Paulina

Mam stwardnienie rozsiane i nigdy nie miałam orgazmu z mężczyzną. Czy to przez SM? A może żaden z moich partnerów nie był odpowiedni, nie umiał zrobić mi „dobrze”? A może problem jest we mnie?…

Kiedyś myślałam, że to moja wina – nie umiem się na tyle otworzyć przed drugą osobą, żeby szczytować. Myślałam również, co stawiałam na pierwszym miejscu przyczyn (po przeczytaniu publikacji internetowych i paru książek), że stwardnienie tak już ma…

Z publikacji „SM i… seks” dowiedziałam się, że w trakcie choroby może dojść do uszkodzenia nerwów w mózgu i rdzeniu kręgowym, które są odpowiedzialne za prawidłowe funkcje seksualne, co powoduje zmniejszenie popędu seksualnego, zmniejszenie intensywności doznań seksualnych, nawet staje się to czasem nieprzyjemne i bolesne. Dochodzi do ograniczenia możliwości odczuwania orgazmu. Dotyczy to nawet 70% kobiet chorujących na SM. Uff, nie jestem sama, ale to nie zmienia faktu, że bardzo bym tego chciała…

I jeżeli sama, „na własną rękę” mogę, to chyba jest to wykonalne. Kiedyś się tego wstydziłam. Nie rozmawiałam o tym z partnerami (pomimo choroby było ich paru), nie przyznawałam się.

Kiedyś nawet byłam rok w związku i ani razu nie zdarzyło mi się mieć upragnionego orgazmu. Oczywiście nic nie powiedziałam partnerowi… Może dzięki seksualności kobiet, dzięki temu, że więcej czytam o innych kobietach, dowiadując się, że nie jestem sama z takimi problemami i można już otwarcie o tym rozmawiać, powiedziałam o tym mojemu aktualnemu chłopakowi. Na początku mi nie wierzył, uważał, że zmyślam, bo jak to możliwe? Takie rzeczy się nie dzieją… W końcu mi uwierzył – to przecież widać. I szczerość popłaca. Zauważam jego starania, chęć zrobienia tak, żeby to mi było dobrze, niekonieczne jemu. Próbujemy na różne sposoby i tradycyjny seks we wszystkich możliwych pozycjach (trzeba tu podkreślić, że nie dam rady zrobić wszystkiego – w końcu mam SM) i oralny i nawet kupiłam sobie mały masażer łechtaczkowy… no cudowna zabawka, ale dalej nic z tego…

Jesteśmy ze sobą dopiero dwa miesiące, związek się rozwija, miłość zaczyna rozkwitać… Wierzę i mam nadzieję, że któregoś dnia się uda. Wierzę też, że jak już będę miała ten swój „pierwszy raz”, to kolejne będą raz po raz. I tu chciałam podkreślić, że trzymanie takich swoich „małych sekrecików” nie jest opłacalne, wręcz głupie. Owszem, tak przynajmniej mi się wydaje, mężczyzna mógłby się poczuć niepełnowartościowy, taka ujma na honorze – no bo jak? Mój penis nie robi ci dobrze?! Jeżeli jednak miałoby mu to przeszkadzać – to z góry związek nie ma sensu i trzeba to zakończyć…

Powiem tak: od kiedy mówię otwarcie o swoich potrzebach, moje życie erotyczne nabrało dodatkowych kolorów. Jest o wiele lepiej, żadnych udawanych orgazmów (wstydzę się tego, ale zdarzało mi się), seks przestał być nudny, a stał się ciekawy i satysfakcjonujący, pomimo braku orgazmu.

Kiedyś winą obarczałam SM. Mam i tak już musi być. Teraz już wiem, że jest to ewidentnie moja wina – bo jak można takie rzeczy ukrywać? Ale człowiek uczy się na błędach i dzięki temu docenia to co ma teraz. A teraz jest dobrze.

Tekst ukazał się w ramach czerwcowego konkursu z króliczkiem.

Udostępnij ten post: