Mam dziewiętnaście lat, i jestem świadoma, czym jest seks.

Nie brzmi zbyt rewolucyjnie, prawda?

Pozwól, że przeformułuję: mam dziewiętnaście lat i jestem świadoma, że seks to nie zawsze wygolona, biuściasta kobieta na czworakach na podłodze jakiegoś pokoju z dildo w swojej waginie, nieustannie jęcząca, będąc rżniętą w tyłek, bez prezerwatywy, przez umięśnionego, wytatuowanego, białego faceta, który ciągnie ją za włosy, mówiąc „bierz to, dziwko”, podczas gdy podobnie dopingująca publiczność polewa ją szampanem, niewiele dbając o to, czy jej nie dusi.
Takie było moje wyobrażenie w wieku lat ośmiu. Lub, jedno z możliwie trzech: wariacje na temat powyższy (zawsze jęki, często kobieta i mężczyzna, reszta dowolnie zmienna); szybki numerek z poderwaną kobietą, najpierw w łazience baru, gdzie ci obciąga, a potem gdy zabierasz ją do domu, by ją wypieprzyć, jak to jest ukazane w pewnej grze. I ta rzecz, którą dorośli robią pod kołdrą, kobieta chichocze, a mężczyzna później pali papierosa – tak to widać w telewizji.
Gdy zaczęłam się dotykać, miałam około sześciu lat, i nie mogłam uwierzyć, że odkryłam coś tak niesamowitego o własnym ciele. Myślałam mniej więcej tak: „Siusiam stamtąd, a to jest fuj, więc dlaczego dotykanie jest tak przyjemne? To dziwne. Ale na pewno nie mogę zapytać kogoś dorosłego. Oni nie lubią rozmawiać nawet o siusianiu. I mówią, żeby tam się nie dotykać, bo zaboli, ale sami też to robią.”
Spróbowałam poinformować o cudownym odkryciu moją koleżankę – jej kompletny brak zainteresowania wraz z pewnym niesmakiem tylko bardziej pomieszały mi w głowie.
Upokorzenie i wstyd, które czułam, gdy opiekunka w przedszkolu nagle zdjęła moją kołdrę podczas leżakowania, i zaczęła krzyczeć z oburzenia, widząc moje dłonie wsunięte w piżamę i majtki, wciąż czekają na przyćmienie jakąś większą kompromitacją przed innymi.
„Przestań! Co ty sobie wyobrażasz!? Wyjmij ręce, i na wierzch, na kołdrę! Tylko niedobre, brzydkie dziewczynki coś takiego robią! Słyszysz, co do ciebie mówię? Jesteś dobrą dziewczynką, czemu takie rzeczy wyprawiasz? Nie wolno tak robić!”
Teraz nie mogę sobie wyobrazić, o ile bardziej odważna, o ile bardziej ciekawa była moja sześcioletnia ja, żeby dalej tak „brzydko” się bawić (a nawet sprytna, żeby już nikt jej nie przyłapał) po tym skarceniu; nie pamiętam, o czym myślałam, sztywno wyprostowana na leżaku z mrowiącą cipką i łzami szczypiącymi oczy. Nie mogę wyrazić, jak wdzięczna jestem tej przeszłej sobie, że się nie poddała w poszukiwaniu przyjemności.
W różnych momentach dzieciństwa uważałam orgazmy za najprzeróżniejsze rzeczy (może teraz ktoś się uśmiechnie): od czegoś, co miałam tylko ja i dlatego nikt mi o tym nie powiedział, do uczucia, jakiego muszą doświadczać wszystkie kobiety, rodząc dzieci.
Parę lat później, moi rodzice przyłapali mnie wraz z kolegą i koleżanką w podobnym wieku, na graniu w internetową grę erotyczną. Graliśmy w nią, bo była na różowym „słit blogasku”, na liście linków do gier-przebieranek, wyścigów, puzzli. Żadnej informacji, co to takiego; żadnego ostrzeżenia, żadnych wyjaśnień; kolega podejrzewał, że to może być to: „ten seks czy coś”. Ze spuszczoną głową słuchałam kolejnej nagany za coś, czego nie rozumiałam w ogóle. Tak, wiem, że to jest złe; powtórzyliście to już trzy razy. Ja już nie będę, będę grzeczną, dobrą dziewczynką. Ale co to jest? Dlaczego to jest złe?
Cóż. Ciekawość ponownie wzięła górę.
Wsiadłam w radosny rollercoaster pornografii i okazjonalnego korzystania z Wikipedii – obie są dostępne z łatwością graniczącą z nudą, a tryb prywatny to wszystko, co potrzebne, by wykiwać większość rodziców. Nawet teraz, gdy programy kontrolujące dostęp do internetu są tak powszechne, spotkałam się z nimi jedynie w szkołach i w reklamach – nie zdziwiłabym się jednak, gdyby sporo dzieci było w stanie je wyłączyć, i nie, nie wyniosły tego z lekcji informatyki. Dużo czasu zabrało mi załapanie, że porno nie odzwierciedla tego, jaki jest seks, a moja edukacja w zakresie biologii i bezpieczeństwa postępowała znacznie wolniej niż przekonanie się, że tak, zgięcie się w ten sposób, o którym jeszcze nie pomyślałam, jest możliwe.
Pierwsza miesiączka była, do pewnego stopnia, zaskoczeniem. Wiedziałam ogólnie, o co chodzi, ale jakoś do cyklu i hormonów jeszcze nie doszłam, poza „zazwyczaj od dwunastu do szesnastu lat”. Skrycie czułam się dumna, że jestem już kobietą, mając niecałe jedenaście lat, i zastanawiałam się, jak tej krwi może aż tyle być – otwarcie zwijałam się z bólu, łykając wybłagane od rodziców tabletki.
Przeskoczmy do dwunastoletniej mnie na długich spacerach do dość odległych miejsc (o wiele prostsze w małej, bardzo konserwatywnej miejscowości, a inaczej wszyscy będą o wszystkim wiedzieć, a tego przecież nie chcemy, prawda?) z dwójką bliskich znajomych – chłopców. Co ciekawe, gładko przyjęłam to, że to z nimi mogłam otwarcie rozmawiać o seksie, a nie z dziewczynami – nie widziałam w ogóle presji nie mówienia o tym, bo byłam dziewczyną, mimo że tak długo jej doświadczałam. Próby rozmowy z przedstawicielkami mojej płci spotkały się z zakłopotanymi uśmiechami, szybką zmianą tematu, i późniejszym wytykaniem palcami jako „ta obleśna”.
Może tylko ja trafiłam na tak kompletny brak zainteresowania ze strony dziewcząt, a może już wtedy większość ma czystość i „dziewiczość” wrytą w mózg. Tak czy inaczej, czułam się komfortowo opowiadając im dwóm o punkcie G i jego stymulacji przed uśmiechnięciem się: „tak, wczoraj to robiłam, i nadal twierdzę, że jest ekstra”. Oni też czuli się swobodnie, relacjonując swoje sesje masturbacji i co lubią, ale też wytykając, że „palcówka” jest bez sensu (co dość szybko wybiłam im z głów). W ich towarzystwie nie błysnęłam wiedzą raz czy dwa, a ciągle świeciłam, czytając coraz więcej na temat naszych potrzeb, gdy rodzice nie zwracali na mnie uwagi. Anatomiczne schematy wulwy i penisa powstawały na piachu – byłam w stanie narysować i nazwać wszystkie zewnętrzne i niektóre wewnętrzne elementy, choć jestem prawie pewna, że miałabym problemy ze wskazaniem na mapie i nazwaniem przynajmniej dwudziestu krajów Europy. Wyjaśnienia o tym, jak działa przemysł pornograficzny płynęły z moich ust jak opowiadania; sprostowania typu „dotykanie swojego odbytu nie robi z was osób homoseksualnych” pojawiały się niemal zawsze, gdzieś pomiędzy pomysłem na wyjazd rowerowy nad staw i narzekaniem, że już tak niewiele czasu do końca wakacji. Czułam się zobligowana, by wiedzieli o seksie jak najwięcej, zamiast jedynie go oglądać. Mogę tylko mieć nadzieję, że coś z tego pamiętają. (Aż mam ochotę zadzwonić, „Hej, dawno się nie słyszeliśmy. Powiedz mi, co pamiętasz z tego, co Ci mówiłam o seksie analnym?”)
Poszłam do gimnazjum sama, bez żadnych znajomych z poprzedniej szkoły, włączając tych dwóch. Na szczęście, krótko później poznałam W., która, m.in. wprowadziła mnie do feminizmu oraz tożsamości QUILTBAG. Pomogła mi zrozumieć, że moja złość na to, że nikt nigdy mi nic nie mówił, jest uzasadniona. Od początku nawiązałyśmy świetny kontakt na wszystkie tematy – od szkoły i „publicznych” zainteresowań, do równości i odkrywania własnej seksualności. W. jest osobą jedną na milion, jedną na milion szansą na zdobycie takiej wiedzy i rozmowy bez ogródek i bez oceniania; szansą, którą bardzo niewiele nastolatek i nastolatków otrzymuje.
Pierwsza wizyta u ginekolog – wysoce polecanej przez znajome mamy, która oczywiście ze mną poszła – była koszmarem. Wszystko sprowadziło się do szybkiego, nieco bolesnego badania bez wyjaśnień, co lekarz robi (mogłabym myśleć, że sprawdza mój pęcherz), przepisaniu silnych leków przeciwbólowych, i „to na razie wszystko, przyjdź znowu, jak zaczniesz być aktywna płciowo”. To co, masturbacja się nie liczy? Dlaczego nie powie mi pani, czego pani szukała w mojej waginie? Dlaczego moja mama musiała zostać w gabinecie, odwrócona, ale nadal tuż obok?
Skarbnica wiedzy, jaką jest internet, nadal była i jest błogosławieństwem – teraz znacznie bardziej w kierunku seks-edu niż pornografii. Pochłaniałam wszystko, co mogłam wcisnąć pomiędzy naukę i momenty, gdy któreś z rodziców przechodziło mi za plecami. Wciąż uzupełniam, rozszerzam, sprawdzam, utrwalam najróżniejsze rzeczy; to jak hobby. Moja znajomość angielskiego tylko na tym skorzystała.
Niecały rok temu wyjaśniałam możliwe genetyczne podstawy orientacji seksualnych swojej grupie biologicznej (i nauczycielce), po tym, jak jeden z nauczycieli w szkole wywołał kontrowersje, nazywając osoby homoseksualne „chorymi psychicznie” na lekcji. Dwa tygodnie temu, stanęłam przed problemem tego, czy koleżanka jest świadoma, dlaczego i z jakim efektem nazywa siebie „dziwką”. Ostatecznie nie zapytałam, bo boję się, że znów zostanę wytknięta palcem, z gorszymi konsekwencjami niż kilka uśmieszków, jak to było w podstawówce. Nie mogę powiedzieć, że ciągle myślą o kwiatkach i pszczółkach (o których ja, de facto, nigdy nawet nie usłyszałam), ale czy wiedzą, że powinni robić testy na choroby przenoszone drogą płciową? Czy wiedzą, że penis w waginie to nie gwarancja orgazmu osoby, która ma waginę? Boję się całkowicie otwarcie mówić o seksie poza okazjonalnymi przebąkiwaniami (również z powodu groźby konsekwencji ze strony nauczycieli), a jednocześnie – czuję, że nadal tego potrzebuję.

Miałam wystarczająco dużo ciekawości i siły, by nie słuchać oskarżeń i piętnowania, oraz sporo szczęścia. Wiele osób ma gorzej, a cały wachlarz powodów może sobie wyobrazić każdy. Gdy słyszę o kolejnych próbach blokowania edukacji seksualnej w szkołach, jestem wściekła – w mojej szkole też jest na okropnym poziomie (na przykład, co do antykoncepcji, nauczycielka poleca metodę kalendarzyka, bo sama ją stosowała; mówi też, o ile dobrze pamiętam, o prezerwatywach – i tyle). O pornografii łatwo pomyśleć, łatwo ją znaleźć. Rzetelne informacje o bezpiecznym, przyjemnym, prawdziwym seksie – trudniej.

Nie twierdzę, że to, co robiłam, było całkowicie dobre, ani że nie wprowadziłam nikogo w błąd. Nie twierdzę, że moi rodzice zrobili wszystko dobrze lub źle. Mogę powiedzieć, kim jestem teraz, po latach samoedukacji i samoodkrywania: zwykłym dziewiętnastoletnim człowiekiem. Nie chodzę roznegliżowana do szkoły, nie jestem satanistką. Nie wierzę w seks tylko i wyłącznie po zawarciu związku, ale jeśli to dla Ciebie ważne, proszę bardzo. Nie sypiam z kim popadnie, ale jeśli lubisz szybkie numerki ze zgadzającymi się nieznajomymi, kim jestem, aby Ci w tym przeszkadzać?
Co do mnie, poczekamy, zobaczymy. Mogę tylko mieć nadzieję, że jak już będę miała ten nie-cudowny „pierwszy raz”, to czegoś się nauczę.


autor: Vesper Smith

Udostępnij ten post: