Pomyślałam sobie ostatnio, że matki odgrywają niezwykle istotną rolę w procesie kształtowania się seksualności własnych córek. Wiem, mało to odkrywcze, ale przyszło mi do głowy po kilku urywkowych zdaniach wymienionych z moją rodzicielką na „te tematy”.

Oczywiście nigdy nie nazwane wprost. Jeszcze całkiem niedawno spotykałam się z K. Tak się składa, że sprawy między nami potoczyły się dość szybko. Dość szybko – jak na oko pewnych obiektywnych, zewnętrznych obserwatorów. Dla mnie było to całkiem naturalne, nie widziałam w tym nic problematycznego. Jak dziś pamiętam zaskoczenie w głosie mojej rodzicielki, kiedy któregoś pięknego poranka odebrałam telefon i radośnie oznajmiłam jej, że nie, wcale nie ma mnie w mieszkaniu, ponieważ jestem w łóżku K.

Podczas którejś kolejnej rozmowy usłyszałam pytanie, czy przypadkiem nie przesadzam z tym nocowaniem u niego? Nie wspominając o tym, że on również nocował u mnie, co zapewne nie obeszło się bez rozmyślań mojej szanownej rodzicielki. Spytała nawet, dlaczego nie poszłam wówczas spać do pokoju mojej współlokatorki, tylko spałam z nim. A raczej: na pewno nie spałam, tylko robiłam „inne rzeczy”. Ha, zupełnie jakby „innych rzeczy” nie można robić także za dnia, podczas krótkiego spotkania… Wywołało to pewne rozbawienie na mojej twarzy. Jak gdyby nie można seksu nazwać po imieniu. Inna sprawa, że nie uprawialiśmy wtedy seksu, tylko zwyczajnie ograniczaliśmy się do pieszczot. W każdym razie zarówno rozmowa o „innych rzeczach”, jak i o seksie nazwanym seksem zapewne wywołałaby we mnie pewną blokadę. Niestety, tak się składa, że raczej nigdy o „tych sprawach” z mamą nie rozmawiałam. Ani w wieku lat kilku, ani kilkunastu. I jakoś nie zamierzałam zaczynać w wieku lat dwudziestu czterech. Podejrzewam, że byłaby to swego rodzaju rozmowa umoralniająca pt. „jak to możliwe, aby tak szybko spać z mężczyzną w jednym łóżku?!” Ano, możliwe.

Pamiętam, że jakiś czas później przydarzyła nam się jeszcze jedna rozmowa o seksie nienazwanym seksem – a raczej pewna wzmianka, wtrącenie w trakcie szerszego tematu. Zdanie przyjęło formę reprymendy i tyczyło się tego, co zwykle – nocowania. Dowiedziałam się, że tak krótko go znam i powinnam lepiej poznać, a dopiero później ewentualnie sypiać u niego/on u mnie. A najpewniej najlepiej w ogóle nie sypiać. Owszem, można się poznawać i spotykać w domu, ale zostawanie na noc to już przesada. Ręce mi opadły. Oznajmiłam, że mamy inne zdania na ten temat i ucięłam wątek. Ok., wierzę, że to wszystko było powiedziane z troski, ale… moje życie seksualne to jednak moja prywatna, intymna strefa, do której nie można wejść ot tak, znikąd i znienacka.

Tak się składa, że niedawno mój związek z K. zakończył się nader niespodziewanie. Gdy mama się o tym dowiedziała, spytała, czy „nie żałuję tego?” – w domyśle zapewne chodziło jej o tę naszą seksualną zażyłość, której tak szalenie wcześnie się dopuściliśmy. Zdziwiła się, kiedy odpowiedziałam, że nie. W tym kontekście było mi dobrze, nie działa mi się żadna krzywda – naprawdę nie mam czego żałować. Z tych wszystkich podchodów wnioskuję, iż moja mama ma w głowie taki tradycyjny model kobiety, mężczyzny i seksu. Wychowywała się w tzw. „innych czasach”, innym środowisku, z innymi wzorcami w tle. W zupełności wszystko to ogarniam. Pod tym względem jest między nami przepaść. Nie wiem, czy gdybyśmy nagle zaczęły rozmawiać o seksie, to byłybyśmy w stanie się porozumieć z uwagi na rozbieżność pewnych poglądów. Z drugiej strony tak sobie myślę, że może to i lepiej, że nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Gdyby całe życie mama wpajała mi patriarchalne, heteroseksualne normy, dzisiaj nie byłabym „mentalnie” w tym miejscu, w którym jestem obecnie. Być może zamiast przyjemności odczuwałabym poczucie winy, a wszelkie potrzeby seksualne odkładała na nieokreślone później z nieokreślonym tym jedynym. I nigdy bym się nie masturbowała, bo to takie nieprzyzwoite, a grzeczne dziewczynki tego nie robią… Że o użyciu wibratora nie wspomnę. Toż to dopiero perwersja!

Aż chciałoby się rzec: matko, kształtuj w swojej córce zdrowe i pozytywne podejście do jej ciała i seksualności.

Tak, myślę, że moja potencjalna przyszła córka będzie miała to zagwarantowane. 🙂


autor: Ruda

Udostępnij ten post: