moje ciało

Dawno temu w jednym z odcinków „Szansy na sukces” występował ginekolog. Założył wtedy lateksowe rękawiczki, zanim dotknął mikrofonu, bo, jak powiedział, „bakteria na nim siedziała”. Publiczność gruchnęła śmiechem, żart się spodobał. Ale mam wrażenie, że pierwsze śmiechy czy uśmiechy wywołał już wypowiedzią o swoim zawodzie, gdy tylko o nim wspomniał, natychmiast zapanowała radość, no, może z domieszką konsternacji. Oto do „Szansy na sukces” przyjechał nie nauczyciel czy księgowa, tylko ginekolog. Taki śmieszny gość, który w ramach pracy ma dzień w dzień pokaz cipek. No, boki zrywać.

I tak to trochę jest, mam wrażenie, że jako społeczeństwo nie bardzo wiemy, jak poradzić sobie z zawodem ginekologa i czego oczekiwać po wizycie ginekologicznej. Za mną przeróżne wizyty – jedne lekkie i szybko zapomniane, inne irytujące, gdy lekarz, któremu słono płaciłam, w ogóle mnie nie słuchał, lub też gdy zostałam potraktowana przez ginekolożkę jak rozkapryszona dziewczynka, kiedy zamiast z uległością i cierpliwością poddać się (niepotrzebnie) bolesnemu badaniu, zażądałam, aby to ona była cierpliwa i delikatna. Taką nieprzyjemną wizytę miałam tylko raz w życiu, wiem jednak, że niektóre kobiety bólu lub upokorzenia doznały w gabinecie ginekologicznym kilka razy lub też na jednej z tych bardzo ważnych (np. po poronieniu) lub też pierwszych wizyt i odcisnęło to na nich piętno. Pamiętam kobietę z wulwodynią, z którą kiedyś prowadziłam wywiad; z pierwszej wizyty uciekła i dopiero na korytarzu założyła majtki. Dopiero zagranicą uzyskała potrzebną pomoc, w Polsce była nierozumiana lub wyśmiewana. Można powiedzieć: banał. Można powiedzieć: zdarza się. No dobrze, a jeśli się zdarza: jak wpływa na Twoją seksualność? Na Twoje późniejsze seksualne życie czy też poczucie kobiecości? Ilu kobietom zostaje wrażenie, że „coś z nimi nie tak” po takiej wizycie?

Fantazjowałam nad tym, co by można zrobić, aby te częste złe doświadczenia czy złe skojarzenia odmienić i poczuć, że to właśnie w gabinecie ginekologicznym odzyskuje się kontrolę nad swoją seksualnością? Że to właśnie tutaj możesz poczuć swoją sprawczość, godność, właściwość swojego ciała, także jego intymnych, seksualnych części?

Nie wiem, jak wygląda kształcenie ginekologiczne, ale cieszyłabym się, gdyby miało coś wspólnego z nauką wrażliwości, empatii czy duchowością, bo to, co dzieje się w lekarskich gabinetach, bywa że jest emocjonalne, znaczące i duchowe. Czasem rozstrzygają się sprawy, które mają wpływ na całe Twoje życie. I to sprawy bardzo intymne, osobiste, dotyczące Twoich czułych punktów, delikatnych spraw, życiowych decyzji a także bardzo ważnych części ciała – jednocześnie powiązanych z rozkoszą, dawaniem życia, ale i narażonych na różne choroby, także „wstydliwe” i śmiertelne. To tu można pierwszy raz świadomie rozmawiać o swojej seksualności, ciele, waginie, przyjemności seksualnej, orgazmach czy ich braku; to u można się dowiedzieć, że będzie się miało dziecko czy też usłyszeć bicie jego serca; to tu można przerwać ciążę czy dowiedzieć się o poronieniu – i kiedy o tym myślę, to mam wrażenie, że gabinet czasem jest miejscem bardzo wyjątkowym, w którym dzieją się rzeczy ważne i święte. Może być świątynią intymności. A na ginekolożce czy ginekologu spoczywa wielka odpowiedzialność obcowania z tą intymnością, seksualnością i świętością.

A jednak wizyta ginekologiczna niektórym kojarzy się z niczym innym, a tylko tywialnym „pokazywaniem cipki”. Tak, jakby ta cipka była oddzielona od osoby, która ją ma. Jakby to był jakiś wyabstrahowany organ a posiadająca go osoba nie miała prawa do intymności.

Zainspirowana przez ginekolożkę Christiane Northrup chciałabym zrobić sesję zdjęciową gabinetu ginekologicznego jako miejsca pięknego, przyjaznego, wyjątkowego – bo skoro dzieją się tu rzeczy wyjątkowe i święte, potrzeba do tego wyjątkowej świątynnej oprawy. Chcę zobaczyć gabinet-świątynię z fotelem przykrytym aksamitem, z kwiatami na stole i świecami w lichtarzach. Wiem, że dla niektórych to gruba przesada, ale myślę, że to wahadło musi się teraz wahnąć w drugą stronę. Chcę, aby się wahnęło właśnie do tej rzeczywistości, w której w gabinecie będzie na mnie czekać osoba o wielkim sercu, życzliwości, cierpliwości i zrozumieniu. Taka, która wie, że kobieta ma nie tylko „drogi rodne” czy „narząd kopulacyjny żeński”, ale i wrażliwe, intymne, seksualne centrum, czy też drugie serce, świętą przestrzeń – joni, pochwę, waginę – i że warto do tej intymności podejść z delikatnością. Skoro szpitalne sale porodowe mogą być coraz bardziej przyjazne i intymne, bo tego wymaga proces porodu, pewnie możemy wpłynąć także na wygląd gabinetów ginekologicznych?

Co się dzieje w gabinetach? Jakie tematy są tam poruszane? Ktoś potwierdza to, że zostałaś matką albo że poroniłaś. Ktoś leczy Cię z bezpłodności albo przerywa ciążę. Ktoś przepisuje Ci antykoncepcję, żebyś mogła kochać się bez strachu. Ktoś bada Cię po gwałcie. I – prawie zawsze – ktoś wkłada Ci palce w Twoje wrażliwe, intymne, sekretne, święte miejsce. Czy to naprawę i zawsze tylko „pokazywanie cipki”?

Sądzę, że ta aranżacja miejsca mogłaby pomóc w oddaniu rangi tego, co się właśnie (dla mnie) dzieje. Może dla tej lekarki czy lekarza jestem setną nastolatką, która przyszła po receptę na pigułki, ale dla mnie to ważna sprawa. Mam prawo czuć to, co czuję, mam prawo nie wiedzieć, mam prawo się wstydzić. Nie wiem, jak Ty, ale ja wolałabym przeżywać to wszystko i dbać o swoją seksualność w pięknym otoczeniu i wolałabym chodzić do świątyni, w której moje ciało, moje zdrowie, moja seksualność i intymność zostaną przyjęte jak coś świętego, wyjątkowego, coś, o czym warto mówić życzliwie i z szacunkiem i czego warto z szacunkiem dotykać.

1 Komentarz  Like


Poniedziałek, 28 października, to właśnie dziś z grupą kobiet zaczęłam wyzwanie „Ukochane ciało”. Za nami już pierwsze spotkanie, które odbyło się na FB, a które możesz zobaczyć w ciągu najbliższych kilku dni, gdy dołączysz do tej grupy – Klub Uniesionych Spódnic.

Robiłam je pod hasłem „Lubienie swojego ciała to siła, która może zmiażdżyć patriarchat”. Naprawdę tak uważam. Dlaczego? Bo widzę te więzi, które zaczynają się tworzyć między kobietami, które się lubią, które akceptują własną cielesność i seksualność, m.in. na Kursie Akceptacji Ciała czy kursach online, które prowadzę. Akceptacja dla siebie to klucz do tego, aby stworzyć dobrą relację z innymi. Sztywne normy dotyczące wyglądu i seksualności zaś idealnie wpisują się w tworzenie podziałów i rywalizację między kobietami. Nierealne normy dotyczące wyglądu ciała są wspaniałym narzędziem kontroli zachowań nastolatek i dorosłych kobiet. Sprawiają, że poczucie własnej wartości dramatycznie spada, a radość życia zastępuje ciągłe zamartwianie się o wygląd i odmawianie sobie przyjemności, takich jak choćby wyjście na basen czy seks przy zapalonym świetle, bo „źle wyglądam”. Osoba, której ciało na każdym kroku jest oceniane, punktowane i taksowane, może nawet myśleć, że nie zasługuje, na szczęście, miłość i seks, bo nie spełnia „norm ładnego wyglądu”. Kobieta, która nie lubi siebie i przyzwyczajona jest do ciągłych ocen, o wiele łatwiej będzie oceniać innych, niż ta, która akceptuje siebie.

M.in. dlatego robię to wyzwanie. Bo wierzę, że siostrzeństwo i wzajemne wsparcie zrobi nam lepiej niż rywalizacja i krytyka. A także dlatego, abyś mogła poczuć większą lekkość w życiu, zadowolenie z siebie, przyjemność na co dzień. Abyś widziała w sobie piękno i wierzyła w swoje możliwości.

Bo tak często spotykam kobiety, które mówią, że z takim ciałem, jakie mają, nie mogą mieć dobrego seksu. Wręcz „nie zasługują na seks”.


 

Koniec października to bardzo dobry czas, aby pozwolić umrzeć kompleksom i starym przekonaniom. Dlatego zapraszam Cię – dołącz teraz do wyzwania. Teraz jest najlepszy czas na zmiany! Zapiszesz się tutaj: https://www.subscribepage.com/ukochanecialo. Musisz potwierdzić zapis, aby dostać pierwszą praktykę. 

Są osoby, którym takie wakacje w głowie się nie mieszczą, i takie, które im przyklasną. Nie ważne, do której grupy należysz, i tak chcę się z Tobą podzielić moimi refleksjami z ostatnich wakacji.

Wakacje się skończyły, a ja grzecznie wróciłam do Wrocławia, gdzie co środę prowadzę Kurs akceptacji ciała. Ale powspominać zawsze można, więc…

Na początku mieliśmy po prostu pojechać nad morze. Na jakąś ciepłą, cichą plażę. Potem okazało się, że cały nasz pobyt będzie na naturystycznym kempingu. Pomyślałam, że nie będę musiała leżeć na plaży w mokrym kostiumie wyziębiającym ciało i na kilka tygodni zapomniałam o całej sprawie.

Przypomniałam sobie już na miejscu, gdy dotarło do mnie, ile w walizce mam niepotrzebnych ubrań. Bo przecież nie wiadomo, jaka mogłaby być pogoda, więc wzięłam kilka sukienek, spodnie, a także grubszy sweter. No cóż, pierwszy raz jechałam na taki kemping. Skąd mogłam wiedzieć, że na dobrą sprawę – gdy wieczorem robiło się zimo – najprzyjemniej i najcieplej mi będzie, gdy kocem polarowym owinę swoje nagie boskie ciało?

Dzień dobry, ale czy wiecie, że to kemping naturystów?

Przyjechaliśmy w samo południe. Skwar lał się z nieba. Na szczęście było wolne miejsce na polu namiotowym. Ustaliliśmy szczegóły z panią z recepcji, która informacje na temat kuchni, grilla, prądu i wszelkich opłat. Gdy już ruszaliśmy, aby przeparkować samochody, spytała, jakbyśmy nie poruszyli jakiejś ważnej kwestii: Ale wiecie państwo, że to kemping naturystyczny? Chyba nie była pewna, czy wiemy, w co się „pakujemy”.

Od razu pobiegłam wykąpać się na plażę. O tym marzyłam, przemierzając dzielnie pół Europy! Morze! I nie trzeba się przebierać! Do tej pory jedynie bywałam na plażach nudystów i w innych nagich przybytkach, ale nigdy na kampingu. Biegnąc nad wodę, zobaczyłam więc kompletnie nagich ludzi – odpoczywających lub idących gdzieś z plecakami, jadących na rowerach – jedynie w butach i czapeczkach. Rodziny zażywające popołudniowego odpoczynku rozparte przy kamperach ze stoliczkami i krzesełkami, dzieci bawiące się z psami, osoby jedzące obiad lub zmywające po posiłku. Może jakieś pięć procent osób miało cokolwiek na sobie. Większości te 30 stopni ciepła wystarczało, aby cieszyć się strojem Adamowym. Wkrótce i ja biegałam, pływałam, prałam i zmywałam nago. Jedna czynność, którą robiłam w ubraniu – a raczej owinięta ręcznikiem – to smażenie na oleju. I tak generalnie mogłoby już zostać w każde upalne popołudnie. Ubrania bywają zbędne. Co prawda dyktatorzy mody oraz koncerny produkujące ubrania by się nie zgodziły, ale…

Co to znaczy być na naturystycznym kempingu?

Co to naprawdę znaczy, uświadomiłam sobie dopiero następnego dnia rano. Obudziłam się i chciałam wyjść z namiotu. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że chyba muszę się ubrać. Na szczęście dość szybko zdałam sobie sprawę, że jednak nie muszę. Chociaż było wczesne rano, było ciepło i nie musiałam na siebie nic zakładać. Co za raj! Tak samo nie musiałam się chować pod ręcznikiem, gdy wychodziłam spod prysznica, czy zasłaniać się, leżąc na plaży. Wszystkie panie pod kranami – robiące poranną toaletę, myjące zęby, czeszące włosy, wycierające się po prysznicu – były cudownie nieskrępowane i gołe. Panowie również. Muszę powiedzieć, że panował tam taki luz, jakiego już dawno nie doświadczyłam. Luz i akceptacja dla nagości i ciała. Przecież nie wszyscy wyglądaliśmy jak modele wyciągnięci z kolorowych modowych magazynów. Prawie nikt tak nie wyglądał. Kobiety młodsze i starsze. W zasadzie bardzo dużo tych starszych. Niektóre blade, inne opalone na ciemną czekoladę. Siwe, pomarszczone, grube, chude, gładkie – wszystkie pełne akceptacji dla siebie i innych, z uśmiechem na ustach mówiące: „morgen”, „morning” lub jakiekolwiek inne pozdrowienie. Czułam się między nimi jak wśród sióstr.

Po kilku dniach jedna z koleżanek spytała mnie, czy te nagie ciała są dla mnie erotyczne, czy podniecają mnie. „Nie” – odpowiedziałam bez zastanowienia. „Mnie też nie” – zaśmiała się ona. – „A więc Eros może chodzić zupełnie innymi drogami. To tylko nasza kultura ustala to połączenie, że nagość od razu prowadzi do podniecenia czy seksu”.

No właśnie. Jak to jest, że w jednej kulturze, aby „nie skusić mężczyzny do złego”, kobiety muszą zakrywać całe ciało, a czasem i twarz, a w innej, jak wśród naturystów, kobiety chodzą nagie od rana do wieczora, nagie pływają, opalają się, piorą, gotują i spacerują po obozowisku – i nic złego się nie dzieje? Nikt nie zostaje skuszony. Gołe kobiety też nie rzucają się jak samice w rui na innych. Wręcz przeciwnie: wszyscy są dla siebie uprzejmi, pomocni i mili. I czują się bezpiecznie.

Będąc w tym miejscu, myślałam też o rozmowach z dawnych czasów, o dawno przeczytanych artykułach i odbytych szkoleniach, z których i na których dowiadywałam się, żeby lepiej nie chodzić przy dzieciach nago. Dobrze, że takich artykułów nie czytały moja mama, ani babcia! A może czytały, tylko po prostu się z tym nie zgadzały i dzięki temu mieliśmy w domu względny luz w związku z nagością. W każdym razie patrzyłam na te rodziny golasów z dziećmi i nie czułam ani przez chwilę, że komuś jest tu nieswojo. Wręcz przeciwnie, wyglądali na rozluźnionych i zadowolonych.

Komu się przyda trochę nagości? 🙂

Myślę, że taki naturystyczny kemping może być dobrym miejscem dla niektórych osób – aby oswoić się z ciałem i nagością. Aby odkodować skojarzenia, że nagość = seks. Że „jeśli chcesz chodzić nago po plaży, to najpierw idź na siłownię i obowiązkowo wciągaj brzuch”. Aby zobaczyć i poczuć to, że każdy człowiek na prawo wyglądać, jak wygląda, że nie musi wciągać brzucha, ani spełniać innych kulturowych norm dotyczących wyglądu i nadal zajmować miejsce w przestrzeni społecznej – nawet, jeśli ktoś inny uważa, że „z takim ciałem to się nie powinno wychodzić między ludzi”. Wśród naturystów pewnie nie ma osób posiadających tak radykalne poglądy (ale jest ich mało), dlatego można się tutaj poczuć, jak u siebie, bez względu na wiek, wygląd czy rozmiar. I to poczucie absolutnego nieskrępowania i swobody przywieźć ze sobą jako pamiątkę z wakacji. Szczególnie pobytu w takim miejscu życzyłabym wszystkim kobietom, które czują, że ich ciała są „niewystarczające”. Naprawdę, gdy w ciągu wakacji przed oczami przewinie Ci się kilkadziesiąt czy kilkaset różnych nagich ciał, być może zauważysz, że „niewystarczające” to tylko ocena narzucona z zewnątrz, którą nie trzeba się przejmować. Że między dziesiątkami kobiet i mężczyzn w różnym wieku i o różnym wyglądzie, można poczuć się pewniej z własną nagością i własnym ciałem. Bo skoro oni patrzą i akceptują – to dlaczego Ty masz siebie nie akceptować?
No dlaczego?

6 komentarzy  Like

Nie dlatego, że ktoś Ci zabronił, tylko dlatego, że sama sobie tego zakazałaś.

Może miałaś wtedy 8 lat i ktoś powiedział, że jesteś gruba.

Albo miałaś 13 lat i usłyszałaś, że masz krzywe nogi.

A może, że masz słabe cycki?

I uwierzyłaś, że już nie możesz. Że Ty nie możesz. Że nawet nie ma co próbować. Nic już się nie zmieni. Klamka zapadła. Do końca życia skazana jesteś na samotność. Na puste zimne łóżko. I pustkę w sercu. Żadnego seksu. Żadnej zabawy. Ty nawet na plażę nie wyjdziesz, no bo jak z takim ciałem?

A może uwierzyłaś, że jesteś za stara?

Zbyt siwa i pomarszczona?

Że kobietom w tym wieku już nie wypada?

Może to egoistyczne, ale nie chcę, aby bolało mnie serce. Dlatego wyciągam do Ciebie rękę i mówię: to tylko przekonanie. Prowadząc przez ostatnie kilka lat Kurs Akceptacji Ciała, widziałam kobiety, które rozkwitały. Rozkwitało też ich życie seksualne. Nie dlatego, że w jego czasie odmłodniały, schudły czy wyrobiły sobie super mięśnie. Nie. Po prostu zmierzyły się ze swoimi lękami i spojrzały na ciało z wyrozumiałością. I nagle się okazało, że to ciało jednak może. Że możesz się kochać. Że nadajesz się do seksu. Póki żyjesz!

Zapraszam Cię na live: Wygląd i seks.

Jutro, czyli 12 września o 11.00 w grupie na FB: Klub Uniesionych Spódnic. Tylko dla kobiet. Dołącz do Klubu teraz, żebym mogła Cię dodać do grupy. 🙂 https://www.facebook.com/groups/1249178448563377/

A tutaj zapis lajwu, który można będzie zobaczyć przez najbliższe 5 dni – dla tych, które bojkotują FB. 🙂

Żeby Cię nie zdziwił tytuł – tak, poszło to jako „Im ładniejsza cipka, tym lepszy seks”. Absurd? Cieszę się, że tak to widzisz! To chyba pierwszy krok do dostrzeżenia absurdu poglądu, że im ładniejsze ciało, tym lepszy seks. 🙂

Im ładniejsza cipka – tym lepszy seks? O wyglądzie, seksie i wstydzie:

1. Kim jestem? Praktyczką akceptacji ciała i samoświadomości seksualnej
2. Co chcę? Uświadomić Ci, że ładny wygląd nie warunkuje dobrego seksu, więc nie musisz sobie odmawiać rozkoszy z powodu „krzywych nóg”. 🙂
3. Wygląd i tak się zmienia, więc jeśli chcesz więcej pewności siebie w łóżku – zainwestuj czas i energię w poczucie się dobrze w tym ciele, które teraz masz ❤
4. Przekonanie, że na seks zasługują „tylko piękne i młode”
5. Przekonanie, że to wygląd wyznacza granice rozkoszy
6. Wygląd i wstyd – i jak sobie z nim poradzić?
7. Uszy do góry! Wg mnie możesz być jaka jesteś i wyglądać, jak wyglądasz, słowem: MOŻESZ TAKA BYĆ!

Sądziłam, że się nie da. Że to musi być na żywo – tak jak zawsze. Spojrzenie w oczy, porozumienie, wspólna przestrzeń. Że wtedy ten pokłon ma moc.

Ale ile osób mogę spotkać osobiście? Przed iloma się pokłonić? Chociaż robiłam to już dziesiątki razy, to wciąż za mało.

Mało ciekawe przekazy na temat seksualności chcę zrównoważyć tym jednym, bo tak często słyszę, o jak wiele złego można ją oskarżać. Chcę, abyś usłyszał i usłyszała coś może: innego? Dobrego? Pozytywnego? Chociaż jestem jedna i mam ograniczone możliwości, to jednak robię to, bo od czegoś trzeba zacząć.

Kiedy to nagrywaliśmy, nie sądziłam, że tak podziała na tych, które i którzy już widzieli. Dostałam przecież podziękowania i gratulacje. Usłyszałam, że poczułaś się piękna i wyjątkowa. Że fala ciepła przeszła przez Twoje ciało. Że łzy Ci się zakręciły w oczach. I w ten właśnie sposób dowiedziałam się, że mimo wszystko działa. Chociaż na niektóre osoby. Takie youtubowo-internetowe pokłonienie się.

Więc, jeśli chcesz go doświadczyć, to po prostu włącz ten film.

 

Zostaw komentarz  1

Jestem beznadziejna, nie zasługuję na dobry seks, nikt mnie nie zechce, jestem brzydka i beznadziejna.
Myślisz czasem tymi kategoriami?

 

„Jesteś beznadziejna” to tytuł z okładki, która ostatnio obiega internetowy świat. Na okładce możesz przeczytać też takie napisy jak np.:
Ona jest ładniejsza,
Coś z tobą nie tak,
Nie jesteś wystarczająco dobra.

Ta okładka bardzo mi się spodobała!

Dlaczego? Bo kiedy byłam nastolatką, czytałam pisma dla kobiet, z których mogłam nauczyć się o sobie właśnie tego, jak niewystarczająca jestem. Tylko tytuły artykułów były inne, np. Jak za pomocą makijażu zamaskować…. Jak dobrać fryzurę, aby ukryć…. Jak odessać tłuszcz z… Jak powiększyć…, Jak zmniejszyć… Jak schudnąć 10 kilo…. Jak zredukować rozstępy… Jak walczyć z cellulitem… itp. Znajdowałam sto porad, jak zmienić swoje ciało lub udawać, że ono wygląda inaczej. Wypchane gąbką staniki, wyszczuplająca bielizna, markowe ubrania, zabiegi i kosmetyki, które zrobią z Ciebie „wartościową” kobietę. A co jeśli nie stać Cię na taki styl życia lub nie zmieścisz się w tych rozmiarach ubrań? A co jeśli na Twoje rozstępy nic nie działa? A co jeśli nie masz czasu, aby to wszystko robić?

Wtedy możesz pomyśleć, że jesteś beznadziejna. Masz przecież sposoby, z których nie korzystasz. Więc jesteś leniwa i oporna. I wszyscy zobaczą, że masz grube łydki albo krótkie nogi. Że owal Twojej twarzy nie jest idealny. I wyciągnąć wniosek, że w takim razie nie zasługujesz na dobry seks. Albo na to, żeby być akceptowaną z takim ciałem, jakie masz. Możesz zacząć siebie nie lubić za to, jak ono wygląda. I uwierzyć, że dopóki się nie zmieni, to Ty nie możesz uprawiać seksu ani pokazać się ludziom.

W każdym razie ja, czytając regularnie te magazyny, uwierzyłam, że jestem jeszcze bardziej beznadziejna, niż mi się wcześniej wydawało. Dopiero, gdy przestałam je czytać, zauważyłam, że mój poziom akceptacji siebie wzrósł. Że już się tak bardzo nie przejmuję. Dopiero wtedy doszło do mnie, że trucizna regularnie sącząca się w mój mózg, zatruwała każdą moją komórkę. Wcześniej krzyczały do mnie artykuły i reklamy, które mówiły: popraw, zamaskuj, zatuszuj, ukryj, schowaj, przytnij, zafarbuj, zamaluj, skoryguj, schudnij… a mój mózg każdy taki komunikat czytał jako: coś z Tobą nie tak. Nie zauważyłam, że moje ciało stało się poligonem walki, na którym miałam walczyć sama ze sobą. Sugerowano mi, że muszę nie lubić tego, jaka jestem. Muszę nienawidzić tłuszczu czy rozstępów czy włosów na ciele. I coś, do czego wcześniej nie miałam negatywnego nastawienia, urosło do rangi wielkiego problemu. Energia, która mogła być iść na zabawę, naukę czy choćby uprawianie sportu, szła na zamartwianie się i próby walki z naturą. Jak ja wyglądam? Och, jaka jestem beznadziejna! Ona jest ładniejsza! Nikt mnie nie zechce!

I sądzę, że tak to się dzieje. Komunikaty, które sugerują, że coś trzeba ciągle w Tobie poprawiać, możesz odczytać właśnie jako: Jestem beznadziejna.

Dlatego tak cieszę się tą okładką! Bo na Kursie akceptacji ciała – na którym i ta okładka wypłynęła, dzięki jednej z Uczestniczek – zawsze proponuję eksperymentalny tydzień: odetnij się od takich komunikatów, które sugerują, że jesteś do niczego. I zastąp je życzliwymi. Kobiety, które tak robią, często zaczynają się czuć w świecie tak, jakby były wolne i wystarczające. Bo właściwie – bez względu na wygląd – mogą takie być, jakie są. Przestają się krępować, przechodząc przez pokój pełen ludzi. Ośmielają się założyć na siebie to, na co mają ochotę: spodnie, sukienkę, szorty czy bikini. Odkrywają, że są bardziej wolne w czasie seksu. Eksperymentują z makijażem lub jego brakiem. Po prostu: pozwalają sobie na to, aby być sobą. Przestają wymagać, aby ich ciało spełniało wyśrubowany standardy kulturowego piękna i z takim ciałem, jakie mają – sięgają po to, na co zawsze miały ochotę, ale bały się sięgnąć albo wierzyły, że nie mogą.

„Jesteś beznadziejna” jako głos z wewnątrz

Oczywiście, nie musisz czytać kolorowych magazynów, oglądać reklam, czy przeglądać przefiltrowanych zdjęć na Instagramie, aby słyszeć w głowie ten krytyczny głos. Bo może on siedzi w Twojej głowie już od dzieciństwa i podcina Ci skrzydła, wmawia, że nie możesz kupić sobie bikini albo pozwolić sobie na seksualną rozkosz, bo nie masz „odpowiedniego” ciała. Ale wiesz co? Na ten głos też jest sposób. Można go wyciszyć, można go zastąpić innym komunikatem. Na Kursie używamy do tego zdania: „Mogę taka być”, co znaczy: akceptuję siebie, swoje ciało, nie muszę się poprawiać, akceptuję siebie już w tej chwili. Tamten komunikat: „Jesteś beznadziejna” może być z początku głośniejszy.
Dlaczego?
Bo jeśli słyszysz to od lat i od lat sama sobie powtarzasz, jakaś część Ciebie w to uwierzyła.
Ale tak naprawdę jesteś OK, Twoje ciało jest OK, tylko to może za rzadko sobie powtarzasz, żeby tak samo w to uwierzyć, jak uwierzyłaś w tamto. Może w ogóle sobie tego nie mówisz? Dlatego na Kursie robimy wiele regularnych praktyk, żeby ten pozytywny przekaz tak samo mógł w Ciebie wsiąknąć, jak wsiąkały słowa bezlitosnej krytyki. To zaskakujące, jak łatwo niektórym przychodzi wierzyć w to, że: jest źle, nic się nie uda, moje ciało jest do niczego. I uwalniające, kiedy ten stary przekaz zastępuje coś, co daje nadzieję i energię do działania: Mogę być sobą, mogę być, jaka jestem, moje ciało jest OK, jestem czymś więcej niż moje ciało – jestem osobą, pełnią, całością i mogę mieć radość z życia.

Pomagam kobietom zaakceptować ciało i seksualność. Pomagam wlać nowe paliwo do mózgu, coś, co zastąpi niechęć, niezadowolenie i krytykę. Dlatego robię wyzwania online, warsztaty i kursy. Wierzę, że wspólnie zmieniamy świat. W ten sposób właśnie robimy wielką rewolucję. Każda – zaczynając od siebie. Ale przecież nawet jeśli robisz to tylko dla siebie, skutkiem ubocznym jest to, że emanujesz swoim przykładem na inne osoby: przyjaciółki i przyjaciół, bliskich, rodzinę, dzieci, ludzi z pracy… Więc jeśli chcesz zmienić myślenie, doładować się czymś pozytywnym, zapraszam Cię na moje orgazmiczne wyzwanie online – Wyprawa po orgazmy i na inne wydarzenia oraz zajęcia, np. na stacjonarny lipcowy Kurs akceptacji ciała do Wrocławia bo ten online jest już w połowie. I dziękuję Ci, że ze mną jesteś.

Aha, i pamiętaj, że jesteś wspaniała!

Jesteś wystarczająca!

Wszystko z Tobą OK!

Możesz być taka, jaka jesteś!

Możesz być sobą!

Możesz taka być!

I ja mogę być taka, jaka jestem. Sama sobie daję do tego prawo.

Po prostu – jesteś boginią. 🙂

I jak Ci z tym komunikatem? 🙂 Zdecydowanie bardziej pozytywny, niż o byciu beznadzieją, i przy okazji tak samo obiektywny. Więc który wybierasz? Decyzja należy do Ciebie!

PS. Taki magazyn, jak „You Suck” oczywiście nie istnieje, a jednocześnie – ile z nas go czyta?


Jak polubić swoje ciało? W świecie, który żąda od ludzi, a szczególnie kobiet, idealnego ciała bez skazy, nie jest to może bułka z masłem, ale da się zrobić. W tym ciele żyjesz całe życie, więc może warto zainwestować trochę czasu i energii, żeby polubić, pokochać, zaakceptować ten pojazd na życie?

Dzielę się pomysłami i doświadczeniem oraz skutecznymi praktykami akceptacji ciała do zrobienia w tym nagraniu. No i opowiadam swoją historię… Początek nagrania jest trochę obcięty, bo pojawiłam się dobre kilka minut przed 20.00, żeby sprawdzić, czy wszystko działa, więc ten, przymknijcie oko na te obcinki. 🙂

Nagranie pochodzi z grupy dla kobiet Klub Uniesionych Spódnic na FB. Tutaj możesz do niej dołączyć.

A tutaj zaproszenie na lajw o waginach.:)

A tu możesz przeczytać o stacjonarnym 5-tyg. Kursie Akceptacji Ciała we Wrocławiu, który zaczyna się 15 stycznia.

To nagranie zapowiadałam już ostatnio. 30 minut rozmowy o cudownych cipkach. <3 I o tym, dlaczego możemy myśleć, że są złe i brzydkie. <3 Posłuchaj i sprawdź, jaką jestem mistrzynią kolokwializmów. Ja naprawdę tak mówię? 🙂 Szok! 😛 Aby posłuchać, kliknij link. Po kliknięciu przejdziesz na stronę z podcastami Brzydkie Słowa / Dirty Words Leny Bielskiej, która wymyśliła, nagrała i zmontowała podcast. Na stronie znajdziesz więcej podcastów na tematy kobiece, feministyczne queerowe i inne – rozejrzyj się na Dirty Words. 🙂

 

Masz ochotę na więcej? Przejrzyj portal po tagu „wagina”. 🙂

Zostaw komentarz  2

Po obejrzeniu stu reklam na temat środków do higieny intymnej, może Ci się wydać, że wąchanie kobiecych majtek to jeden z najgorszych pomysłów na świecie. Spokojnie. Wagina to najczystsza część ludzkiego ciała. Wewnątrz czyści się sama. Na zewnątrz bardzo często pachnie podniecająco i zmysłowo, dlatego wiele osób uwielbia ją wąchać i smakować. Ja im się nie dziwię. Wydzielina z wewnątrz czasem zasycha na majtkach, podobnie jak wilgoć, która jest świadectwem Twojego podniecenia i czasem z różnymi kobietami na warsztatach żartujemy sobie, że po majtkach przeszedł ślimak. „Ślimak” to absolutnie naturalna konsekwencja tego, że Twoje ciało żyje i funkcjonuje, a szczególnie tego, że się podniecasz!

Ściągam bluzkę. Rozpinam spodnie. Zrzucam je na podłogę. Przez chwilę jestem w majtkach, ale je też w końcu ściągam. Moje piersi hasają sobie swobodnie. Podobnie cała reszta ciała. Już nie muszę dusić swojej ekspresji. Już nie muszę się zasłaniać. Już nie muszę się zakrywać z obawy, że swoją nagością kogoś obrażę.

Urażę.

Zszokuję.

Zasmucę.

Nie.

Mogę być sobą. Bez przepraszania za to, że jestem i kim jestem. Oraz jak wyglądam. Mogę być taka, jaka jestem. Wszystkie one dookoła też mogą takie być. Takie, jakie je natura stworzyła. Tworzymy krąg. Nagi krąg kobiet. Tańczymy, śpiewamy, potrząsamy golizną. Siedzimy, rozmawiamy, śmiejemy się. Bez ukrywania rąk, nóg i brzuchów. Bez ukrywania piersi i pośladków. Bez ukrywania własnej kobiecości i seksualności. Zmysłowości. Wrażliwości. Emocjonalności. Bez chowania seksapilu. Bez skrywania mocy. Jest nago i radośnie. Nago i bezpiecznie. Nago i właściwie.

Kiedyś myślałam, że to niemożliwe. W domu słyszałam, że ciało to wstyd.

Od znajomych słyszałam, że nagość to brak przyzwoitości.

I że to zaproszenie do seksu.

Kiedyś tak bardzo wstydziłam się swojego ciała. Chciałam, żeby wyglądało inaczej. Musiałam bardzo, naprawdę bardzo ufać tej osobie, przy której rozbieram się do naga. To musiała być najlepsza przyjaciółka. Ukochany chłopak. Bliska rodzina. Wstyd „pilnował” mojej „przyzwoitości”. Właśnie tak, nie rozbierałam się ze wstydu i z lęku przed oceną. Nie mogłam wtedy być w pełni. Kąpanie się nago w jeziorze? Nigdy! Przecież miałam „okropne” nogi. Nawet w jednoczęściowym stroju czułam się obnażona. Czułam się źle sama ze sobą – ja z moim ciałem.

A teraz – proszę. Zwołałam nagi krąg. Ja go trzymam i prowadzę. A wokół kobiety. Bardziej i mniej znane. Ich piersi, ich brzuchy, ich radość, ich historie. Coś nas łączy. Ulga, że tak można? Radość, że mogę być nago przy innej kobiecie, w całej grupie osób i jestem tutaj widziana i akceptowana, że mogę to samo dać innym. To przyjemność i dar. To nieskrępowana ekspresja siebie. A także swojej kobiecości, zmysłowości seksualności. Siedzę tu nago i nikt się na mnie nie rzuca, jak dzikie zwierzę, bo jestem nago, więc to czas na seks. Siedzę tu nago i nikt mnie nie strofuje. Siedzę tu nago i mogę taka być. Co za ulga.

Przypominają mi się wakacje w arabskim kraju. Ukrywanie własnego ciała pod długimi rękawami, długimi nogawkami – bo tak „trzeba”. Bo „policja religijna”. Kobiety okutane od stóp do głów, bo tego wymaga ta kultura. Niełatwo mi się chodziło tamtymi ulicami. Tak, one, okutane, mogły być z tego zadowolone. Schowają się pod chustką, pod luźną szatą i już. Są niewidzialne. A ja siedzę tutaj naga i też jestem „niewidzialna”, bo nie muszę wciągać brzucha ani się krygować, bo czuję się zrelaksowana i jest mi po prostu dobrze. Moje ciało, ja cała, jestem w pełni przyjęta. Bez wyjątków, że nogi weźmiemy, bo są długie i czekoladowe, ale piersi nie, bo są zbyt seksualne. „Świecisz cyckami” powiedział mi przyjaciel w klubie, gdy zobaczył moje sterczące sutki pod sukienką. Choć ubrana byłam pod samą szyję. A tutaj – moje sutki są sztywne lub nie – nikt mnie z tego nie rozlicza. Nie muszę się „pilnować”, oglądać, sprawdzać, czy wyglądam odpowiednio i „przyzwoicie”. Co za ulga.

Przypominają mi się słowa innego przyjaciela, że cipka to pornografia. Więc siedzę, mam cipkę, niczym szczególnie jej nie zasłaniam i nikt mi już nie wmawia, że to pornografia. Co za ulga. Swoją drogą ciekawe, czy kolega – gdy potrzebował pornografii – to włączał Red Tube, czy też szedł do sauny, gdzie przecież też gołe penisy i gołe cipki.

Ciekawe, jak bardzo to, co seksualne i naturalne, zostało zohydzone. Gołe ciało znaczy, że pornografia. Nagość, że to już wstęp do seksu, zaproszenie. To że nie noszę stanika, bo bez niego mi wygodniej, to znaczy, że prowokuję, że chcę uwieść cudzego męża? Nagi krąg odczarowuje te mity. Co za ulga.

Gdy w upalne dnie noszę kusą kieckę, oczywiście nie robię tego z wygody, tylko po to, aby chwalić się swoimi „wdziękami”. To nie może być tak, że ubieram czy rozbieram się dla siebie. Skąd! To od razu musi być, aby uwodzić, kusić, mamić, prowokować, zawracać w głowie… Gdy w upalny wieczór wkładałam krótką sukienkę, idąc do klubu – w którym miałam zamiar tańczyć do upadłego, więc dlatego wybrałam tę najkrótszą, aby się na parkiecie nie ugotować – usłyszałam od znajomego: „faceci będą się na ciebie gapić”. Czy to, że ktoś na mnie spojrzy, ma wyznaczać granice mojej swobody? Tak, wiem, że niektórzy najchętniej widzieliby mnie w upał w habicie, ale mi się już dłużej nie chce zadowalać innych. Teraz zadowalam siebie. Czy się komuś podobam, czy nie, w upalne dnie noszę kuse sukienki. Spod których wystają moje uda, które mogą Ci się podobać lub nie, ale nie mam zamiaru ich zakrywać, tylko dlatego, że są grube / chude / ładne / brzydkie / „wyzywające” czy „prowokujące”. Moje ciało nie służy do tego, aby sprawiać Ci estetyczną przyjemność. Ani erotyczną. Moje ciało to mój wehikuł na życie. Bez niego nie wyjdę z domu. Więc czy Ci się to podoba, czy nie, w zimne dnie zakładam długie spodnie, sweter i płaszcz a w upalne – kuse.

Na nagim kręgu nie muszę się zakrywać. Nic filuternie nie wystaje spod spódniczki, nic nie prześwituje przez materiał bluzki, bo nie mam na sobie ani spódniczki, ani bluzki. Moje ciało może być widziane, a ja mogę taka być.

Chodzę nago spać. Chodzę nago pod prysznic. Chodzę nago do wanny. Chodzę nago w saunie. Kąpię się nago w jeziorze i hasam nago po plażach nudystów. Gdy upał, chodzę nago po domu, wyciągając z pralki pranie. Gdy upał, nago pracuję przy komputerze i nago czytam książkę.

Nagość to po prostu pierwszy strój, jaki został nam dany, który jest dość praktyczny, gdy ciepło i gdy lato. Nagość to dla mnie możliwość nieskrępowanej ekspresji siebie. Część osób, szczególnie tych z nagich kręgów czy naked movement i innych tantr i mantr, bardzo dobrze to rozumie. Dla części jest to szokujące i nie-do-pomyślenia.

Wiesz, naprawdę nie musisz o tym myśleć, po prostu wpadnij na jakiś nagi krąg.

Tak, gdybym mogła, rozebrałabym całe województwo!

Bo nagość to wolność.

4 komentarze  1

Choć wcale nie było łatwo, prowadzę teraz bogate i szczęśliwe życie seksualne. Jestem żywym przykładem na to, że zdecydowana większość naszych problemów ma swoje źródło w głowie. Z wewnętrznymi demonami walczy się trudno, ale da się wygrać…

Czy wiesz, że kobiece Jajo wygląda jak małe słońce? Jest skumulowaną energią, esencją życia. Dorosła kobieta ma w swoich jajnikach do 300 tysięcy komórek jajowych! To o nas powinno się mówić, że jesteśmy kobiety z jajami!

Wczoraj byłam u tego, a jutro pójdę do tamtego. Życie upływa mi teraz poprzez wąskie ponure korytarze przychodni i szpitali, przelewa się i bulgoce między moimi zimnymi jak zwykle palcami, gdy rzemieślnicy różnej maści zaglądają we mnie i oglądają mnie, ugniatają moje ciało jak kruche ciasto, próbując przywrócić mnie do tak zwanego pionu.

Wiele z nas na nie nie patrzy. Wiele świat zewnętrzny skutecznie zniechęcił, aby się nimi zajmować. Wiele z nas wierzy, że są brzydkie, odpychające i niegodne uwagi – bo są tylko cipkami. A cipki – wiadomo – nic szczególnego.

Kocham swój zapach, zawsze uważałam go za piękny i podniecający. Mówi się czasem złośliwie, że kobieta nic nie robi tylko siedzi i pachnie. Otóż ja czasem nic nie robię, tylko siedzę i pachnę. Najbardziej lubię siedzieć po turecku, z zamkniętymi oczami, w sukience i bez majtek. Wtedy zapach jest wyraźniej wyczuwalny.

Miało być o seksualności i będzie. O tym, jak moja seksualność poszła sobie w siną dal i jak powoli wraca.

Środa, kilkadziesiąt minut do godziny zero.

Miało być o seksualności i będzie. O tym, jak moja seksualność poszła sobie w siną dal i jak powoli wraca.

Ania się zakochała. Po raz pierwszy w swym życiu. Hormony całkowicie uderzyły jej do głowy. Obiekt westchnień w sekundę stał się mężczyzną idealnym. Zwykła znajomość przeistoczyła się w związek w tempie błyskawicznym. Ania i jej wybranek stali się niemalże nierozłączni, zadurzeni w sobie aż po końcówki włosów.

Poronienie to też strata. Dziecko nie musi ważyć 3,5kg, by mieć poczucie, że traci się swoje dziecko. W naszym katolickim kraju, gdzie chroni się życie od poczęcia, w sytuacji poronienia, to samo życie jest płodzikiem, bez znaczenia.

Jeszcze kilkanaście lat temu włosy łonowe „były” czymś naturalnym. Dlaczego „były”? Bo są nadal! Serwisy wmawiają, że „kostiumy kąpielowe nie pozostawiają kobietom wyboru”. A co? Jak ktoś zobaczy wystające włosy łonowe spod kostiumu, to nagle dozna zgorszenia? 

Chcę dotykać Twoją pipkę – tak zaczął, kiedy odłożyłam jego rękę z uda. Też mi coś! Pomyślałam. Czy ja jestem dzieckiem? Dlaczego tak wulgarnie? Zdziwił się moją bojową miną. Cofnął rękę i powiedział tylko: do jutra!

O „tym” rzadko mówi się na głos. Chociaż ostatnio coraz częściej, ale forma rozmowy pozostawia wiele do życzenia. Już od wieków nasze babki, matki o „tym” nie rozmawiały otwarcie, a dziadkowie, wujkowie czy ojcowie nie grzeszyli subtelnością i neutralnością języka.