Kobieta, lat trzydzieści i pół, poród jeden, naturalny, antykoncepcja IUD.

Takie dane widzi ginekolog/ginekolożka, gdy na monitorze otwiera moją kartę pacjenta. Najczęściej mnie zza tego monitora nie widać, więc rzut oka na człowieka następuje nieco później. Zaraz po przeczytaniu magicznego skrótu – I U D. Wewnątrzmaciczna spirala antykoncepcyjna. Teraz lekarz/lekarka już wiedzą. Przed nimi siedzi puszczalska.

Nie wiedzą, czy jestem dobrą mamą dla tego, kogo urodziłam naturalnie. Nie wiedzą, z kim żyję, ani jak żyję. Zyskali natomiast światły wgląd w moje życie seksualne i mają pewność, że jest ono rozwiązłe. Tę pewność zaraz przeleją na mnie, bo oto następuje chwila rozpoznania. Spojrzenie na tą, co siedzi po drugiej stronie biurka, wygląda na dość zadbaną, więc teoria się potwierdza. Ani chybi puszczalska. Fakt, przyzwoita nie jestem – prowadząc Pussy Project, wodzę inne kobiety na manowce masturbacji i poszukiwania ich orgazmów, ale przecież w mojej karcie nie ma o tym słowa. Dlaczego więc człowiek, który bierze ode mnie pieniądze za opiekę nad moim zdrowiem, chce i potrzebuje mnie oceniać? Jak się zdaje dlatego, że żadna przyzwoita kobieta nie zakłada sobie czegoś tak niemoralnego jak spirala. A wobec jawnej niemoralności nie można przejść obojętnie, szczególnie jeżeli samemu jest się istotą czystą moralnie.

Oczywiście można znaleźć sobie ginekologa/ginekolożkę którzy są tolerancyjni i mają wiedzę, i chodzić do nich od 18 roku życia do sędziwej starości. Czasem jednak twój zaufany lekarz wyjeżdża na stałe w poszukiwaniu lepszego świata, ma wakacje albo dzieje się jakieś sto innych rzeczy i musisz iść do obcego. Właśnie taka sytuacja przydarzyła mi się ostatnio i ona była pretekstem do powstania tego tekstu. Konieczność wykonania szybkich badań i sprawdzenia jakiś niepokojących objawów pchnęły mnie w objęcia 3 różnych lekarzy. Dwoje z nich – kobieta i mężczyzna zareagowali tak samo – mieszaniną wyższości nieco podszytej obskurantyzmem, z wyraźną niechęcią.

Z jakiegoś powodu lekarze tej profesji, pracujący w Polsce, nie dzielą przekonań swoich kolegów po fachu, działających w krajach europejskich. Temat zaciekawił mnie prawię dekadę temu, gdy zostałam brutalnie uświadomiona przez znajomą Polkę, mieszkająca w Hiszpanii. Ja twierdziłam podówczas, że spirala wewnątrzmaciczna nadaje się tylko dla kobiet, które już rodziły dzieci, a do tego obarczona jest niesłychanie wysokim ryzykiem powikłań. Tak ładnie odbił się na mnie imprint światopoglądowy. Znajoma zabiła mnie śmiechem, twierdząc, że w Hiszpanii spirale zakłada się powszechnie, są akceptowaną i uznana alternatywą dla pigułek i nikt w gabinetach bzdur nie wygaduje. Wtedy rozpoczęłam swoje małe śledztwo, które zakładało przepytywanie wszystkich napotkanych kobiet na temat zwyczajów antykoncepcyjnych w ich krajach. Śledztw jest jeszcze parę, więc materiału do pisania mi nie zabraknie.

Wyrywkowo, acz sumiennie indagowałam obywatelki Francji, Anglii, Irlandii, Niemiec, Austrii, Danii i krajów skandynawskich. Wszędzie to samo, no może oprócz Irlandii. Spirala istnieje, nie jest potworem z bagien wciągającym niewiasty w otchłań poniżenia i dzieciobójstwa. Zakładasz ją albo i nie, a lekarz pozostaje neutralny światopoglądowo wobec tego faktu. Inaczej niż w kraju nad Wisłą, gdzie spirala wewnątrzmaciczna jest dla części lekarzy w tej samej przegródce co pigułki wczesnoporonne i aborcja. Ich prawo, mogą mieć swoje sądy uformowane na dowolnej nieścisłości naukowej, jeśli to nie stoi w sprzeczności z ich profesjonalizmem. Ja chcę zobaczyć na drzwiach tabliczkę „lekarz ginekolog, zaangażowany w ruch obrony życia, przeciwnik spirali”. I będzie prosto w twarz.

Wizyta w pierwszym gabinecie nie utknęła na demonstracji spiralowej wrogości i na przemawianiu tonem wyższości moralnej. Jak w porządnym filmie groza rosła, aż sięgnęła apogeum, gdy poprosiłam o badania zawierające test na obecność wirusa HIV. Filmik z wyrazem twarzy lekarza podbiłby youtuba, gdybym tylko zdążyła wyciągnąć telefon. Wiem, że coraz mniej ludzi w tym kraju bada się na okoliczność HIV seropozytywności – między innymi temu zawdzięczamy nową, wzrastającą falę zarażeń. Wiem, że AIDS to choroba stygmatyzująca i ciągle ta nazwa z trudnością przechodzi nam przez gardło, gdy prosimy o badania. Ale – błagam! Możecie prowadzić bardzo ustabilizowane życie seksualne i zostać zarażone przez stałego partnera. Omijanie badań, w tym badań na obecność wirusa, jest złowrogą krótkowzrocznością.

Wróćmy do wyrazu twarzy dojrzałego wiekiem lekarza ginekologa, który patrzy na mnie zza bardzo luksusowych okularów. Przed chwilą nieco mnie spostponował, ale mu daruję, bo bardzo mi zależy na tym, żeby się dowiedzieć czy jestem chora na coś poważnego. W powietrzu wisi prośba o dodatkowe badanie (dlaczego badanie na AIDS nie jest w podstawowym zakresie badań?), a oni patrzy i patrzy, i wydyma wargi w grymasie niechęci. Wiadomo, trafiła mu się puszczalska. Nie dość, że nosi spiralę, to jeszcze chce się badać na hifa. Pewno sypia z kim popadnie. I jakieś dziecko ma. Pewno dziecko płacze samotne w ciemnym domu, w czasie gdy matka się szlaja. „No, każdy pijak to złodziej” – jak głosi nasze filmowe porzekadło.

Czy ten felieton ma pointę? Chyba nie. Oprócz przypomnienia o badaniach, oprócz próby zdjęcia odium zła z tej metody antykoncepcyjnej; mogę napisać, że za każdym razem, gdy spotkacie w gabinecie taki lekarski egzemplarz, patrzcie na niego jak na relikt epoki dinozaurów i myślcie o swoim zdrowiu. A jak już nie możecie zdzierżyć, warto rzucić proste pytanie – „czy Pan doktor/Pani doktor zgłaszała zarządowi lecznicy swoje ideologiczne preferencje?” U mnie podziałało.


Autor: Marta Niedźwiecka

Udostępnij ten post: