Miało być o seksualności i będzie. O tym, jak moja seksualność poszła sobie w siną dal i jak powoli wraca.

Środa, kilkadziesiąt minut do godziny zero.

Miało być o seksualności i będzie. O tym, jak moja seksualność poszła sobie w siną dal i jak powoli wraca.

Ja. Wiek: 30+. W zestawie choroba, z którą „bujam się” od lat prawie dwudziestu. Powoli, po kawałeczku, zabrała mi tę część życia, która znajduje się za drzwiami sypialni. W przenośni. Bo znajdowała się w różnych miejscach, od dzikich plaż, po linoleum w łazience wynajmowanego mieszkania.

Zaczęło się trzy lata temu.

Na początku ciążyć zaczęło kupowanie seksownej bielizny – trudno to robić, jeśli w lustrze przymierzalni widzi się coś, co nie wygląda ładnie. Zmieniona skóra na rękach i nogach zupełnie nie komponuje się z koronkami i tiulami.

Tak więc patrzę w to sklepowe lustro, ogarnia mnie zwątpienie. Nie, dosyć.

Z opuszczonym wzrokiem ściągam z siebie te śliczności, no bo kogo ja chcę oszukać, komu się takie coś spodoba. W środku – nie znajdująca ujścia wściekłość i bezsilność, aż mi się trzęsą ręce.

Związek, z początku dość satysfakcjonujący, funkcjonuje dalej, ale od trzech lat na zasadzie białego małżeństwa. Bo: a) ja mam problemy z akceptacją swojego ciała; b) mężczyzna mój wcale mi nie pomaga.

W moim związku zabrakło w pewnym momencie inicjatywy drugiej strony. Doszło do mnie, że to ja inicjuję seks, a ON poddaje się mojej sugestii. Nie ma sugestii – nie ma seksu. Tak, pamiętam, na początku wspominał, że ma niewielkie potrzeby seksualne.

Nie pamiętam kiedy usłyszałam jakikolwiek komplement od Niego, a przypuszczam, że na początku seksualnej posuchy byłoby to coś, co wyrwałoby mnie z marazmu, w jaki wpędza mnie – nie ukrywajmy – własna, wypaczona przez chorobę i obserwowany kult idealnego ciała, psychika.

Przypominałam sobie, z sentymentem, zapał wcześniejszego mężczyzny, który z wypiekami na twarzy zrywał ze mnie ubranie, bo pragnął.

A obecny, od prawie pięciu lat? Jaki bilans?

Od trzech lat zero seksu, zero bliskości. Nie robi mu to. Mi też nie. Już nie. Zaniedbany, tłumaczący się, że jest mężczyzną, a nie lalusiem. Ok. Niech mu będzie, niech sobie będzie tym 100% mężczyzną, z dziurami w zębach. Skończyło się całowanie. Bezboleśnie. Odetchnęłam z ulgą, kilkakrotnie próbując nawiązać do tematu wizyty u dentysty. Przestałam, gdy któregoś dnia usłyszałam, że sama nie jestem idealna. Nigdy nie twierdziłam, że jestem, ale co ma ideał do higieny?

No więc najpierw – nie całujemy się. Potem ja ulegam wypadkowi, który utrudnia mi codzienne życie. A Jemu nagle zbiera się na amory. Odmawiam, bo obolałe ciało ani myśli o przyjemności, pogrążone w procesie gojenia. Jego palce duszą moją łechtaczkę, zamiast wzbudzać dreszcze i chęć na jeszcze. Wszystko chaotyczne, na odpierdol. Odsuwam jego rękę raz, drugi. Rezygnuje, chyba nawet nie zauważa, w jakim jestem stanie.

Pogrążamy się dalej. Moja pewność siebie i niechęć do własnego ciała jest na etapie, kiedy seks jest jedną z ostatnich rzeczy o której myślę.

Nawet filmiki z redtube przestają mnie kręcić. Odpuszczam, skupiając się na innych aspektach życia.

Mijają te trzy lata, mamy chwilę obecną. Stare, dobre małżeństwo. Dalej zero kontaktu fizycznego. On dalej nie był u dentysty.

Seksualność we mnie się znów budzi, ale jej nowa wersja nie obsługuje Jego. Zaczynam fantazjować o innych mężczyznach. Szczególnie wyczulona staję się na męskie głosy. Czy od słuchania kogoś można mieć mokro w majtkach? Zakładając, że ma się lat 33 i nie słucha się Justina Biebera? Można. Zwłaszcza gdy głos należy do mężczyzny dojrzałego.

Dwa, trzy miesiące temu. Seksualność rozciąga się we mnie, jak kocur na słonecznym ganku, po całej nocy kocich harców. Odnawiam zawartość kosmetyczki. Nowe cienie, błyszczyk. Poświęcam kilka tygodni na wyszukanie perfum, które będą współgrać ze mną. Znajduję.

Objawy choroby dalej ograniczają ilość pokazywanego ciała, ale…jest progres. Marzę o seksie. Fantazjuję. Eyelinerem wydobywam kurwiki z oczu. Zastanawiam się, jak smakują usta klienta, z którym rozmawiam, a którego głos działa tak, jak wspomniałam wyżej. Uśmiecham się profesjonalnie, a w głowie odtwarzam już szósty scenariusz; ja i on pod prysznicem, zaparowana łazienka, jego dłonie ściskające moje piersi. Oj, jak miło, że znów tak mogę.

Po trzech latach całkowitej oziębłości czuję, że znów zaczynam żyć.

Tekst ukazał się w ramach konkursu z Lelo.


autor: Kotarka

Udostępnij ten post: