy o cudownych cipkach. <3 I o tym, dlaczego możemy myśleć, że są złe i brzydkie. <3 Posłuchaj i sprawdź, jaką jestem mistrzynią kolokwializmów. Ja naprawdę tak mówię? 🙂 Szok! 😛 Aby posłuchać, kliknij link. Po kliknięciu przejdziesz na stronę z podcastami Brzydkie Słowa / Dirty Words Leny Bielskiej, która wymyśliła, nagrała i zmontowała podcast. Na stronie znajdziesz więcej podcastów na tematy kobiece, feministyczne queerowe i inne – rozejrzyj się na Dirty Words. 🙂

 

Masz ochotę na więcej? Przejrzyj portal po tagu „wagina”. 🙂

Zostaw komentarz  2

 

Wczoraj spotkałam się z Leną Bielską, która nagrywa podcasty Dirty Words – Brzydkie Słowa i siedząc nad Odrą w scenerii polskiej złotej jesieni nagrywałyśmy odcinek o pozytywnym stosunku do własnej waginy, joni, cipki… (Lena obiecuje, że podcast będzie do odsłuchania w następnym tygodniu). Poruszyłyśmy m.in. temat tego, kto wydaje pozwolenie na interesowanie się własną seksualnością, na interesowanie się tym, co masz między nogami, na zainteresowanie własną cipką, tym, jaka ona jest, co Ci może dać, co Ci może powiedzieć.

Bardzo się to zgrało z filmikiem, który ostatnio wrzuciłam na YT. Na pytanie: kto daje Ci pozwolenie na bycie seksualną, mam taką odpowiedź: jasne, że „oni”. Jacyś „oni”. Ale tak naprawdę w głębi serca, w głębi duszy – Ty sama ją sobie dajesz! Po pierwsze i najważniejsze: to od Ciebie zależy! To Ty sama możesz sobie to pozwolenie dać! Wiem, że możesz czekać, aż ktoś przyjdzie i powie: możesz być seksualna. Więc jeśli to czytasz, to ja Ci mówię: możesz być seksualna, możesz się swoją seksualnością interesować, ile tylko chcesz! Możesz zaglądać między własne nogi, dotykać swojej joni, lubić ją, kochać, wielbić i szanować. Ale to najważniejsze przyzwolenie i pozwolenie sobie wychodzi od Ciebie. To Twoje życie. Twoje ciało. Twoja moc.

Więcej mówię o tym na filmiku poniżej.

Czy mówisz sobie, że:

mogę mieć seksualne pragnienia,

mogę mieć fantazje erotyczne,

mogę czuć pożądanie,

mogę czytać książki o seksie, mogę oglądać filmy o seksie, mogę lubić erotykę i porno,

mogę powiedzieć mojemu partnerowi lub partnerce: chcę się z Tobą kochać teraz! 

Mogę się interesować własną cipką. 

To ja decyduję i ja mogę mogę:

1. Dać sobie przyzwolenie na bycie seksualną.

2. Dowiedzieć się dobrych, zabawnych, wpierających rzeczy nt. kobiecej seksualności, kobiecej anatomii, łechtaczek i wagin. 🙂

3. Znaleźć kobiety, które myślą, czują i zachowują się podobnie.

Zapraszam Cię też na warsztaty „Let’s talk about sex” do Wrocławia 15 grudnia 2018. Tutaj z pewnością poznasz kobiety, które myślą i czują podobnie. A może spotkasz przyjaciółkę?

1 Komentarz  Like

Czy potrzebujesz odwagi, aby rozmawiać o seksie?
Czy potrzebujesz odwagi, aby rozmawiać o seksualności wprost i bez owijania w bawełnę?
Czy to nie absurd, że aby rozmawiać o dawaniu miłości i rozkoszy, jako społeczeństwo potrzebujemy być odważni? Więcej

2 komentarze  Like

KIEDY ROZMIAR MA ZNACZENIE
czyli: prezerwatywa to nie wagina, nie pomieści każdego

Tego, że nie każda prezerwatywa pasuje na każdy penis, można nie wiedzieć, bo w większości polskich sklepów wśród gumek króluje rozmiar uśredniony, czyli prezerwatywy o średnicy (czy też szerokości) 52-53 milimetrów. Jakoś nie przypominam sobie, aby na lekcjach wychowania seksualnego w ogólniaku uczyli nas, żeby kupować prezerwatywy o odpowiednim rozmiarze (być może w latach 90. w Polsce żadnego wyboru w rozmiarach nie było), więc nawet o tym nie wiedziałam. Okazało się, że musimy pokombinować, kiedy poznałam pierwszego chłopaka i trzeba było szukać czegoś o większej średnicy. Jedyną opcją były wtedy prezerwatywy durex większe o 4 milimetry. Pomyślisz sobie: cztery milimetry? A co to za różnica? Poza tym lateks jest rozciągliwy, skoro prezerwatywę można nadmuchać, jak balon, to jak ona może być za ciasna? A jednak…

Podobnie jak waginy różnią się wyglądem i rozmiarami, co skutkuje tym, że „normalny” rozmiar kulek gejszy nie pasuje każdej kobiecie, bo nie dla każdej joni średnica kulki 36 mm jest OK – dla jednych jest za duża i trudno ją włożyć, dla innych za mała i wypada – podobnie różne są penisy, które różnią się nie tylko długością, ale i grubością. Wiem, że kobiety przez źle dobrane kulki przeżywały frustrację, żal i ból, więc bardzo się zaangażowałam swego czasu w kulkową rozmiarówkę.

A teraz o penisach i kondomach. Jedyny kondom, który pasuje na większość penisów, bez względu na ich długość i średnicę, to damski kondom, który zakłada się na wargi sromowe i w głąb waginy. Tutaj, czy penis ma średnicę 46 mm, czy 69 mm – znaczenia nie ma. Ta prezerwatywa pomieści (zakładam) każdego. Gorzej z tymi zakładanymi na penisy. No bo, spróbuj upchnąć organ o średnicy 68 mm w prezerwatywie o średnicy 50 mm. Może da się to zrobić, ale co to za frajda, kiedy może to być naprawdę nieprzyjemne i bolesne a erekcja mija po chwili, bo krew nie krąży a guma może trzasnąć. I to jest naprawdę ważna informacja. Dobrze dobrana prezerwatywa to komfort i bezpieczeństwo. Im bardziej na siłę naciągnięta, tym większe prawdopodobieństwo, że nie dotrzyma końca stosunku w nienaruszonym stanie. Naprawdę przykre może być także to, że rokująca erekcja w chwil kilka zmienia się klapniętą. Podejrzewam, że niektóre pary wylały z tego powodu hektolitry łez, ale płakać nie trzeba, wystarczy założyć odpowiednią prezerwatywę.

Podobnie w drugą stronę – średni penis i duża średnica prezerwatywy i już sam nie wiesz, kiedy gubisz gumę. No po prostu wzięła i się ześlizgnęła. Zdarza się, szczególnie w szale namiętności, ale znów nici z zabezpieczenia. Nie po to przecież nakładasz gumę, żeby za chwilę ją zgubić.


Na naszych półkach – z tego, co widziałam przez ostatni weekend – dominują rozmiary uśrednione, tj. średnice 52 i 56 mm, a nie na każdego penisa taka gumka będzie pasować. Jeśli więc istotne są dla Was komfort i odpowiednie zabezpieczenie, poczytajcie napisy na opakowaniach. One tam naprawdę są, a jak nie ma – to nie ma co takich gumek kupować, chyba, że interesuje Cię typowy rozmiar uśredniony.

Z tego, co widziałam na naszym rynku, duże gumki robi Pasante – tutaj do 69 mm średnicy a duże i małe MySize – skala zaczyna się od 47 mm i kończy na 69 mm. MySize wypuścił taką oto miarkę – na zdjęciu na górze – którą możecie sobie radośnie mierzyć własne obwody, aby mieć dobre wzwody. <3 Chociaż temat studiowałam dość szybko, wydaje mi się, że na tę chwilę MySize jest najbardziej ogarnięty rozmiarowo w każdą stronę, a tę linijeczkę ma najlepszą. 🙂 Oczywiście nawet w rosmanach znajdziesz gumy o średnicy 56 mm, sęk w tym, że za tymi naprawdę większymi i naprawdę mniejszym trzeba się nachodzić. Zostaje więc albo kupowanie przez internet, albo chodzenie po specjalistycznych sklepach, do których nie zaliczam ani lokalnego dino, ani stacji benzynowej, na której każdą paczkę kondomów obejrzałam dwa razy (różne kolory, marki i smaki, ale rozmiary tylko uśredniony), ani żadnego sklepu w odległości poniżej 10 kilometrów od mojego aktualnego domu, a mieszkam w dużym mieście, no może na obrzeżach, ale żeby zakupić odpowiedni rozmiar, potrzebuję przejechać pół Wrocławia i pójść do Pinkshopu. Nie o taką Polskę walczyliśmy. 😛

Po obejrzeniu stu reklam na temat środków do higieny intymnej, może Ci się wydać, że wąchanie kobiecych majtek to jeden z najgorszych pomysłów na świecie. Spokojnie. Wagina to najczystsza część ludzkiego ciała. Wewnątrz czyści się sama. Na zewnątrz bardzo często pachnie podniecająco i zmysłowo, dlatego wiele osób uwielbia ją wąchać i smakować. Ja im się nie dziwię. Wydzielina z wewnątrz czasem zasycha na majtkach, podobnie jak wilgoć, która jest świadectwem Twojego podniecenia i czasem z różnymi kobietami na warsztatach żartujemy sobie, że po majtkach przeszedł ślimak. „Ślimak” to absolutnie naturalna konsekwencja tego, że Twoje ciało żyje i funkcjonuje, a szczególnie tego, że się podniecasz!

Wychodzę z szafy. Cnotka we mnie nagrała wideo dla innych cnotek!

To ja, Voca Ilnicka, cnotka niewydymka z chóru. Dla wszystkich bratnich dusz, czyli wszystkich cnotek, nagrałam wideo, na którym robię mnóstwo min, wybaczcie, bardzo się rozemocjonowałam i świetnie się bawiłam to nagrywając. Nie wiem czemu moja podświadomość uważa, że takie miny są fajne, ale je produkuje ciągle i ciągle. Obiecuję kupić lepszy telefon i zacząć te miny kontrolować. 🙂 Tymczasem wrzucam w internet moją pochwałę cnoty. Następna w kolejności będzie pochwała rozpusty, ale to raczej jutro. Aha, a jak ktoś ma 35 lat i jest cnotką – to też OK. A jeśli jest i chce umrzeć jako cnotka – to też może. Seks nie jest obowiązkiem. W żadnym wieku.

Więcej o cnocie i rozpuście na portalu, np. tu.

Bez względu na Twój stosunek do (mojej) cnoty, zapraszam Cię na Kurs akceptacji ciała.

Ściągam bluzkę. Rozpinam spodnie. Zrzucam je na podłogę. Przez chwilę jestem w majtkach, ale je też w końcu ściągam. Moje piersi hasają sobie swobodnie. Podobnie cała reszta ciała. Już nie muszę dusić swojej ekspresji. Już nie muszę się zasłaniać. Już nie muszę się zakrywać z obawy, że swoją nagością kogoś obrażę.

Urażę.

Zszokuję.

Zasmucę.

Nie.

Mogę być sobą. Bez przepraszania za to, że jestem i kim jestem. Oraz jak wyglądam. Mogę być taka, jaka jestem. Wszystkie one dookoła też mogą takie być. Takie, jakie je natura stworzyła. Tworzymy krąg. Nagi krąg kobiet. Tańczymy, śpiewamy, potrząsamy golizną. Siedzimy, rozmawiamy, śmiejemy się. Bez ukrywania rąk, nóg i brzuchów. Bez ukrywania piersi i pośladków. Bez ukrywania własnej kobiecości i seksualności. Zmysłowości. Wrażliwości. Emocjonalności. Bez chowania seksapilu. Bez skrywania mocy. Jest nago i radośnie. Nago i bezpiecznie. Nago i właściwie.

Kiedyś myślałam, że to niemożliwe. W domu słyszałam, że ciało to wstyd.

Od znajomych słyszałam, że nagość to brak przyzwoitości.

I że to zaproszenie do seksu.

Kiedyś tak bardzo wstydziłam się swojego ciała. Chciałam, żeby wyglądało inaczej. Musiałam bardzo, naprawdę bardzo ufać tej osobie, przy której rozbieram się do naga. To musiała być najlepsza przyjaciółka. Ukochany chłopak. Bliska rodzina. Wstyd „pilnował” mojej „przyzwoitości”. Właśnie tak, nie rozbierałam się ze wstydu i z lęku przed oceną. Nie mogłam wtedy być w pełni. Kąpanie się nago w jeziorze? Nigdy! Przecież miałam „okropne” nogi. Nawet w jednoczęściowym stroju czułam się obnażona. Czułam się źle sama ze sobą – ja z moim ciałem.

A teraz – proszę. Zwołałam nagi krąg. Ja go trzymam i prowadzę. A wokół kobiety. Bardziej i mniej znane. Ich piersi, ich brzuchy, ich radość, ich historie. Coś nas łączy. Ulga, że tak można? Radość, że mogę być nago przy innej kobiecie, w całej grupie osób i jestem tutaj widziana i akceptowana, że mogę to samo dać innym. To przyjemność i dar. To nieskrępowana ekspresja siebie. A także swojej kobiecości, zmysłowości seksualności. Siedzę tu nago i nikt się na mnie nie rzuca, jak dzikie zwierzę, bo jestem nago, więc to czas na seks. Siedzę tu nago i nikt mnie nie strofuje. Siedzę tu nago i mogę taka być. Co za ulga.

Przypominają mi się wakacje w arabskim kraju. Ukrywanie własnego ciała pod długimi rękawami, długimi nogawkami – bo tak „trzeba”. Bo „policja religijna”. Kobiety okutane od stóp do głów, bo tego wymaga ta kultura. Niełatwo mi się chodziło tamtymi ulicami. Tak, one, okutane, mogły być z tego zadowolone. Schowają się pod chustką, pod luźną szatą i już. Są niewidzialne. A ja siedzę tutaj naga i też jestem „niewidzialna”, bo nie muszę wciągać brzucha ani się krygować, bo czuję się zrelaksowana i jest mi po prostu dobrze. Moje ciało, ja cała, jestem w pełni przyjęta. Bez wyjątków, że nogi weźmiemy, bo są długie i czekoladowe, ale piersi nie, bo są zbyt seksualne. „Świecisz cyckami” powiedział mi przyjaciel w klubie, gdy zobaczył moje sterczące sutki pod sukienką. Choć ubrana byłam pod samą szyję. A tutaj – moje sutki są sztywne lub nie – nikt mnie z tego nie rozlicza. Nie muszę się „pilnować”, oglądać, sprawdzać, czy wyglądam odpowiednio i „przyzwoicie”. Co za ulga.

Przypominają mi się słowa innego przyjaciela, że cipka to pornografia. Więc siedzę, mam cipkę, niczym szczególnie jej nie zasłaniam i nikt mi już nie wmawia, że to pornografia. Co za ulga. Swoją drogą ciekawe, czy kolega – gdy potrzebował pornografii – to włączał Red Tube, czy też szedł do sauny, gdzie przecież też gołe penisy i gołe cipki.

Ciekawe, jak bardzo to, co seksualne i naturalne, zostało zohydzone. Gołe ciało znaczy, że pornografia. Nagość, że to już wstęp do seksu, zaproszenie. To że nie noszę stanika, bo bez niego mi wygodniej, to znaczy, że prowokuję, że chcę uwieść cudzego męża? Nagi krąg odczarowuje te mity. Co za ulga.

Gdy w upalne dnie noszę kusą kieckę, oczywiście nie robię tego z wygody, tylko po to, aby chwalić się swoimi „wdziękami”. To nie może być tak, że ubieram czy rozbieram się dla siebie. Skąd! To od razu musi być, aby uwodzić, kusić, mamić, prowokować, zawracać w głowie… Gdy w upalny wieczór wkładałam krótką sukienkę, idąc do klubu – w którym miałam zamiar tańczyć do upadłego, więc dlatego wybrałam tę najkrótszą, aby się na parkiecie nie ugotować – usłyszałam od znajomego: „faceci będą się na ciebie gapić”. Czy to, że ktoś na mnie spojrzy, ma wyznaczać granice mojej swobody? Tak, wiem, że niektórzy najchętniej widzieliby mnie w upał w habicie, ale mi się już dłużej nie chce zadowalać innych. Teraz zadowalam siebie. Czy się komuś podobam, czy nie, w upalne dnie noszę kuse sukienki. Spod których wystają moje uda, które mogą Ci się podobać lub nie, ale nie mam zamiaru ich zakrywać, tylko dlatego, że są grube / chude / ładne / brzydkie / „wyzywające” czy „prowokujące”. Moje ciało nie służy do tego, aby sprawiać Ci estetyczną przyjemność. Ani erotyczną. Moje ciało to mój wehikuł na życie. Bez niego nie wyjdę z domu. Więc czy Ci się to podoba, czy nie, w zimne dnie zakładam długie spodnie, sweter i płaszcz a w upalne – kuse.

Na nagim kręgu nie muszę się zakrywać. Nic filuternie nie wystaje spod spódniczki, nic nie prześwituje przez materiał bluzki, bo nie mam na sobie ani spódniczki, ani bluzki. Moje ciało może być widziane, a ja mogę taka być.

Chodzę nago spać. Chodzę nago pod prysznic. Chodzę nago do wanny. Chodzę nago w saunie. Kąpię się nago w jeziorze i hasam nago po plażach nudystów. Gdy upał, chodzę nago po domu, wyciągając z pralki pranie. Gdy upał, nago pracuję przy komputerze i nago czytam książkę.

Nagość to po prostu pierwszy strój, jaki został nam dany, który jest dość praktyczny, gdy ciepło i gdy lato. Nagość to dla mnie możliwość nieskrępowanej ekspresji siebie. Część osób, szczególnie tych z nagich kręgów czy naked movement i innych tantr i mantr, bardzo dobrze to rozumie. Dla części jest to szokujące i nie-do-pomyślenia.

Wiesz, naprawdę nie musisz o tym myśleć, po prostu wpadnij na jakiś nagi krąg.

Tak, gdybym mogła, rozebrałabym całe województwo!

Bo nagość to wolność.

4 komentarze  1


ilustracja Jocelyn Runice

Do nowego projektu potrzebuję zdjęć kobiecych włosów łonowych!
Będę robiła kolaż składający się ze zdjęć przeróżnych ‚fryzur’ włosów łonowych! W związku z tym potrzebuję zdjęć Waszych łon – żadnych twarzy, żadnych innych części ciała – tylko łona! Mogę zdjęcia zrobić ja albo możesz je zrobić sama i przesłać do projektu!

Poniżej fragment wywiadu z Iwoną Demko, który przeprowadziła Grażyna Smalej na Nowej Orgii Myśli

Grażyna Smalej: Jaka jest historia gestu Ana-suromai?
Iwona Demko: Wiązał się on z kultem waginy. Dodam, że dawno, dawno temu, kiedy ludzie nie wiedzieli, skąd się biorą dzieci. Nie wiedzieli, że aby mógł urodzić się człowiek, potrzebna jest i kobieta, i mężczyzna. Mieli pewność, że kobieta, bo to spomiędzy jej nóg wychodziło dziecko. Tego ewidentnego faktu nie dało się przeoczyć. Wiadomo było, że to właśnie jest kreacja nowego życia, ale nikt nie kojarzył prokreacji z narodzinami dziecka, dziewięć miesięcy odległości trudno było skojarzyć. Teraz nam się to wydaje niewyobrażalne, ale na przykład Malinowski pisał o odkryciu w 1915 roku plemienia, które też nie łączyło tego faktu i wierzyło, że zapłodnienia dokonują duchy z sąsiedniej wyspy.

Zanim połączono fakt prokreacji z narodzinami, wierzono, że jedyną osobą odpowiedzialną za kreację jest kobieta, właściwie posiadająca status bogini. Ponieważ uosabiano kobietę rodzącą z matką naturą, z ziemią, która rodziła – stanowiły one najważniejszy element świata. Wiązało się to z mocną pozycją kobiety, z wysokim statusem społecznym, religijnym, politycznym. Wagina była traktowana jako brama prowadząca na świat i traktowano ją z szacunkiem oraz modlono się do niej.

I co się stało, że jest tak, jak jest?

Tu wspomnę o dziewictwie rozumianym w sensie wyłącznie fizycznym, które jest już totalnie patriarchalnym wymysłem. Dziewica wcześniej oznaczała po prostu osobę niezależną – bardziej w sensie psychicznym niż fizycznym, niezależną duchowo. Dziewicą mogła być powiedzmy kobieta z dwójką dzieci.

Kult waginy to okres matriarchatu. To taki czas, w którym chciałoby się powiedzieć „rządziły” kobiety, ale „rządziły” to nie jest odpowiednie słowo. Najczęściej wydaje nam się, że matriarchat jest odwrotnością patriarchatu, tymczasem to działa na zupełnie innej zasadzie. Patriarchat polega na ściśle wyznaczonej hierarchii, a matriarchat, jeśli by to graficznie przedstawiać, byłby to okrąg, w którego centrum stoi kobieta, która nie wydaje arbitralnych decyzji, tylko w momencie, kiedy nie wiesz, co robić, zwracasz się po poradę właśnie do niej i ona ci wtedy pomaga swoim doświadczeniem. Zatem jest to kompletnie coś innego. To nie jest rozkazywanie palcem z wysokości tronu.

Wszystko przepadło, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że biorą udział w prokreacji i są także stwórcami nowego dziecka. Wszystko zostało przewartościowane na drugą stronę. Żeby odebrać władzę kobiecie, trzeba było odebrać jej atrybuty władzy. Tym atrybutem między innymi była poligamia. Skoro nie wiadomo było, że mężczyzna jest ojcem, to można było współżyć z wieloma mężczyznami i nie miało to większego znaczenia. Zaczęto wprowadzać monogamię po to, by ustalić ojcostwo. Za monogamią poszło nadanie nowego znaczenia dziewictwu. Dziewica w sensie fizycznym stała się osobą posiadającą błonę dziewiczą, co stało się gwarancją ustalenia między innymi ojcostwa. Norman Davis w „Historii Polski” przywołuje opowieść o Słowianinie, który jak spotykał dziewicę, to odsyłał ją, bo dziewictwo oznaczało dla niego tyle, że nikt jej wcześniej nie chciał, co z kolei świadczyło o tym, że była z jakiegoś powodu podejrzana. To dowodzi, jak inaczej postrzegano dziewictwo.

Rzeczywiście, taka perspektywa postrzegania cnoty jest dziś niewyobrażalna.

Następnie zaczęto mówić, że wagina wcale nie jest taka fajna, że krew menstruacyjna jest brzydka, fuj, śmierdząca. Zapisano to w świętej księdze czyli w Biblii, w rozdziale o nieczystościach. Możesz przeczytać, co tam jest napisane o krwi menstruacyjnej – to jest jedna wielka tragedia. Co prawda biblia miała też funkcję instruktarzu sanitarnego, ale we współczesnym ortodoksyjnym judaizmie na przykład, nadal się tego trzymają. Przecież w czasach, kiedy mamy łazienki i łatwy dostęp do bieżącej wody, nie musimy już tego stosować, a jednak to przeszło dalej, nadal to funkcjonuje, że jeżeli ktoś współżyje z kobietą miesiączkującą, sam staje się nieczysty, a kobieta po miesiączce, aby powrócić na łono czystości, musi koniecznie odbyć rytualną kąpiel w mykwie.
Wszystko to zmieniało się na przestrzeni tysięcy lat, mniej więcej pięciu tysięcy. Stopniowo ograniczano prawa kobietom. Po kolei. Nie możesz z nikim spać do ślubu, po ślubie tylko z mężem, zaczęto nakładać kary na kobiety, które jako panny miały dziecko, następowało społeczne wykluczanie. To wszystko razem wzięte pozbawiło znaczenia waginę. Wagina będzie już tylko przedstawiana z męskiego punktu widzenia, jako narzędzie do seksu, już mniej do prokreacji dziecka, bardziej do samego seksu, została sprowadzona do erotycznego znaczenia. I nagle kobieta musi ją chować, bo jeśli ją odsłania, to tak jakby zachęcała „korzystajcie z tego!”. Teraz my już nie mamy żadnego innego spojrzenia na własne narządy, jak tylko przez męską perspektywę. Tylko pod tym erotycznym kątem.

 

Wspomniałaś o poligamii jako elemencie władzy kobiet. Ale przecież z punktu widzenia kobiet poligamia średnio się opłaca, nie jest w naszym interesie. Mamy teraz poligamię w krajach arabskich na przykład i to nie jest szczyt marzeń.

Tak, bo dopóki to jest tak urządzone jak u nas, to nie jest rzeczywiście w naszym interesie. Raczej ma to służyć mężczyznom. Ale jeśli popatrzymy na chiński lud Mosuo, możemy inaczej pomyśleć o układach między kobietą i mężczyzną. Tamtejsi ludzie żyją w klanach, wśród krewnych. Mąż jest osobą obcą. Jeśli rodzisz dziecko, opiekujesz się nim ty i członkowie twojego klanu, ciotki, wujkowie, starszyzna, itd. Nie masz problemu samotnej matki, nie masz problemu bękarta, masz poczucie bezpieczeństwa. Zobacz, że nawet zmiana miejsca zamieszkania w naszej kulturze była jakimś rodzajem przemocy. Jako dziewica, młoda osoba, która nie wie, co ją czeka, panna młoda przenosiła się do domu męża, gdzie czuła się obca. To jest kolejne narzędzie opresji w patriarchacie. U Mosuo kobiety łączą się z mężczyznami jedynie z powodu miłości. Nie łączy ich małżeństwo, wspólny dom, dzieci, kredyt, jedynie uczucie. Każda dziewczynka w wieku trzynastu lat dostaje swój osobny pokój, który jest rodzajem jej intymnej przestrzeni. Co nie znaczy, że od razu zaczyna życie erotyczne. Zaprasza tam często koleżanki, a po jakimś czasie też chłopaków. Nie musi spać każdej nocy z innym chłopakiem, spotykają się, kiedy chcą i jak długo chcą. Dopóki się kochają, spędzają razem noce, a na dzień on wraca do swojego klanu i tam spędza czas. Kiedy kończy się uczucie, mężczyzna po prostu przestaje przychodzić. Te kobiety nie mogły zrozumieć, o co u nas chodzi z mężem i kochankiem? Po co aż dwóch? U nich, kiedy przestajesz kogoś kochać, to przestajesz się z nim spotykać. Czy to nie jest piękne?

Chłopców nie wychowuje się w kulcie bitwy i wojny. U nas chłopcy już wtedy, kiedy się rodzą, to prawie z dzidą w ręku. Przyjmuje się, że mężczyźni są naturalnie agresywni, a dziewczęta naturalnie są opiekuńczymi matkami i naturalnie mają dużo cierpliwości.

 

Źródło: http://nowaorgiamysli.pl/index.php/2017/12/17/rozowa-owca-wydzialu/

Poliandria, praktyka kopulacji z licznymi samcami, jest […] jedną z najbardziej rozpowszechnionych strategii rozrodczych samic. Aż dziw bierze, że dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku naukowcy zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że normę u samic stanowi właśnie poliandria, a nie monogamia (dokonywanie rozrodu z jednym partnerem).

Ja podlewam nią kwiaty. Przyjaciółka zostawią ją w miejscach mocy. Jeszcze inna wylewa wraz z wodą po prostu przed domem. W ten sposób księżycowa krew wraca do Ziemi. Wiem, że jest nas coraz więcej, coraz więcej kobiet uczestniczy w tym niekończącym się rytuale.

Nie uważam, że jeśli raz się zgodzisz bez przekonania, to będzie to miało straszne konsekwencje. Ale jeśli to jest utarty schemat i Twój partner lub Twoja partnerka nie wie, że robisz to na odwal i dla świętego spokoju – to sądzę, że ten schemat może zacząć mścić się albo na Twoim związku albo na Twoim życiu seksualnym.

Weronika

Nie, nie chodzi o ”M jak miłość”. Chodzi o tę rzekomo brzydką czynność, która z miłością może mieć mało wspólnego. Tak, M jak Masturbacja. Zwana inaczej autoerotyzmem, onanizmem czy samogwałtem (swoją drogą, czy to słowo nie insynuuje, że jest to gwałt, czyli coś wymuszonego?).

Gaja

Czy do dobrego seksu potrzebuję kogoś? Czy ktoś najpierw musi dotknąć mnie, bym ja wiedziała, jak dotykać siebie?
Czy odwrotnie – to ja badam i sprawdzam, i potem kieruję czyjąś dłoń, lub pozwalam sprawdzać jemu?

Urodziłam się jako istota seksualna. Ty też. Może słyszałaś/-eś, że seksualność to coś złego, brudnego, grzesznego, że trzeba ją ukrywać i że trzeba się jej wstydzić. Ja Ci mówię, że wraz ze swoją seksualnością jesteś idealna/-y. Nie musisz nic zmieniać! Ja przyjmuję i szanuję Twoją seksualność.

”Bolało mnie tak, że nie mogłam pracować, chodzić, siedzieć ani stać, a teraz wiem, że mam okres, kiedy pojawia się krew”. Czy i Ty masz ochotę na taką zmianę? Na całkowite rozpuszczenie Twojego bólu? Wydaje Ci się to niemożliwe?

Orgazmiczna joga. Czy jakieś zajęcia mogą się lepiej nazywać? Do końca nie wiem, co to jest, ale idę bez zastanowienia. Na miejscu okazuje się, że to był strzał w dziesiątkę, bo dawno już nie bawiłam się tak dobrze, jak na orgazmicznej jodze!

 2 Więcej

Zgodnie ze starą tradycją, Święto Przodków to czas, kiedy otwierają się bramy między światem żywych i zmarłych. Persefona, Bogini mocy przemijania, schodzi do podziemia, aby zanieść ziarenko mocy życia do ciemności, która jest końcem i początkiem wszelkiego życia. 

Założę się, że gdyby mężczyźni – zamiast ciążowego brzucha – mieli np. status na fejsie typu „Adam jest w ciąży z Basią” (i ciekawe co na to jego żona), to „nielubienie prezerwatyw” nie byłoby tak popularne, a metoda „zdążę wyjąć” przyprawiałaby o palpitacje serca i nieprzespane noce nie tylko „rozhisteryzowane” kobiety.

W czasach pokoju i dobrobytu zarówno przyjemność, jak i macierzyństwo były kwestiami osobistymi, intymnymi doświadczeniami, do których zachęcano i które chwalono. Poeci pisali o kobiecych orgazmach, o ”muszelkach” czy innych ”różanych pączkach”, a malarze i rzeźbiarze przedstawiali je w swoich dziełach.

Pozytywnie o porodzie, grupa wsparcia założona i prowadzona przez trzy doule z Warszawy, jest częścią międzynarodowej sieci grup wsparcia Positive Birth Movement, założonej przez Milli Hill w Wielkiej Brytanii (www.positivebirthmovement.org).

Jestem wzruszona. Poruszona. Szczęśliwa i radosna. Kocham moją pracę i kocham Seksualność Kobiet. A co mnie nakłania do takich wyznań i dlaczego czuję euforię? Ano dlatego, że w ostatnim czasie dostałam od Was tyle cudownych, pięknych, ujmujących, rozczulających, potężnych i jeszcze raz – pięknych! – artykułów, że serce rośnie, dusza śpiewa i chce mi się żyć! 🙂

Anus. To słowo oznacza po łacinie odbyt. Jednocześnie ta część ciała chyba każdemu człowiekowi kojarzy się z naturalną czynnością fizjologiczną, niekoniecznie należącą do tych estetycznych. Także i mnie się kojarzyła do pewnego momentu.

Choć wcale nie było łatwo, prowadzę teraz bogate i szczęśliwe życie seksualne. Jestem żywym przykładem na to, że zdecydowana większość naszych problemów ma swoje źródło w głowie. Z wewnętrznymi demonami walczy się trudno, ale da się wygrać…

Danka S.

Szczerze? Bardzo szczerze, mając niecałe szesnaście lat, najbardziej marzyłam o tym, żeby powiedzieć mojemu wuefiście, że chcę się z nim kochać, najlepiej na stercie materacy w nauczycielskiej kanciapce, w której pachniało kurzem i farbą olejną.

Bogini Aga

Nadszedł czas, by zrozumieć siebie jako kobietę. Zawsze u mnie było z tym coś nie tak. Przyczyn szukałam wszędzie. Praca z wewnętrznym dzieckiem i integracją własnych cieni doprowadziła mnie wreszcie do artykułu o traumach związanych z pierwszym krwawieniem.

Odnoszę wrażenie, że jednym z najbardziej deficytowych towarów naszych czasów jest bliskość. Że w niektórych środowiskach już nawet trochę zapomnieliśmy, co to w ogóle znaczy. A w innych jest zupełnie nieznana. Brak zaufania do innych i perfekcjonizm oddzielają nas ludzi. Większość szkół uczy rywalizacji i zakładania masek, a wiadomości telewizyjne sprawiają, że raczej boisz się drugiego człowieka.