Zobaczyłam ją na zdjęciu kilka lat temu. Wyglądała pięknie. Teraz wiem, że nie tylko dobrze wygląda, ale i bardzo dobrze się jej używa.

Wisi sobie w satynowym etui przy łóżku. Zawsze jest na wyciągnięcie ręki. Odkąd ją mam, chcę mieć ją blisko, dlatego nigdy nie zamykam jej w szufladzie, myślę, że mogłaby tam czuć się samotna. Jej oficjalne imię to Gigi (tu ją możecie zobaczyć na stronie producenta). Dla mnie jednak jest lelakiem, bo wyprodukowała ją szwedzka firma Lelo.

Gigi nie jest dizajnerska, ale wysmakowana. Jest wibratorem z wyższej półki, bardzo ładnym. Samo patrzenie na niego, to przyjemność estetyczna. Została zaprojektowana do stymulacji strefy G i dobrze się w tym sprawdza. Jest delikatnie wygięta i lekko spłaszczona na końcu, idealnie dopasowuje się do anatomicznych kształtów – wiem, że to brzmi, jak tekst z reklamy, ale tak właśnie pomyślałam po pierwszym orgazmie. Mój punkt G jest bardzo zadowolony, gdy ma z nią do czynienia. Oczywiście można ją też użyć do trochę głębszej penetracji, jak i do stymulacji całej strefy krocza. Spłaszczona główka „dobrze robi” także łechtaczce. Gigi to jeden z niewielu wibrtorów (a może jedyny typu lekko fallicznego), który tak dobrze można docisnąć czy też dopasować do łechtaczki i okolic. Z wibratorem bardziej zaokrąglonym na końcu to już nie to – mniejsza powierzchnia zetknięcia, słabsza stymulacja.

Dotyk

Dla mnie wielką zaletą jest to, że jest wykonana z miłego w dotyku silikonu medycznego (ta część służąca do użytku wewnętrznego, zewnętrzna to plastik), który jest gładki, ma zupełnie neutralny zapach, łatwo się myje. Dotyk tego wibratora, zarówno gdy jest włączony i wyłączony, jest bardzo miły, nigdy nie jest zimny (tak jak np. szkło). Nie jest aksamitny, ale mi się kojarzy z czymś miękkim, aksamitnym właśnie, a jednocześnie gładkim – bo Gigi dobrze się ślizga, nie stawia oporu i nie trzeba używać do niej wielkich ilości żelu poślizgowego.

Wykonana jest bardzo precyzyjnie z bezpiecznego dla zdrowia materiału, nie czuć żadnych spojeń czy nierówności (co czasami przy tych zabawkach nieco gorszej klasy się zdarza). Nie jest wibratorem elastycznym, giętkim, nie ma elastycznej końcówki (niektóre wibratory czy silikonowe dilda można trochę odgiąć), ale mimo że się nie wygina w żadną stronę, wciąż robi na mnie wrażenie wibratora „miękkiego”.

Tryby wibracji

Ma bardzo poręczny panel, składający się z 4 przycisków. Osobnymi guzikami zmienia się tryby (jest ich 5 – standard, pulsacja wolna, szybsza pulsacja i bardzo szybka (którą nazywam trybem „na dobicie”, bo wydaje mi się, że z takim rytmem orgazm osiągnęłabym w 10 sekund, oraz fala, czyli opadanie i spadanie – bardzo przyjemny tryb), innymi reguluje się moc, plusikiem – mocniej, minusikiem – słabiej. Panel jest naprawdę bardzo wygodny, gdyż pomiędzy trybami można przechodzić na każdym poziomie wibracji (niektóre wibratory innych firm mają prostsze panele lub jedno pokrętło i nie da się zmienić trybów np. ze standardu na falę bez zmiany siły wibracji). Bardzo mi to odpowiada, bo prawie zawsze nastawiam wibrator na najdelikatniejsze obroty i nie lubię zmieniać ich na najmocniejsze, a lubię za to poskakać sobie między trybami.

Gigi jest też wibratorem bardzo cichym. Oczywiście na najmocniejszym biegu słychać, że coś jest włączone, ale nie sądzę, żeby było to słychać w drugim pokoju, można więc powiedzieć, że jest dość dyskretna – jeśli zależy Wam na dyskrecji lub też, jeśli z nastroju wybija Was „brzęczenie”, z nią będzie znacznie wygodniej.

Opakowanie

Opakowanie to pewnie najmniej istotna rzecz, ale dla mnie ma duże znaczenie. Gigi przychodzi do nas w eleganckim czarnym pudełku, razem z ładowarką, instrukcją obsługi, próbką żelu poślizgowego i satynowym etui, w którym możemy ją trzymać. To pudełko wygląda trochę jak pudełko na kolię lub elegancką bransoletkę. Na pewno go nie wyrzucę, bo jest po prostu ładne. 🙂

Ale, jak już pisałam, Gigi wisi przy łóżku w swoim etui. To etui – niby prosta rzecz – jest jednym z najfajniejszych „wykończeń” wibratora. Zazwyczaj trzymałam wszelkie gadżety w pudełku lub też szkatułce przy łóżku, wydawało mi się, że tak najwygodniej. Ale taki osobny woreczek na gadżet jest naprawdę bardzo praktyczny i doceniam jego istnienie. To, że jest, sprawia, że wibrator może sobie dyndać zawieszony na ramie łóżka i nawet nigdzie nie trzeba się schylać, żeby coś wyciągać, nie zakurzy się, nie pobrudzi. Można go też wrzucić do torebki i pojechać w podróż na koniec świata. Dla osób, które mieszkają z kimś lub mają dzieci, też to może być wygodne – niby jest, a nie ma, bo etui wygląda bardzo podobnie, jak etui np. na okulary słoneczne.

Plusy Gigi: Ładny wygląd, dobry panel, poręczność – leży w dłoni, miły dotyk i gładkość, idealne wykonanie – żadnych nierówności, wyczuwalnych spojeń, łatwość czyszczenia, dobre opakowanie + przydatne etui, bezpieczny dla zdrowia i środowiska (silikon medyczny), cichy.

Minusy Gigi: Nie zauważyłam żadnych. 🙂 No, nie jest wodoodporny, więc nie zabierzemy go do wanny. Jeśli masz ochotę kupić sobie wibrator na lata, to pewnie się opłaci wydać 300zł.

Myślę, że jest to jeden z wibratorów na „dobry początek”. Jeśli nigdy nie miałyście żadnego gadżetu, polecam ten. Jest naprawdę ładny, przyjemny w dotyku, do tego ma naprawdę sensowny rozmiar. Z powodzeniem można go też stosować jako dildo. Podoba się nie tylko mnie, ale także moim koleżankom, kolegom i partnerowi.


Dane techniczne:

  • Wymiary – 165 x 35 x 33 mm
  • Waga – 92g (leciutki:)
  • Bateria – Litowo Jonowa 500 mAh 3.7 V
  • Ładowanie – 2 h w 5.0 V 500 mA
  • Czas użytkowania – Do 4 godzin
  • Tworzywa – PC-ABS / silikon bezpieczny dla ciała

 

Udostępnij ten post: