Chcę dotykać Twoją pipkę – tak zaczął, kiedy odłożyłam jego rękę z uda. Też mi coś! Pomyślałam. Czy ja jestem dzieckiem? Dlaczego tak wulgarnie? Zdziwił się moją bojową miną. Cofnął rękę i powiedział tylko: do jutra!

Całą drogę od niego do domu myślałam, czy jestem obiektem pożądania, czy to coś więcej, wyrażone w mało subtelny sposób. Przedmiotowe, szybkie, ot, podotykam sobie. A co mi tam. Byliśmy sam na sam, po raz pierwszy bliżej i takie określenie! – nie mogłam wyjść z oburzenia.

Kiedy dotarłam do domu, padłam na kanapę i wciąż myślałam: co chciał mi zakomunikować? Zaczęłam wymieniać nazwy, jakie znam na moją „część ciała”. „Cipka”, „wagina”, „srom”. Okropne. Sromota dla kobiet mieć między nogami takie „coś”. Stwierdziłam więc, że pipka mi się podoba. I że mój adorator wcale mnie nie chciał obrazić. Obraziłby mnie, gdyby powiedział: „cipa”, „tam”. Z jednej strony przecież mamy grube słowo, a z drugiej, tabu. Jakbym nic nie miała i nie czuła albo była „na sprzedaż”.

„Pipka”. Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałam się, jak wygląda, nie dotykałam jej, nie muskałam. Była dla mnie do pierwszego razu, który oczywiście musiał być nieprzyjemny i musiał cholernie boleć, miejscem sikania. Nie miejscem pieszczot, zabiegów. Dopiero z biegiem lat odkrywałam, że wokół „pipki” kręci się cały przemysł. Dopasowane majteczki, stringi, koronki, majteczki z „dziurką”. Zaczęłam najpierw zwracać uwagę na to, co ubieram, a potem, z konieczności estetycznej, zaczęłam oglądać siebie, jak prezentuję się w bieliźnie. Jak wygląda „to tam”. Nie byłam z „tego” zadowolona, ale zostawiłam wszystko biegowi czasu. Do momentu, aż mój ówczesny partner nie powiedział: czy Ty nie robisz „małej” fryzury?

Osłupiałam. Że co? – zaczęłam go wyśmiewać. Nie podoba Ci się, to zmień obiekt seksu. – Ależ nie – powiedział. Po prostu jeśli mi zaufasz, ogolę ją.

Czułam tylko, jak wypieki wypełniają moje policzki. Przecież golą się kobiety, które dają za pieniądze… takie miałam przekonanie o dbaniu o wygląd intymny. Chcąc nie chcąc, uległam. Urok tego mężczyzny był dla mnie wystarczającą nagrodą za katusze. Bo rzeczywiście potem je przechodziłam. Wszystko mnie swędziało, jakbym dostała pokrzywki, uczulenia. Nie byłam w stanie normalnie chodzić, pocierałam się o różne miejsca. Jak robią to inne dziewczyny? Napisałam na forum kobiece. Z drugiej strony, czułam, że nie lubię być „naga”. Powiedziałam partnerowi o swoim odczuciu. – Jak chcesz – ze spojrzenia wywnioskowałam, że nie będę „tam” pieszczona.

Goliłam się więc z rzadka, raczej przycinając owłosienie i zostawiając fantazyjne kółko. Dużo wygodniej, mniej „goło”. Ale „pipka”? Wzięłam lustro i niemal na nim usiadłam. – Co tak naprawdę mam między nogami? – nigdy się sobie nie przyglądałam. Pamiętałam co prawda przekrój „żeńskiego narządu rozrodczego”, jak to ładnie opisywali autorzy podręczników do biologi. „Sztuka kochania”? Mówiła o pochwie. A to tylko część „narządu”. „Pipki”. Postanowiłam się dotknąć, sprawdzić, jak reaguję. Ależ było przyjemnie! To było to! Ale zaraz, potrzebuję do tego pomocnika. Chwyciłam za telefon:

– Przepraszam, że tak zareagowałam. Miałeś rację. To jest PIPKA! – krzyknęłam.

– A widzisz, ja bardzo lubię ją tak nazywać – zachrypiał adorator.

– Chciałbyś ją zobaczyć? – powiedziałam, choć paliło w gardle.

– Kiedy?

– Nawet teraz. Mam na to właśnie teraz ochotę. Dopiero ją odkryłam. I muszę powiedzieć, że masz podwójną rację. Ona jest ładna.

W międzyczasie przeszła mi przez głowę jedna myśl. My nie uczymy się seksualności od siebie. My się jej wciąż uczymy od facetów. To oni widzą nasze „cipki”, „pipki”, „muszelki”, „krzaczki”, one je podniecają. My chcemy je wciąż ukrywać, wstydzimy się, kiedy o nich mówią. Wciąż są dla nich, a nie dla nas, jakby istniały tylko w momencie zbliżenia, pieszczot, bliskości. Kiedy je wreszcie odkryjemy dla siebie?


autor: Śnieżynka

Udostępnij ten post: