Szesnaście miesięcy starań o dziecko zniszczyło nasze życie seksualne prawie tak samo jak Niemcy Warszawę w latach wojny.

Pozostała po nim tylko szarość, zgliszcza, cisza. Napięcie spowodowane „robieniem dziecka” wykończyło mnie psychicznie. Oddech poczułam dopiero w 15 cyklu starań, kiedy pojechaliśmy nad Bałtyk na urlop. 

Międzyzdroje powitały nas najcieplejszą wodą na Polskim Wybrzeżu i pogodą jak z tropików. Zachody słońca, atmosfera miasta, bajeczna pogoda, plaża, leniwe popołudnia samoistnie oderwały mnie od ciągłego myślenia o staraniu się o dziecko. Poczułam się jak nowonarodzona, beztroska, jednak gdzieś z tyłu mojej głowy czaiła się ta myśl, że trzeba pilnować pomiarów podstawowej temperatury ciała, testów owulacyjnych a po powrocie zgłosić się na USG.

Po powrocie z urlopu zaczęłam analizować każdy aspekt naszego wspólnego życia, i doszłam do wniosku, że wszystko kręci się tylko dookoła „robienia dziecka”. Będąc na urlopie, odpoczęłam od tego stosunkowo dobrze. Chciałam się w końcu od tego oderwać…

Z pomocą nieświadomie przyszła moja szwagierka, podsuwając mi lekturę „50 twarzy Greya”. Słyszałam co nie co o tej powieści i nie ciekawiła mnie zbytnio, bo w seksie już raczej nic by mnie nie zaskoczyło, w młodości eksperymentowałam na potęgę. Z resztą przecież ja nie cierpię współczesnych powieści! Owszem, jestem molem książkowym, jednak w moich rękach gościły dotychczas klasyki typu „Noce i dnie”, literatura II wojny światowej oraz cała gama biografii. Wzięłam jednak książkę i … zostałam wciągnięta na amen. Nie wiem co w tej lekkiej, erotycznej lekturze jest takiego, ale przyciąga jak magnes. Grey przypomniał mi pewnego mężczyznę którego znałam na długo zanim poznałam mojego męża. Łączył nas krótki związek ale… Boże co to był za związek…! Kiedy się spotykaliśmy, całe noce upływały nam na ostrym, ale bardzo zmysłowym seksie. Zanim poznałam tego mężczyznę, moje życie seksualne był „waniliowe” jak określa Grey w książce. Potem już wszystko było inaczej. Rozstanie, które nadeszło zniszczyło mnie psychicznie jednak po kilku latach stwierdzam, że było nieuniknione. To były moje pierwsze przemyślenia przy lekturze Greya… Im bardziej zagłębiałam się w ten porno-romans, tym bardziej skłaniałam się ku wnioskowi, że staliśmy się maszynami, które w określonym momencie muszą kopulować. Orgazm służył przez długie miesiące jedynie po to, by pomóc plemnikom dostać się tam, gdzie trzeba. Obudził się we mnie bunt…

Termometr do pomiarów podstawowej temperatury ciała poszedł w odstawkę, tak samo wykresy, testy owulacyjne, nawet ginekolog zaproponował parę miesięcy przerwy od zaglądania w głąb mnie. Czekała mnie jeszcze tylko rozmowa z dość konserwatywnym mężem… Mimo że nie lubi udziwnień w życiu erotycznym, zaczął poddawać się jak plastelina. Powróciły dawne pieszczoty, o których już daaaawno temu zapomnieliśmy w wirze starań o dziecko, powrócił spontaniczny seks, mąż mój nabrał więcej odwagi do eksperymentowania a ja w końcu po półtora roku poczułam się kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu.

Teraz zastanawiam się, czy to ta książka, nazywana „powieścią dla niedorżniętych mężatek”, czy tęsknota za byciem po prostu człowiekiem, poruszyła mnie do takich zmian. Szczerze? Nie wiem. Brnę jednak w świat Greya dalej i po prawie każdej sesji z książką zaciągam męża do łóżka. Więcej fantazjuję, banalnie zaczęłam więcej o siebie dbać, by z „żony w dresach” stać się „żoną kochanką”. Mój mąż jest dla mnie najprzystojniejszym mężczyzną na świecie, szczupły z urodą nieco podobną do Arabów – ciemna karnacja, brunet, wielkie brązowe oczy przykryte zasłoną długich rzęs. Jego zdolności seksualne nie pozostawiają żadnych zastrzeżeń. Dlatego przy lekturze, która tak bardzo pobudziła moją kobiecość do życia, nie potrzebuję kochanka. Przez czas starań o dziecko zapomniałam o tym, że mam tak pięknego mężczyznę w domu. Jak to się stało?

Dziś, 18 sierpnia przypada pierwsza rocznica naszego ślubu. Pamiętam jak tego dnia byłam szczęśliwa, kiedy mój ukochany dziadziuś prowadził mnie przez cały kościół do ołtarza; uśmiechałam się od ucha do ucha, widząc mojego ukochanego z ogromnym bukietem kwiatów. Jak to się mogło stać, że przez te wszystkie miesiące kiedy staraliśmy się o dziecko i szukaliśmy powodu, dla którego do nie ma, zapomniałam o tym wszystkim? Nie chcę zapominać, i nie chcę grzebać w gruzach już nigdy ani swojej kobiecości, ani jego męskości. Niech rosną i kwitną bujnymi kolorami, mnogością zapachów, tworzą nasz własny intymny świat.

Zobacz też: 50 twarzy Greya – recenzja


autor: Marzena

Udostępnij ten post: