KW

Jestem młodą kobietą. Moje koleżanki również. Jednak bardzo, bardzo się zdziwiłam parę lat temu, gdy jedna z nich przyznała, że nie przeżyła CHYBA jeszcze nigdy orgazmu.

Dlaczego? Dlaczego nie dane było jej poznać tak miłej słodyczy spięcia i rozluźnienia całego ciała? Można ogólnie – kiepski facet i brak poszukiwań własnych. Jednak prawda tkwi głębiej. Jakże ważne jest samo odkrycie i podejście do orgazmu! Pamiętam czasy pierwszych podnieceń. Uczucie dziwne, obce, a jednak przyjemne. Mój wrodzony hedonizm nie pozwalał mi go stłumić. Dość wcześnie zaczęłam interesować się seksualnością i cielesnością, poznawałam własne ciało i dużo czytałam. Później doszło zainteresowanie chłopcami, nagle zaczęło mnie intrygować to ich czułe miejsce poniżej brzucha, które wyglądało inaczej niż moje, ale jak? Pierwsze, szczeniackie związki, pocałunki, pierwsze delikatne pieszczoty piersi i eureka! Pierwszy orgazm, piersiowy. Cudowny, nocny i pod gołym niebem. W miarę upływu czasu moje ciało udostępniało się coraz niżej, aż… kolejna eureka! Orgazm łechtaczkowy, mój ukochany, najczęstszy i najszybszy.
Dużo później to ja przejęłam inicjatywę i pierwszy raz w życiu zobaczyłam penisa. Zanim to jednak nastąpiło, zamykałam oczy i tylko go dotykałam. Muskając subtelnie opuszkami palców zdziwiła mnie strasznie jego miękkość mimo twardości, oraz to, jak miły był w dotyku. Chciało się go nieustannie głaskać, był taki przyjemny. Już jako trzpiotka pokochałam uczucie podniecenia. Moment, w którym ciepło pojawiające się w okolicy brzucha rozpływało się na resztę ciała, moment, w którym stawałam się coraz bardziej mokra. Uwielbiałam prowadzić grę, prowokować. Poprawka – uwielbiam to do dziś. Moim ulubionym widokiem był budzący się penis, który twardniał na moich oczach. Do dziś podniecają mnie mężczyźni w dresowych spodniach. Przez lata uczyłam się zwodzić i prowokować, umiejętnie patrzeć, schylać się, siedzieć, leżeć, mówić, tańczyć, oddychać. Pożądanie – rozkoszuję się jego uczuciem w sobie, rozkoszuję się także, gdy wyczuwam je u innych.
Dziś mam stałego partnera, jakże kochanego! Jako punkt honoru stawia sobie moje szczytowanie, co bardzo mnie cieszy, tylko że… Nie potrafi mnie podniecić tak, jakbym tego pragnęła. Rozpala mnie ciałem, gdy ja chciałabym umysłem. Chciałabym czuć napięcie, które rozkazuje mi rozebrać się lub skoczyć w przepaść. By doprowadzić się do rozkoszy, by osiągnąć orgazm, potrzebuję dotyku dopiero na finiszu. Od samych słów, gestów, nawet oddechu – robi mi się tak gorąco, że chcę krzyczeć. Jednak mimo wybrania złych drzwi, korytarzem wtaczamy się zawsze tam, gdzie od początku chciałam być. On szepcze – „jęcz, nikt nas nie słyszy”, a po wszystkim mówi, że znów zrobiłam zeza w momencie zero, czym wprowadza mnie w konsternację, a jednak rozśmiesza.
Dlatego tak bardzo zdziwiło mnie, że moja koleżanka nigdy tego nie przeżyła. Nigdy nie brakowało jej oddechu, nie czuła ściekającej po udzie ciepłej i aromatycznej kropli, nie doznała uniesienia tak gorącego, że długo nie mogła dojść do siebie, krótko – nie osiągnęła orgazmu. Sama uznawała to jako coś nieczystego, nieco… grzesznego? Nie tęskniła do niego, gdyż nigdy nie potrafiła sobie go wyobrazić. Machała na to ręką „czy to takie ważne?”, no i najważniejsze, nie akceptowała swojego ciała. Nie lubiła patrzeć w lustro, nie lubiła obcego dotyku.
Dziś zmieniła podejście, a raczej zmienił je odpowiedni partner. Pokochała uczucie podniecenia, które prowadzi ją krętymi ścieżkami na sam szczyt. Poznała swoje ciało, ciało swego mężczyzny i pokochała to, co może się między nimi wydarzyć. Wydaje się być szczęśliwsza, a figlarny uśmiech, który pojawia się czasem przy okazji naszych seksualnych rozmów, upewnia mnie w tym śmiałym osądzie. Ah, pięknie jest, kiedy w naszym życiu gości orgazm – moja miłość!
Artykuł ukazał się w ramach „konkursu na sezon ogórkowy”. Do wygrania ekskluzywny masażer erotyczny Lily; napisz artykuł i go wygraj! Sprawdź szczegóły konkursu.
Udostępnij ten post: