Potrzebowałam połowy życia i napisania pięciu książek — wszystkie przynajmniej częściowo dotyczą seksualizmu — ażeby docenić rolę, jaką w naszym życiu odgrywa masturbacja, czy też mogłaby odgrywać, jeśliby ten prosty, prywatny akt nie wprawiał nas w tak wielkie zakłopotanie.

Oddzielenie seksu i miłości. Ku chwale masturbacji

Fragment tekst pochodzi z książki Nancy Friday Kobiety górą, cz. II, s. 31-40.

Oto najbardziej naturalna rzecz na świecie: nasza własna dłoń na naszych własnych genitaliach robi coś, co sprawia przyjemność i nikomu nie szkodzi, praktykuje najbezpieczniejszy seks na świecie — a mimo to czujemy się winne niczym złodziej, nasze poczucie jaźni rozluźnia się, podczas gdy powinno zostać wzmocnione przez opanowanie i własną miłość.

W końcu masturbacja nie jest umiejętnością trudną jak nauka gry na skrzypcach. Dłoń automatycznie porusza się między naszymi nogami w pierwszym roku życia. Coś lub ktoś wchodzi pomiędzy nią a nasze genitalia tak wcześnie, że większość z nas nie może tego pamiętać. W mózg „wdrukowane” zostaje przesłanie, ostrzeżenie tak podszyte strachem, że jeszcze długo po wydorośleniu, nawet wtedy, gdy pozwalamy, by mężczyzna wprowadził penis do naszego wnętrza, by dotykał naszych narządów płciowych, odnośnie dotykania samej siebie mamy odczucia ambiwalentne. Możemy to robić, lecz jest to akt fizyczny wbrew oporowi psychicznemu — ten delikatny ruch naszych palców jest skuteczny tylko wtedy, gdy umysł nam przyzwala. Choć orgazm to słodkie doznanie, wcale nie pozostawia po sobie większego poczucia kobiecości; wygrałyśmy bitwę, lecz pogrzebałyśmy nasz status „porządnych dziewczynek”.

Masturbację zwykło się uważać za wielkie tabu dla kobiet, ponieważ daje zaspokojenie seksualne poza związkiem. Masturbacja oznaczała pewną dozę autonomii, a nikt nie chciał, aby kobieta miała aż tak wielką władzę nad samą sobą.

Większość bohaterek tej książki twierdzi, że nie odczuwa tego rodzaju negatywnych uczuć. Miło jest usłyszeć, że temat masturbacji nie sprawia im kłopotu, a bogate słownictwo ich opisów, kiedy i jak się masturbują, oszołomiło mnie; ich fantazje seksualne rwą w królestwo przygody, co sprawia, że większość relacji z Mojego tajemnego ogrodu1 czyta się jak nieśmiałe próbki.

Bo takie też były tamte wczesne relacje z wewnętrznego świata kobiecej erotyki. Skąd współczesne kobiety mają wiedzieć, jak trudno było przemówić ich poprzedniczkom, które nie znały słów ani swobodnego podejścia do masturbacji, ani nie wiedziały, jak wyrazić to, o czym inne kobiety nie pozwalały im jeszcze mówić?

Gdybym wówczas rozumiała bliskie pokrewieństwo pomiędzy masturbacją a fantazją, zapewne łatwiej odkryłabym świat tłumionych erotycznych kobiecych refleksji podczas zbierania materiału do mej pierwszej książki. Rozpoczynałabym wywiady od tego, co przynajmniej było wiadome — ponad połowa kobiet z sondaży Kinseya przyznała się do masturbacji — a potem pytałabym moje rozmówczynie, o czym myślały, intymnie dotykając swego ciała. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że u kobiet masturbacja bez fantazji jest czymś rzadkim. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że kobiety mogą się czuć bardziej winne z powodu tego, o czym myślą, niż tego, co robią.

To nie ręka na genitaliach jest winowajcą. Ta ręka może robi coś zakazanego, ale ręka to coś oczywistego, zewnętrznego. To umysł niesie genezę życia seksualnego, to umysł hamuje nas przed orgazmem albo przyzwala na niego. Masturbacja bierze życie i rozpala się z tego, co zaiskrzy w umyśle. Palce mogą bez końca przebiegać po łechtaczce bez orgazmu; dopiero kiedy w umyśle ukształtuje się właściwy obraz, znaczący i wpływowy scenariusz właściwy tylko nam, bo przenosi nas poza wszelkie obawy represji i do tego zakazanego, wewnętrznego świata, który jest naszą własną seksualną psyche – tylko wtedy rzeczywiście mamy orgazm.

Po opublikowaniu Mojego tajemnego ogrodu usłyszałam jedną reakcję, która zabrzmiała kobiecym chórem: „Dzięki Bogu, że napisałaś tę książkę, myślałam, że tylko ja… wybryk natury… perwersja… mam erotyczne marzenia i wyobrażam sobie seks w zakazanych miejscach, w zakazanym towarzystwie. Jaka ja muszę być zepsuta, ohydna — nie jak te »przyzwoite dziewczynki«, które nigdy nie dotykają się intymnie”. Pod koniec lat siedemdziesiątych ten oddech ulgi osłabł, jako że coraz to więcej kobiet zaczęło przyjmować zaoferowaną im swobodę seksualną. Z pewnością nie odeszła w niebyt fantazja o gwałcie (przemocy) i nie przeminie nigdy, zważywszy na różne pogmatwane źródła przyjemności, jakich dostarcza.

Ale na początku lat osiemdziesiątych istniał już nowy typ kobiet, które nie utożsamiały się z pełnymi winy kobietami z Mojego tajemnego ogrodu. „Skąd brały się tamte kobiety? — pytają z emfazą te nowe kobiety. – Ja nie czuję się niczemu winna. Kocham własne ciało. Masturbuję się, kiedy mam ochotę. Leżę w wannie pod odkręconym kranem, posługuję się moim cudownym wibratorem albo własną ręką i właśnie sobie fantazjuję, zbliżając się do orgazmu”.

Nawet wypowiedzi mężczyzn robią się blade w porównaniu z brawurą niektórych z tych kobiet.

Większość z nich ma około 25 lat. Wyrosły w klimacie, w którym kobiety mówiły i pisały o seksualizmie wylewnie i z podnieceniem. Niezależnie od tego, czy matka rugała je za dotykanie własnego ciała, czy trzymała ich dłoń nad płomieniem, czy nic nie mówiła — co częstokroć jest najbardziej druzgocące — tekobiety i tak nieprzerwanie robiły swoje, wychodząc z założenia, że ich seksualizm należy wyłącznie do nich samych. Zapewne przejęły trochę poczucia winy od matki, ale najpilniej przysłuchiwały się one głosom ich epoki, a te mówiły, że matka jest staroświecka i niedzisiejsza.

To poczucie słuszności jest ich spadkiem z lat siedemdziesiątych, kiedy to masturbacja wyszła na światło dzienne. W 1972 roku American Médical Association oznajmiło, że masturbacja to rzecz „normalna”. Masters i Johnson wychwalali ją jako środek terapii w zaburzeniach seksualnych. Po raz pierwszy publikowano popularne książki, które mówiły kobietom, że masturbować się jest dobrze, i wskazywały, jak to robić. Z nowych analiz i badań wynikało, że kobietom masturbującym się we wczesnym wieku nie tylko łatwiej przychodzi osiągniecie orgazmu w późniejszych stosunkach seksualnych, ale mają one także silniejsze orgazmy.

Pamiętam pewną kobietę, która malowała pochwy na wielkich płótnach i prowadziła zajęcia szkoleniowe z masturbacji. Jakkolwiek wizja kobiet siedzących w grupie i odkrywających własną łechtaczkę może wydawać się równie odległa jak nadzy hipisi tańczący na deszczu podczas Woodstock, to jednak z tej skrajności pochodziły skromne podstawy, które wspierają bohaterki tej książki. Czasy były odmienne — całe pokolenie wstecz, a wydaje się, że tak niedawno.

W jakim dziwnym żyłyśmy świecie. Ogarnia nas obsesja winy. I to wcale nie aż tak dawno temu, nie w tak odległych czasach, żeby nie mogły wrócić, w istocie wręcz już zaczęłyśmy się cofać. W naturze człowieka leży tęsknota do powrotu tego, co najlepiej znane i znajome, nawet jeśli to, co znane, było okrutne i trudne Podobnie jak maltretowane dzieci, choć zapewniono im nowych, kochających opiekunów, decydują się na powrót do maltretujących je własnych rodziców, tak samo dorośli partnerzy w wyniszczającym związku małżeńskim częstokroć pozostają ze sobą, bowiem gniew i wzajemne pretensje to coś, z czym im jest dobrze, coś znajomego.

Otwarta zostaje kwestia, ile wolności seksualnej młode kobiety, bohaterki tej książki, zachowają, jak głęboko ją wchłonęły. Chciałabym wierzyć, że już nie ma powrotu do tego karłowatego, antyseksualnego świata, w którym niegdyś żyły, że nie można odsunąć kobiety od pracy zawodowej i kazać jej wrócić do domu. Ale ta ostatnia kwestia to rzecz ekonomii, konieczność dla większości kobiet, obowiązek.

Poskromić kobietę: pas cnoty, usunięcie łechtaczki i „przyzwoitość”

Reguły przeciwne wolności seksualnej kobiet korzeniami sięgają najprymitywniejszego społeczeństwa, w którym mężczyźni czuli strach przed tajemnicami seksualizmu kobiecego i zdolnością do prokreacji. Ażeby zapewnić sobie wyższość seksualną w średniowieczu, mężczyzna wynalazł pas cnoty. W celu zapanowania nad kolosalnym apetytem seksualnym kobiety — rzekomo nie do zaspokojenia — w niektórych kulturach zwykło się usuwać łechtaczkę, by zabić źródło rozkoszy seksualnej i uczynić z kobiety własność mężczyzny. Ten zabieg zwie się klitoridektomią. Kiedy uznano za konieczne dalsze ograniczenie kobiety (upewnienie mężczyzn), usuwano także wargi sromowe. Ten zabieg do dziś przetrwał w niektórych częściach Afryki i Środkowego Wschodu, gdzie wiele kobiet nie uważa się za gotowe do małżeństwa dopóki nie zostaną okaleczone — choć nazywa się to obrzezaniem — w taki sposób.

Dla współczesnego człowieka Zachodu brzmi to jak obłęd, sadystyczny fragment science fiction. Ale kliteridektomię wykonywano także w USA na początku stulecia. To były czasy twej babci albo prababci, kiedy to niektórzy najbardziej prominentni i renomowani chirurdzy w kraju rutynowo brali nóż do ręki i zręcznie usuwali różne części narządów płciowych kobiety, z powodu chorób umysłowych, histerii i — a jakże — dla higieny. Masturbację uważano za przyczynę tych kobiecych zaburzeń; usunięcie łechtaczki rozwiązywało problem.

Dokumenty dowodzą, że kliteridektomię wykonywano w niektórych szpitalach dla umysłowo chorych jeszcze w latach trzydziestych naszego stulecia. Z czasem kliteridektomia przestała być w USA potrzebna. Mężczyźni stwierdzili, że nie muszą nic robić. Kobiety tak dalece przyjęły postawę mężczyzn wobec seksualizmu kobiet, że zaczęłyśmy sądzić siebie według ich potrzeb. Żadna „przyzwoita kobieta” nie pomyślałaby o intymnym dotykaniu się, o eksploracji swego seksualizmu. Im mniej seksualna kobieta, tym przyzwoitsza. Matki sumiennie kształciły córki w sztuce unikania seksu. Kobiety nauczyły się odrazy wobec swych genitaliów. Seks nie był przyjemnością, ale obowiązkiem. Tak było w czasach twej matki lub babki. Nie tak znowu dawno temu. Wcale nie tak dawno temu.

Uwolnienie seksualności

Wydawałoby się niemożliwe, by się tego oduczyć, zapomnieć coś tak absolutnie. Młode kobiety w tej książce wiedzą, że ich dało należy do nich. Próba papierka lakmusowego nastąpi, kiedy będą wychodziły za mąż i będą musiały ustanowić reguły dla swych dzieci. Małżeństwo w pewnej mierze cofa nas, następuje konfrontacja z wizją naszych rodziców jako męża i żony. Świadomie przyjemność sprawia nam naśladowanie tych ich cech, które najbardziej uwielbiałyśmy; nieświadomie częstokroć nabieramy cech, które w naszych rodzicach najmniej nam się podobały, stajemy się surowe, aseksualne, obsesyjnie myślimy o tym, co pomyślą sąsiedzi. Kiedy przychodzą dzieci, wszystko to nasila się.

Kiedy to nowe pokolenie stanie się matkami, czy będzie pamiętało radość panowania nad własnym losem w sferze seksu? Czy nauczy swe córki, aby kochały swe ciało, czy pozwoli im masturbować się, odkrywać własny, niepowtarzalny seksualizm? Czy też cofnie się, wmawiając sobie to, w co wierzyły pokolenia matek o najlepszych intencjach: że ograniczając seksualizm ich małej dziewczynki, chronią ją dla jej własnego dobra?

Kiedy tracimy zainteresowanie seksem i nie chcemy tolerować u innych tego, co kiedyś sprawiało nam przyjemność, reagujemy na coś więcej niż przestrogi naszych rodziców: to głos kultury, naszego dziedzictwa, któremu nigdy z seksem nie było swobodnie, a zwłaszcza odrażająca była dla niego masturbacja. Choćby dorastając bohaterki tej książki zaznały jakiegoś szerszego poparcia dla swobód seksualnych, to jednak rzeczywisty, autentyczny „klimat” tego kraju, struktura i cechy narodu modelowane są na kalwińskiej etyce pracy oraz na nieodłącznej purytańskiej postawie wobec seksu. Niemądrze byłoby sądzić, że kilka dziesięcioleci uznawania i tolerancji seksualnej może znacząco zmienić, naszą antyseksualną naturę.

Ważne jest, aby o tym wiedzieć, wciąż przypominać sobie o tym, jeśli mamy żywić jakąkolwiek nadzieję, że te młode kobiety wprowadzą swe córki w bardziej oświeconą epokę. Wiedza to potęga. Wobec tego moglibyśmy zapytać, dlaczego ten prosty akt masturbacji został tak bardzo wyodrębniony i stanowi przedmiot obawy i kary?

Czy odpowiedzią może być stwierdzenie, że to wcale nie jest prosty, zwyczajny akt? Starożytny bóg egipski, jak chce mit, onanizuje się, zbiera nasienie w dłoń i bierze je do ust, po czym wydmuchuje je, stwarzając nowe plemię ludzkie. Zwykła istota ludzka, on czy ona, doprowadza się do orgazmu i w samotnym akcie doświadcza powrotu do życia jaźni, uniesienia mocy. Masturbacja, mityczna czy rzeczywista, to wolność seksualna.

Wydaje się, że łatwiej nam żyć wiedząc, że inni mają się lepiej od nas materialnie, niż tolerować myśl, że cieszą się większą wolnością seksualną niż my. Pieniądze są potęgą i rodzą zawiść; lecz wolność seksualna musi być jeszcze większą potęgą, bowiem zazdrośnik nie spocznie, dopóki nie pozna choć trochę najbardziej osobistej sfery życia osoby, której zazdrości, odsuwając na bok wszystko, co wywołuje niemożliwe do zniesienia resentymenty, aż wreszcie osoba godna zawiśli jest równie wyczerpana i aseksualna jak ta, która ją zazdrości.

Całkiem zrozumiale, że masturbację i fantazję seksualną uznano za rzeczy „normalne” niemal w tym samym momencie dziejowym. Idą one ręka w rękę, dwie dobre przyjaciółki, stąd też zdecydowałam się szerzej napisać o masturbacji. Jedna objawia drugą. Masturbacja bez fantazji byłaby po prostu zbyt osamotniona.

1 Pierwsza książka Nancy Friday o seksualnych fantazjach kobiet, ukazała się w 1973 roku i była wielkim skandalem w USA. Dopiero po jej ukazaniu się naukowcy zaczęli przyznawać, że kobiety też mogą mieć fantazje seksualne.

Fragment tekst pochodzi z książki Nancy Friday Kobiety górą, cz. II, s. 31-40.

Udostępnij ten post: