Tak, wiem, że tydzień temu wyznałam Ci, że jestem cnotką. To prawda, jestem. Ale prawdą jest, że jestem też zdzirą. Lafiryndą. Ladacznicą. Dziwką. Kurwą i szmatą.
Dlaczego?
Bo tak właśnie kultura patriarchalna określa kobiety, które są seksualne i się z tym nie kryją.
A więc i mnie.
Więc jestem puszczalska, jestem łatwa (chociaż tutaj pisałam o tym, że nie jestem łatwa), jestem wywłoką.

Kultura patriarchatu kontroluje kobiecą seksualność i nie pozwala kobietom na skrajności. Skrajnością jest być cnotką czy też odrzucić seks. Kiedy odrzucasz seks, sprzeniewierzasz się „naturalnemu powołaniu kobiety” do bycia matką. Jak śmiesz? Jak śmiesz odrzucić mężczyzn? Jak śmiesz powiedzieć „nie” wszystkim tym cielesnym rozkoszom?!
Skrajnością jest też świadome zarządzanie własną seksualnością. Świadomy seks. Świadome wybory. A szczególnie wybory poza heteronormą. Poza monogamią. Piętnastu kochanków? „Tak się nie godzi!” A można tak żyć i mieć się dobrze. I nie znaczy to, że aby mieć kochanków czy kochanki, musisz rezygnować z małżeństwa czy macierzyństwa. Możesz mieć i to, i to. I wobec wszystkich i samej siebie być fair.

Słowa takie jak „zdzira” czy „cnotka” to etykietki mające zdyscyplinować kobiety wolnomyślicielki do tego, aby stały się „porządnymi kobietami” i zamiast realizować się w celibacie czy cudzołóstwie, zostały żonami i matkami. Aby trafiły do bezpiecznego mainstreamu kobiecej seksualności. Nie za zimna, nie za gorąca. Nie za cnotliwa, ale i nie wyzwolona. O, taka sobie uśredniona.

Jest tylko jedno ale.
Nawet, gdy będziesz starać się całą sobą, zawsze jakiś kawałek Ciebie będzie odstawał w jedną lub drugą stronę.
Na tym to właśnie polega – nigdy nie zadowolisz tego systemu.
Zawsze będzie istnieć niebezpieczeństwo, że ktoś nazwie Cię zdzirą lub cnotką.
Ale gdy te epitety przestaną Cię straszyć, odzyskasz utracony kwałek wolności.

Tak sądzę. Ale mogę się mylić.
W końcu jestem tylko zdzirą.
Albo cnotką.
Sama nie wiem, co gorsze.

Udostępnij ten post: