Lesbijska śmierć łóżkowa…

Tak zwykło się tłumaczyć słynny termin lesbian bed death, określenie niepierwszej młodości i importowane z daleka: zostało ukute w 1983 roku przez socjolożkę i seksuolożkę z University of Washington, Pepper Schwartz.

Schwartz wraz z Philipem Blumsteinem prowadzili w latach 70. i początkach lat 80. pogłębione badania nad seksem Amerykanek i Amerykanów, których wyniki opublikowali w książce American Couples: Money – Work – Sex (Amerykańskie pary: pieniądze – praca – seks, 1983). Ta licząca sobie, bagatela, 29 lat praca uważana jest wciąż za fundamentalną i ceniona m.in. za dużą, dobrze dobraną próbę respondentek_ów. Porównano w niej pod względem wielu wymiarów życia, między innymi pod względem pożycia seksualnego, małżeństwa heteroseksualne, pary heteroseksualne (małżeńskie i prowadzące wspólne gospodarstwo bez ślubu) oraz żyjące ze sobą wiele lat pary gejowskie i lesbijskie.

Zdaniem badaczki i badacza pary lesbijskie uprawiają seks rzadziej niż jakiekolwiek inne pary, tym rzadziej w dodatku, im dłużej trwa ich związek.

Na niby, na aby aby, byle jak

Zadawane respondentkom i respondentom pytanie brzmiało: „Mniej więcej jak często w ciągu ostatniego roku ty i twoja partnerka/twój partner mieliście stosunek seksualny [uprawialiście seks]?” (w oryginale: About how often during the last year have you and your partner had sex relations?). Tylko około1/3 lesbijek z dwuletnim stażem w związku stwierdziła, że raz w tygodniu lub częściej, 47% lesbijek będących w długotrwałych relacjach „miało stosunek” raz w miesiącu lub rzadziej. Natomiast wśród heteroseksualnych par małżeńskich, pozostających w związku od 2 lat lub dłużej, 2/3 „uprawiało seks” raz w tygodniu lub częściej, a tylko 15% – raz w tygodniu lub rzadziej.

Również repertuar „technik seksualnych” lesbijek wydawał się bardziej ograniczony niż menu par heteroseksualnych i gejowskich, na przykład 61% lesbijek w stałych związkach seks oralny uprawiało rzadko lub nie uprawiało go wcale.

Z badań wynika, że lesbijki naruszały swoją monogamię z podobną częstotliwością, jak pary heteroseksualne (28% stwierdziło, że zdarzył im się co najmniej jeden kontakt seksualny poza stałym związkiem). Lesbijki zdradzały jednak o wiele rzadziej niż geje, natomiast, jak heteroseksualne kobiety, a inaczej niż heteroseksualni mężczyźni i geje, miewały raczej romanse niż przygodne kontakty seksualne. Blumstein i Schwartz ustaliły_li, że u osób heteroseksualnych seks poza związkiem był potajemny i nie musiał być związany z niezadowoleniem ze związku, z kolei niemonogamiczne lesbijki, częściej niż geje oraz heteroseksualne_i kobiety i mężczyźni, wyrażały niezadowolenie zarówno ze związku, jak i życia seksualnego w związku, lecz (przynajmniej, chciałoby się powiedzieć na tym etapie lektury!) rozmawiały o tym ze swoimi partnerkami.

Lesbijki, z którymi badaczka i badacz przeprowadziły_li wywiady, wolały od seksu genitalnego pozagenitalny kontakt fizyczny, na przykład przytulanie się, lecz 1/3 lesbijek, które w swoich związkach rzadko uprawiały seks genitalny, nie była zadowolona ze swojego życia seksualnego.

Nic dziwnego, że Blumstein i Schwartz musiały_li podsumować: lesbijki są mniej seksualne (less sexual) jako pary i jako jednostki, niż ktokolwiek inna_y. I wydaje się, że wyniki powyższych badań ukształtowały sposób myślenia o lesbijskiej seksualności na wiele lat.

Zahamowane romantyczki

W opiniach specjalistek z lat 80. i 90. XX wieku można wyśledzić coraz wyraźniejszy obraz lesbijskich związków jako współczesnych bostońskich małżeństw: silnych relacji, opartych na wspólnym życiu przez wiele lat, na fascynacji erotycznej i przywiązaniu, lecz o charakterze romantycznym, a nie seksualnym. Po 1983 roku w USA ukazało się wiele artykułów i książek na temat życia seksualnego – lub raczej problemów seksualnych – lesbijek, autorstwa takich praktyczek i klinicystek, jak Marny Hall, JoAnn Loulan i Margaret (Marge) Nichols. Loulan ustaliła na przykład, że 78% kobiecych par przeżywało okres wstrzemięźliwości seksualnej, który trwał nawet parę lat, a u 43% ponad 5 lat. Wspomniane badaczki skupiały się na zahamowaniach popędu seksualnego u lesbijek, opóźnieniu lub braku inicjacji seksualnej i niskim poczuciu własnej wartości.

Badaczki zastanawiały się, w jaki sposób na życie seksualne lesbijek wpływają socjalizacja w dominującej kulturze i związane z nią społeczne standardy „bycia kobietą”. Obok czynników, które działają na każdą i każdego z nas (przykłady z otoczenia, a zwłaszcza z rodziny, traumatyczne przeżycia z młodości, stan zdrowia fizycznego i psychicznego, zmienny poziom hormonów) w przypadku osób socjalizowanych jako kobiety z pewnością wpływ mają liczne negatywne komunikaty na temat seksualności. Należą do nich takie stwierdzenia, jak to, że seks jest czymś złym i brudnym (lub grzesznym), seks jest rzeczą zbyt intymną, by mówić o niej publicznie, kobiety nie powinny podejmować inicjatywy seksualnej, a ponadto są mniej zainteresowane seksem niż mężczyźni. Taki przekaz ma wyrabiać w kobietach „kulturową bierność”. Kultura jest również przedstawiana jako źródło cierpień, jeśli chodzi o wzorce, a raczej brak wzorców kobiecej seksualności. Rzeczywiście,w kulturze Zachodu, czyli chrześcijańskiej Europy, seksualność kobiet jest wyraźnie niedoreprezentowana w porównaniu z męską, wydaje się niejako odbiciem tej ostatniej, o ile w ogóle może się realizować, to poprzez relację z mężczyzną/wobec mężczyzny.

Oduczanie od seksu wpisuje się w proces kształtowania kobiety: opiekuńczej, nieagresywnej, nieasertywnej, widzącej siebie w relacji z innymi, a nie jako odrębną jednostkę, niesamodzielnej, odpowiedzialnej za dobry byt i dobre samopoczucie wszystkich bliskich osób. Gdy wreszcie dwie kobiety podejmują próbę stworzenia relacji ze sobą tylko, bez mężczyzny, to, jak zauważa Marge Nichols, amerykańska seksuolożka i psycholożka, która zaczęła publikować swoje prace pod koniec lat 80., „(…) wszelkie cechy – a także wypaczenia – kobiecości podlegają intensyfikacji”. Zatem kobieta + kobieta = DUŻO x więcej bierności, oziębłości, zahamowań…

W 18 miesięcy po zakończeniu swoich badań Blumstein i Schwartz stwierdziły_li najwyższy odsetek rozstań właśnie wśród par lesbijskich. Typowy scenariusz zakładał zdradę – nie one night stand jednak, lecz romans, a więc nową miłość i odejście odejście jednej z partnerek do nowej kochanki. Marge Nichols interpretuje ten powtarzający się schemat jako dowód tłumienia przez lesbijki potrzeb seksualnych: „Odchodzimy ze związku z powodu niezadowalającego życia seksualnego, ponieważ nowy związek daje nadzieję na lepszy seks”.

Pif-paf! z fuzji do seksu

W każdym długotrwałym związku, nie tylko lesbijskim, może dojść do spadku zainteresowania seksem. Współczesna kultura europejska stawia na indywidualizm, a jednocześnie istnieje w niej, z jednej strony, pogląd, że spełnienie i szczęście możliwe są jedynie w związku (z perspektywą przekształcenia go w „pełną rodzinę”), a z drugiej strony przekonanie, że udany związek to jedność dwóch osób, dwie połówki jabłka złączone na zawsze. Aby się skleić z drugą osobą na wieki, należy zrezygnować z części swojej osobowości – czasem proces ten występuje u obu partnerek_ów czasem u jednej.

„Terapeutka G. Delaney (1996) w następujący sposób opisuje typową śmierć pożądania: Kochankowie, szczególnie młodzi, lubią pojmować swojego partnera jako część samego siebie, dążą do stopienia się z nim w jedno. Lecz jeżeli ta druga osoba, ten ktoś, kto zwie się Ty, nie będzie miała zapewnionej odrębności i uznania jej odmienności, atrofia zniszczy erotyczny komponent związku”, pisze Alicja Długołęcka. Zdaniem psycholożek_ów, gdy bliskość emocjonalna i psychiczna, wyrażana w czułości i wzajemnej opiece, staje się zbyt silna, spada, a nawet całkowicie zanika wzajemna atrakcyjność seksualna partnerek_ów. Tak właśnie działa fuzja – stopienie się – nadmierne wzajemne uzależnienie. Podobno w przypadku par lesbijskich fuzja od pierwszej sceny miłosnej wisi na ścianie i zazwyczaj wypala. Pif-paf!

Pif-paf po raz pierwszy: nie pożądaj siostry swojej

Zdaniem Alicji Długołęckiej w stałych związkach kobiet fuzja pojawia się częściej niż w heteroseksualnych parach małżeńskich: ma to być wręcz charakterystyczny dla nich problem. A może nie do końca problem? Siostrzana więź, ze wszystkimi jej plusami, takimi jak wsparcie i zrozumienie, potrafi przecież zrekompensować utratę odrębności, indywidualności i szans samorealizacji. Więzi tej towarzyszą jednak nierzadko (lub zaczynają towarzyszyć z czasem) zamknięcie relacji, ograniczanie kontaktów społecznych do osoby partnerki i nastawienie „my dwie kontra cały świat”, nierzadko zupełnie uzasadnione. Siostry – współbojowniczki. Siostrzeństwo broni. Ale nie sposób nie zauważyć, że na polu walki na seks nie ma miejsca…

Pif-paf po raz drugi: matka swojej matki

Z badań przeprowadzonych w Polsce przez Alicję Długołęcką wynika, że lesbijki jako podstawę stałego związku wymieniają stabilność i bezpieczeństwo (40%), romantyczne uczucia (30%), więzi seksualne (20%), przezwyciężenie samotności (10%). Stabilność i bezpieczeństwo – zupełnie jakby poszukiwały… więzi z matką? Można to i tak interpretować. Psycholożki_odzy twierdzą, że aspekt relacji między matką a córką istnieje w każdym lesbijskim związku. Otrzymuje się w nim takie pożądane dary, jak „intymne ciepło, troska, poczucie bezpieczeństwa i zjednoczenia; wspaniałe poczucie tego, że kobieta się o ciebie troszczy, szanuje, tuli i kocha cię”. Lecz, niestety, „może [to] także przywołać niespełnione do tej pory pragnienia (bo któż nie dorastał z niespełnionymi pragnieniami?). Właśnie te niespełnione pragnienia są pułapką”, twierdzi, cytowana przez Atie Westendorp, Anne Swartz. A to dlatego, że „odczuwanie różnic pomiędzy dwiema stronami związku wywołuje uczucie strachu”, nie mówiąc o tym, że pożądanie między matką a córką to olbrzymie tabu kulturowe. Gdy związek przekształci się w relację córczano-matczyną, „kobiety uważają pożądanie, żądzę i pasję za zjawiska negatywne, takie, których należy się wstydzić. Nie inicjują seksu. Czekają, aż ta druga zacznie – to jest błędne koło”.

Pif-paf po raz trzeci, czyli pułapka egalitarności

Kobiety żyjące w stałych związkach z innymi kobietami chwalą w nich sobie niezwykłą bliskość, satysfakcję psychiczną i egalitaryzm. Podstawową kategorią przy podziale ról w relacji, zarówno seksualnych, jak i finansowych, jest w lesbijskim związku partnerstwo, zdaniem Natalie Angier będące podstawową cechą charakterystyczną takiego związku: wbrew wrodzonej czy wpojonej kobietom przez kulturę potrzebie, „aby jej partner pełnił również funkcję żywiciela dominującego, zaradnego zdobywcy (…), lesbijki całkowicie zrywają z wytycznymi adaptacjonistów. Nie żądają gwarancji opieki dla siebie i swoich bliskich, przeciwnie, uprawiają styl wręcz podejrzanie egalitarny. Nie uważają dochodów lub pozycji partnerki za szczególny afrodyzjak (…)”.

Już Schwartz i Blumstein stwierdzili, że tylko lesbijkom udawało się unikać sprzeczek o pieniądze, a ich związki „cechowała wewnętrzna równowaga sił, całkowicie niezależna od dochodów partnerek”. Czy w ten sposób – zacytujmy Anne Swartz – „zdrowa relacja agresji/władzy ulega zniekształceniu”?

Kto bada, (nie) błądzi

Blumstein i Schwartz w 1983 roku uznali, że „legitymizacja małżeństwa jest głównym czynnikiem wpływającym na długość i trwałość związku. (…) Sankcje społeczne wydają się najsilniejszym czynnikiem”, jeśli chodzi o utrwalenie relacji. Dlatego właśnie związki lesbijskie, ich zdaniem, cechuje najwyższy współczynnik rozstań. Obecnie jednak możemy się spotkać z opinią zupełnie odwrotną: zdaniem Alicji Długołęckiej „związki lesbijek są trwalsze i dłuższe od związków heteroseksualnych (…)”. W swojej książce Pokochałaś kobietę… seksuolożka powołuje się na przeprowadzone w rożnych krajach i w rożnym okresie badania, zgodnie z którymi od 45 do 80% lesbijek żyje w trwałych związkach (mimo braku możliwości ich zalegalizowania). 75% z nich szybko postanawia razem zamieszkać, ale, wbrew ustaleniom z American Couples, ich związki nie rozpadają się w krótkim czasie, lecz zazwyczaj trwają długo, co najmniej 3 lata. Skąd taka różnica? Czy w ciągu niespełna 30 lat zmieniło się aż tak wiele? A jak wyjaśnić różnice we wnioskach rożnych badaczek_y, które_rzy w tym samym czasie dochodzą do wniosku, że lesbijki są i megazmaskulinizowane, i hiperkobiece ? Może to ważna wskazówka, żeby nie słuchać bez zastrzeżeń wszystkich mądrych specjalistek_ów, zwłaszcza tych, które_rzy chcą nam pomoc?

Ofiary i nieudaczniczki

Pewna wypowiedź seksuolożki i terapeutki seksualnej Marge Nichols przyprawiła mnie o nie lada wstrząs. Zacytuję ją dokładnie, ale dla własnego zdrowia psychicznego proszę czytać jednym okiem – albo co drugie słowo. „lesbijki, tak jak kobiety heteroseksualne, są seksualnie zahamowane. Jesteśmy co najmniej tak samo zahamowane seksualnie jak nasze heteroseksualne siostry, a może nawet bardziej.

Mamy więcej konfliktów na tle seksualnym niż mężczyźni, geje lub heteroseksualiści, mniejsze pożądanie i mniej sposobu na wyrażanie swoich potrzeb seksualnych. Nasze związki reprezentują ≫parowanie≪ się dwu seksualnie zahamowanych indywiduów, dlatego nic dziwnego, że częstotliwość seksu w naszych związkach jest mniejsza niż u gejów lub związkach heteroseksualnych. Stłumione pożądanie seksualne jest najczęstszym problemem, z jakim lesbijki przychodzą do seksterapeuty. Co więcej, nasz seks jest mniej zróżnicowany niż u gejów, a nawet u par heteroseksualnych”.

Przeczytałyście_liście? I jak wam to brzmi? Moim zdaniem jest to bardzo silny, tym silniejszy, że pochodzący od autorytetu, przekaz: jeżeli jesteś lesbijką, jesteś ofiarą nieudaczniczką. Nie wątpię, że wiele osób wierzy w to, i to wierzy w dobrej wierze, i w dodatku czyni tę wiarę podstawą do prób pomagania nieszczęsnym lesbijkom w ich żałosnych łóżkowych problemach… ale może czas już uwierzyć w coś przyjemniejszego i bardziej budującego?

…lesbijskie łoże śmierci, serio?

Badaczki_cze krytykujące_y koncepcję lesbijskiej śmierci łóżkowej powołują się na studium na temat lesbijskich praktyk seksualnych, opublikowane przez Mastersa and Johnson w 1979 roku , a więc na 4 lata przed książką Blumsteina i Schwartz. Masters i Johnson stwierdziły_li, że zachowania seksualne lesbijek częściej przynoszą seksualną satysfakcję niż zachowania par heteroseksualnych, ponieważ dochodzi w nich do pełniejszego kontaktu cielesnego (a nie jedynie kontaktu genitalnego), występuje mniejsze skupienie na osiągnięciu orgazmu (i rzadziej pojawia się lęk, że orgazmu nie uda się osiągnąć), partnerki są bardziej asertywne, lepiej komunikują swoje potrzeby, stosunki (cokolwiek rozumiemy pod tym określeniem!) są dłuższe. Lesbijki częściej niż osoby heteroseksualne deklarują zadowolenie ze swojego życia seksualnego.

W 1997 roku feministyczna filozofka (i otwarta lesbijka) Marilyn Frye podważyła ustalenia Blumsteina i Schwartz, kwestionując zasadność badań w dziedzinie seksualności opartych na porównywaniu częstotliwości stosunków par o rożnej orientacji psychoseksualnej. Jej zdaniem pytanie, jakie zadawały_li Blumstein i Schwartz, było niejasne i mogło zostać zinterpretowane przez respondentki_tow zbyt wąsko. Stąd niska statystyczna średnia częstotliwości sex relations u lesbijek. Frye dowodzi, że porównanie, jakiego dokonały_li Blumstein i Schwartz, jest chybione, ponieważ skupiały_li się one_ni na stosunku seksualnym, polegającym na umieszczeniu penisa w pochwie. Według Frye „to, co 85% długoletnich małżeństw robi raz w miesiącu, trwa średnio 8 minut (…). To, co my [lesbijki] robimy znacznie rzadziej, trwa średnio znacznie dłużej. Co najmniej 30 minut”.

A więc porównania, w których nie uwzględniamy techniki, mogą nas doprowadzić tylko na manowce nieporozumienia. „W tamtych czasach [czyli w latach 80.] mówiło się ≫seks≪, a myślało ≫penis w pochwie≪”, zauważyła w 2010 roku Nikki Dowling z portalu TheFrisky.com. „Nawet dzisiaj wiele osób wątpi, czy to, co robią lesbijki czy geje, naprawdę jest seksem”. Zdaniem Dowling lesbijska śmierć łóżkowa to przesąd, który utrzymuje się jedynie w związku z lesbofobią. Winnie McCroy napisała w „The Village Voice” (2010), że „koncepcja lesbijskiej śmierci łóżkowej zaczęła żyć własnym życiem, niszcząc przy tym życie innych”. Autorka dowodzi, że wszystkie pary, niezależnie od orientacji, z czasem tracą gorące początkowo zainteresowanie seksem: naukowczynie_cy nazywają to efektem Coolidge’a. Podobnego zdania jest edukatorka seksualna i pisarka Tristan Taormino. Terapeutka par dr Suzanne Iasenza już w 2001 roku podpowiadała, żeby zapoznać się z pracami terapeutek_ów oraz seksuolożek_ gów i przekonać się samej_mu, że spadek częstotliwości stosunków to problem, z którym pary heteroseksualne borykają się równie często, jak lesbijskie. „W 1995 roku – zwracała uwagę Iasenza – pismo „Advocate” przeprowadziło Survey of Lesbian Sexuality and Relationships (ankietę na temat seksualności i związków lesbijek), z której wynika, że lesbijki czerpią z seksu nie mniejszą przyjemność, niż większość amerykańskich kobiet. Jednak o tych badaniach nie wie niemal nikt, w odróżnieniu od cytowanej wciąż publikacji Blumsteina i Schwartz. Dlaczego?”

Ano właśnie, dlaczego? Siła bezwładu myśli, przekonań i naukowych paradygmatów jest niewiarygodna: jak skutecznie potrafią się oprzeć przemianom społecznym, których w ciągu ostatnich trzech dekad w obrębie kultury zachodniej zaszło niemało! A zatem, czy lesbijska śmierć łóżkowa to mit? Zależy, kogo posłuchacie. Ja osobiście wolę słuchać słów, które wspierają i pomagają się rozwijać.

Tekst pochodzi z Sabatnika Trzy kolory nr 7/012, który w całości poświęcony był oziębłości. W tymże znajdziesz bibliografię do tekstu.


autor: Agnieszka Weseli/Furja

Udostępnij ten post: