Kwartet na dwójkę aktorów, w bardzo kameralnej przestrzeni, wyrafinowany i z miłością oraz erotyką w tle reżyserowany był przez Karolinę Górecką. Punktem wyjścia jest znana powieść ”Niebezpieczne związki”, więc na scenie wicehrabia de Valmont i markiza de Merteuil – ale to tylko początek.

W tym spektaklu intrygą nie jest przewrotny plan wicehrabiego i uwiedzenie młodziutkiej Cecylii – tym razem oglądamy grę pomiędzy wicehrabią a markizą. Grę zwieńczoną zbliżeniem właśnie tych dwóch postaci, zbliżeniem zarówno w przenośni, jak i dosłownym.

Kwartet (19).jpg

Rzecz cała dzieje się w malutkiej przestrzeni, na okrągłej scenie, na początku spektaklu zarzuconej poduszkami. Alkowa, a w niej dwójka kochanków. Byłych, i jak się okaże, również przyszłych. Gra – i to dosłownie – toczy się pomiędzy nimi i o nich samych. Markiza de Merteuil (Katarzyna Arkuszyńska) i wicehrabia de Valmont (Bartosz Turzyński) grają ze sobą. Odgrywają swoje własne uczucia, wkładając na siebie sztywny kostium. Przyjmują również cudze role. Najpierw zamieniają się rolami pomiędzy sobą, odgrywają również inne postacie – pojawi się tu prezydentowa de Tourvel oraz pobożna Cecylia. To właśnie te cztery postacie stanowią tytułowy kwartet.

Kapitalny pomysł zamiany ról, odegrany na dodatek w świetnej przestrzeni sypialni (sceny, nota bene, okrągłej – co również ma wymiar symboliczny), wzbogaconej intrygującą muzyką – zdawałoby się, że to wszystkie składniki potrzebne udanemu przedstawieniu. Jako wisienkę na torcie mamy jeszcze zakończenie wykoncypowane przez reżyserkę – zakończenie pozytywne, swego rodzaju happy end. Wicehrabia i markiza odnajdują siebie i swoje wzajemne uczucie, potwierdzają swoją miłość. Jednak…

Spektakl pozostawia po sobie jakiś niedosyt. Ma się wrażenie, że można było zrobić coś więcej, pokazać coś inaczej, zagrać w odrobinę odmienny sposób. Bardzo trudne wyzwanie postawione aktorom, polegające na ciągłych zamianach ról i graniu innych osób, na dodatek zwieńczone ukazaniem cielesności – nie do końca satysfakcjonuje widza. Wydaje się, że korzystając z atutów aktorskich, z intymności i ascetyczności scenografii, można było zagrać całą sytuację znacznie bardziej wyraziście. Aż chciałoby się zobaczyć bardziej zdecydowane zamiany ról, zaakcentowane dużo mocniej.

Podobnie z finałem. Sposób, w jaki markiza i wicehrabia odnoszą się do siebie, w jaki nawzajem mówią o swoich uczuciach, wreszcie jak się nawzajem traktują (bo przecież zanim się w końcu połączą, najpierw się po prostu ze sobą pobiją) – wszystko to przywodzi na myśl współczesne kategorie miłości trudnej czy nawet dysfunkcyjnej. Sposób w jaki wicehrabia emabluje prezydentową, w jaki uwodzi Cecylię, również do „normalnych” nie należy. W tym kontekście happy end leciutko zgrzyta – brakuje czegoś w sposobie, w którym bohaterowie dochodzą do tego ponownego zbliżenia.

Interesująca zaś dla widza może być radykalna seksualność markizy de Merteuil. Chyba dość rzadko w teatrze zobaczyć możemy kobietę tak intensywnie zmysłową, tak otwarcie seksualną, obnażającą swoją fizyczność, używającą jej zarówno z wyrahowania, jak bezbronnie poddającą się jej. Niektórych razić może zbytnia dosłowność w ukazywaniu fizyczności bohaterki, dla innych może być atutem. Kostiumy i rekwizyty podkreślają w spektaklu rangę cielesności i erotyki. Plastikowy worek, który markiza zdjemuje na początku z głowy, osadza jej postać w świecie hedonistycznej i zakazanej przyjemności. I markiza niedługo każe nam czekać na kolejną odsłonę, szybko utwierdza w przekonaniu, że żyje, aby doznawać rozkoszy (chociaż pewnie spragniona miłości), bo już z pierwszymi wydyszanymi słowami jej dłoń wędruje pod spódnicę.

Spektakl z dużym potencjałem. Mam nadzieję, że z kolejnymi przedstawieniami aktorzy „rozegrają” się, rozwiną skrzydła.


autor: Mariusz Walkosz

Udostępnij ten post: