Mój idealny związek z szytym na miarę facetem rozpadł się niespodziewanie. Przeżyłam taki szok, że nie byłam w stanie słowa z siebie wydusić w jego obecności, w tamtej chwili grozy. Później odczuwałam za to przymus rozmawiania o tym.

Kiedy pod rękę nawinęła się N., powiedziałam o całej sytuacji także jej. Jakąś godzinę później porządnie tego pożałowałam. Sama nie wiem, na co liczyłam? Przecież byłam świadoma, jakie podejście do seksu i mężczyzn ma moja szanowna koleżanka. Całkiem negatywne. 

Najbardziej zadziwił mnie fakt tego ogromnego zdumienia ze strony N., kiedy powiedziałam, że K. wciąż siedzi w mojej głowie. Podejrzewam, że gdybyśmy rozmawiały face to face, na jej twarzy namalowałby się wielki grymas nieskrywanego zadziwienia i niedowierzania. Jakim cudem w ciągu dwóch miesięcy bycia ze sobą, a czterech znania się, jeden facet tak zawrócił mi w głowie, że w trzy dni po rozstaniu ciągle o nim myślę? Przecież to niemalże niemożliwe. A może wpychanie mnie w ramiona innych facetów miało być jakąś tajemną techniką terapeutyczną, aby zrobiło mi się lepiej? Najbardziej spodobało mi się wpychanie mnie w ramiona Młodego, którego przecież dawno już skreśliłam. I kolejne zadziwienie N., że jak to w ogóle możliwe, że M. nie przybiega do mnie z ogromnym bukietem czerwonych róż, skoro znów stałam się „dostępna”… Stopniowo wszystko mi opadało. Pomyślałam sobie, że ktoś tutaj naoglądał się hollywoodzkich produkcji na temat wielkiej miłości i tak oto wyglądają konsekwencje w postaci stereotypowych przekonań. Ok., zdarza się i najwyraźniej jest nieuleczalne.

W dalszej części rozmowy dowiedziałam się, że jestem odważna, że chciałam tak szybko „oddać się” K. Przyznaję, mam alergię na zwrot, którego tak często używa wiele kobiet: „oddać się mężczyźnie”. Przestałam zatem to ignorować i skomentowałam, że nie jestem jakąś rzeczą, żeby się komukolwiek oddawać.

Minutę później zamiast „oddać się” pojawiło się „dać się przelecieć”. Tak, chyba najwyraźniej wyszłam na jakąś totalnie puszczalską kobietę, która nie potrafi trzymać nóg razem. Ale nie, N. mnie nie oceniała, no skądże! Sama podkreśliła, że seks i religia to sprawa indywidualna i ona nie mówi mi, że zrobiłam dobrze czy też źle. Powiedzmy, że komunikat i metakomunikat trochę ze sobą w tym kontekście nie współgrały, ale ok. Skoro język kształtuje nasze spostrzeganie rzeczywistości, to czy w ogóle możliwym jest, aby postrzegać seks i własną seksualność pozytywnie, używając określeń „oddać się”, „dać się przelecieć”, „ostro się szanować”? Nie sądzę. Ale widzę, że to też jest słabo uleczalna przypadłość. Przecież wszyscy mężczyźni są źli i myślą tylko o seksie. I o tym, aby kobietę bzyknąć i zostawić. A, jeszcze zdradzić po drodze, zapomniałabym!

Nie pomyślałam nigdy, że moja chęć uprawiania seksu z K. była aktem jakiejś szczególnej odwagi. Dla mnie była to sprawa tak naturalna jak oddychanie. Widziałam obustronne zaangażowanie, więc dlaczego miałabym w sposób całkiem sztuczny czekać jeszcze nie wiadomo jak długo? Tak, w sumie już wiem dlaczego. Dlatego, że jest to sposób na przetestowanie mężczyzny i jego prawdziwych zamiarów. Jeśli wytrzyma pół roku bez seksu i pieszczot, to znak, że kocha naprawdę. Wspaniale! Po takim teście można mu się spokojnie oddać i z ulgą rozłożyć nogi…


autor: Ruda

Udostępnij ten post: