Choć wcale nie było łatwo, prowadzę teraz bogate i szczęśliwe życie seksualne. Jestem żywym przykładem na to, że zdecydowana większość naszych problemów ma swoje źródło w głowie. Z wewnętrznymi demonami walczy się trudno, ale da się wygrać…

Jako mała dziewczynka byłam molestowana seksualnie. Z jednej strony nikt mnie nie obronił, z drugiej jednak nie wpojono mi jeszcze powszechnych przekonań na temat gwałtu. Odbierałam więc całą sytuację bez naleciałości światopoglądowych, przemoc seksualna była dla mnie przemocą jak każda inna, nienaznaczoną wstydem i poczuciem winy. Oczywiście, że czułam się z nią źle, nie chciałam jej, próbowałam unikać, szukać pomocy, bronić się, ale w gruncie rzeczy reagowałam na nią podobnie jak na łaskotanie, którego nigdy nie znosiłam, a które z dziwnego powodu dorośli uważali za zabawne…
Po dziś dzień nie lubię być dotykana przez nikogo spoza kręgu najbliższych, unikam składania życzeń z przytulaniem czy siadania obok kogoś w autobusie, tłok i przypadkowe ocieranie się o siebie wzbudzają we mnie agresję. Kiedy jako nastolatka – już odpowiednio zindoktrynowana – zaczęłam odczuwać popęd seksualny, natychmiast skojarzyłam go z bólem, niebezpiecznie zmierzając w stronę masochizmu. Dość długo po orgazmie miewałam napady złości, zupełnie niezrozumiałe dla moich partnerów.
W końcu spotkałam jednak mężczyznę, z którym zbudowałam głęboką relację. Z czasem jego dotyk stał się kojący i zaczął przywoływać same pozytywne skojarzenia, dawać poczucie bezpieczeństwa i siły. Oboje musieliśmy być cierpliwi, bo trochę trwało zanim złość ustąpiła radości, zanim przyjemność seksualną przestałam kojarzyć z bólem… Dopiero wtedy mogłam naprawdę zacząć odkrywać możliwości, jakie daje moje ciało, w pełni cieszyć się bliskością i drugim człowiekiem. Dopiero wtedy zaczęła się wielka przygoda.
Teraz, po latach, sądzę, że sama nie dawałam sobie przyzwolenia na czerpanie satysfakcji z tej sfery życia, w dużej mierze właśnie dlatego że społeczeństwo nie daje go ofiarom przemocy seksualnej. Zewsząd płynie komunikat, że już zawsze powinnyśmy być okaleczone i nieszczęśliwe, że coś z nami jest nie tak. Tymczasem z nami jest wszystko w porządku, my nie zrobiłyśmy nic złego i wcale nie musimy nosić po kres naszych dni piętna wstydu. Mamy prawo kochać i być szczęśliwe, w pełni uleczyć same siebie. A najlepszym lekarstwem jest oczywiście miłość, ale nie ta, którą może nas ktoś obdarzyć, a ta, na którą możemy pozwolić sobie same…
Artykuł ukazał się w ramach naszej zabawy – Seks i szczerość. Ty też możesz wziąć w niej udział! Kliknij tutaj!

autor: Aśka

Udostępnij ten post: