Odkąd obserwuję siebie i swoją seksualność zauważyłam nie tylko, jak ona bardzo się zmienia, ale również to, że co innego jest dla mnie ważne i co innego mnie podnieca w związku z mężczyzną, kobietą i mną samą.

Moja seksualność jest dla mnie jak woda, która przybiera coraz to inne kształty. 

Może zacznę od końca, czyli od samej siebie. Obserwowałam siebie w różnych związkach, ale od jakiegoś czasu jestem sama i mam poczucie, że istnieje jakaś część mnie i mojej seksualności, która jest tylko dla mnie i stanowi moje prywatne misterium, którym się nie chcę dzielić. Chodzi mi konkretnie o kwestię miesiączki. Nigdy nie było dla mnie problemem uprawianie seksu podczas miesiączki i wprowadzanie partnera w tajniki mojego cyklu. Ale w pewnym momencie, po tym jak znowu kochałam się podczas miesiączki z kolejnym partnerem, poczułam, że tego nie chcę. Że miesiączka jest czasem wyłącznie dla mnie, że wcale nie pragnę, żeby mężczyzna wtedy mnie dotykał, wchodził ani ze mną był w jakikolwiek fizyczny sposób. Chcę być sama ze swoją miesiączką, swoją cipką, jej niezwykłym zapachem w tym czasie. I chcę celebrować to niezwykłe święto sama lub ewentualnie w gronie innych kobiet. Idea czerwonego namiotu nagle zaczęła mieć dla mnie sens i zaczęłam sobie sama budować swój metaforyczny czerwony namiot. Zaczęłam również się golić sama dla siebie i chodzić w kulkach gejszy, żeby mieć lepszy kontakt ze sobą i dla siebie, żeby moja cipka po prostu sama dla siebie fajniej się czuła.

Jeżeli chodzi o moją seksualność w kontekście mężczyzny, oznacza ona dla mnie przede wszystkim kontakt genitalny i analny. Mężczyźnie się oddaję. Podnieca mnie sprawczość mężczyzny, jego siła i energia podczas samego aktu; podnieca mnie to, że on się mną podnieca. Podnieca mnie to, jak na niego działam i jak podchodzi do mojego ciała, aniżeli on sam jako mężczyzna. Nigdy niczego nie robię ze sobą – w sensie wyglądu – dla mężczyzny. Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale przy mężczyźnie i tak mam gładką skórę, a moje owłosieniu w porównaniu z jego jest żadne. To może niestandardowe, ale nigdy żadnego randki ani związki nie skłoniły mnie do większego dbania o siebie. Jeśli zależało mi na swoim wyglądzie, to poprawiałam go dla siebie albo dla innych kobiet. Dla mężczyzn zawsze jestem seksowna, jaka jestem, ponieważ mam bardzo kobiecą budowę i to jest dla nich wystarczające.

Zupełnie inna sprawa przedstawia się z kobietami. Jeśli ktoś mobilizuje mnie, żeby poprawić swój wygląd, stan skóry, to jest to kobieta – inna kobieta, która mi się podoba, bądź przyjaciółka. Mężczyźni i tak rzadko kiedy są w stanie dostrzec, że byłam u kosmetyczki albo u fryzjera. Kiedy pierwszy raz umówiłam się z kobietą, następnego dnia byłam u kosmetyczki wydepilować wąsik, a tydzień później umówiłam się na zabieg oczyszczający twarz. Nie mogę spotykać się z inną kobietą i być owłosiona, pełna zaskórników i niezadbana. Dla kobiety pragnę być miękka, delikatna, wypielęgnowana – naprawdę świeża. Zależy mi na tym, żeby być czułą i miękką w dotyku kochanką – kobiety. To dla mnie też część seksualności.

W związku z kobietą podnieca mnie jej cipka, jej ciało, jej skóra, jej piękne długie włosy, to jak się porusza, jej wypielęgnowane dłonie. W związku z mężczyzną tylko jego reakcja na mnie, to że się podnieca ze względu na mnie. Jeżeli chodzi o mnie samą, to uwielbiam swoją cipkę, swój cykl, swoją skórę i twarz. To wszystko jest dla mnie seksualnością – najważniejszą częścią mnie, która określa mnie w stosunku do siebie samej i innych ludzi.

Tekst ukazał się w ramach konkursu z mężczyzną w tle.


autor: Mariola

Udostępnij ten post: