Nat Gru

O „nietwarzowym” wibratorze (i nie tylko)

Wyobraź sobie taką sytuację – twój partner (kilkakrotnie uprzedzany o obecności w twoim domu „takiego” sprzętu) staje oko w oko z potworem-wibratorem. I co? I czuje się… oszukany.

Zainspirowana akcją Mam wibrator! I nie zawaham się go użyć, postanowiłam nie tyle podzielić się swoją twarzą, co refleksjami i doświadczeniami związanymi z tą właśnie zabawką.
 
Mam wibrator. Jednak zachęcona do zaprezentowania się w jego towarzystwie, odmówiłam, argumentując, że jest po prostu… „nietwarzowy”. Bardzo prosty, nabyty we wczesnych latach studenckich, raczej dolna półka cenowa, oprócz ładunku wibracyjnego, zawiera jeszcze ładunek sentymentalno-emocjonalny – nie pasuje mi już trochę do imidżu.
Stwierdziłam, że czas na nową zabawkę. Odwiedziłam stronę Lelo, by tam rozpocząć poszukiwania. Przeglądając asortyment, złapałam się jednak za głowę – miałabym wydać 300 złotych na, za przeproszeniem, kawałek tworzywa sztucznego, czyli wibrator?! I w tym momencie złapałam się za głowę po raz drugi. Nie doświadczam przecież podobnych dylematów, wydając podobne sumy na nowe buty, dogadzam jednemu „tam na dole” (stopom) kosztem drugiego – dużo ważniejszego – „tam na dole”, a raczej „tam w centrum”.

Myślę, że nie jestem jedyną kobietą, która marginalizuje (po stokroć bardziej wolałabym użyć tu czasu przeszłego!) swoją cipkę, planując większe wydatki. Ciekawe, z czego to wynika? Czyżby z faktu, że nowe buty zobaczą enigmatyczni „wszyscy”, a nowy erotyczny gadżet, który właściwie powinien w pierwszej kolejności sprawiać frajdę użytkownikowi, raczej wybrani? A może strefy genitalne, tak kobiece, jak i męskie, są wciąż zbyt tabuizowane w społecznym dyskursie, znajdują się w sferze „niewypowiadalnego”, a co za tym idzie, w myśl zasady: co znika z pola widzenia, przestaje istnieć, ignoruje się ich zachcianki i potrzeby? Czy nie śmieszy w jakiś sposób powiedzenie: „moja pochwa domaga się Lexusa wśród wibratorów, ma zachciankę, a muszę rozpieszczać moją księżniczkę, taka z niej cipka-kapryśnica”? Nawet nie: „muszę” – chcę ją rozpieszczać! Według mnie brzmi całkiem uroczo. Dlatego uważam, że wszelkie akcje „odczarowujące” język i sposób mówienia, zwłaszcza o seksualności, są szalenie potrzebne. I może wreszcie dojrzałam do wniosku, że to, co w zasadzie kupuję tylko dla siebie, powinno być naprawę wyjątkowe. Czas więc wprowadzić założenia w życie!

Nie tak dawno pisałam o krainie orgazmicznego mitu. Nie wspomniałam jednak o zamieszkującym tę krainę potworze-wibratorze i pewnym mężczyźnie, który był przekonany, że niczym książę na białym rumaku, wyswobodzi mnie z jego macek. Mój wibrator ma swoje stałe miejsce zamieszkiwania, więc żadna to tajemnica, gdzie aktualnie przebywa – w zasadzie nie da się na niego natknąć niespodziewanie. Moment zapoznawania się bywa jednak trudny, zwłaszcza, że wciąż jeszcze spotyka się facetów, którzy nie odkryli, że z wibratorem może być miło zarówno solo, jak i we dwoje. Cała sytuacja przebiegła następująco: pierwsze spojrzenie – szok. To, co istniało dotychczas tylko w sferze wypowiedzi, zmaterializowało się. Po otrząśnięciu się z pierwszego (w)rażenia, mój partner zdecydował się wziąć urządzenie do ręki i… dokonał porównania „sprzętów” (mojego i swojego). Test wypadł pomyślnie, dostałam zezwolenie na dalsze użytkowanie. Ale to jeszcze nie koniec bajki. Ten sam mężczyzna, zdziwił się niezmiernie, dowiedziawszy się, że pozostając z nim w dłuższej relacji, nadal się masturbuję (bo lubię, chyba ów fakt nie wymaga tłumaczenia). Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu, myślę, że w trakcie „pomiarów” doszło do nieporozumienia. Uzyskując pozwolenie na korzystanie z wibratora, miałam go najwidoczniej używać „tam na dole” w znaczeniu „do masażu stóp” albo jako urządzenia relaksacyjnego na obolałe plecy. Swoją drogą, tak, jak kiedyś wibrator był jedną z końcówek miksera, tak i obecnie może być urządzeniem naprawdę wielofunkcyjnym.

P. S. Oglądałam niedawno na jednym z kobiecych kanałów telewizyjnych program o brytyjskich nastolatkach i ich wielkich życiowych decyzjach. Dwie dziewczyny, około piętnasto- czy szesnastoletnie rozważały rozpoczęcie współżycia. Uczestniczki programu, w bardzo familijnej atmosferze (w towarzystwie mam, babć, tudzież innych bliskich kobiet – idylla!), odbywały spotkania z wieloma osobami, które miały w jak najszerszym stopniu zaznajomić je, co kryje się za całym przedsięwzięciem „utrata dziewictwa”. Szczególnie wart zapamiętania wydaje mi się epizod z edukatorką seksualną, która nie tylko poinformowała je, jak przebiega defloracja krok po kroku (w tym bardzo ważne: „jeżeli wasz pierwszy raz będzie choćby średni, to i tak dobrze”), ale też zaprezentowała nastolatkom gadżety erotyczne, których mogą używać (i w jaki sposób), jeżeli zechcą wstrzymać się ze współżyciem, tak, by rozładować napięcie seksualne i przede wszystkim poznać swoje ciało oraz odkryć, co sprawia im największą przyjemność. Chciałabym, żeby i w Polsce było możliwe zorganizowanie wydarzenia na kształt Pussy Party dla nastolatek, a profesjonalna edukacja seksualna zastąpiła anachroniczny już trochę WDŻ, taka moja refleksja na dziś.

Tekst ukazał się w ramach konkursu z Lelo.

Redakcja
Portalem opiekują się Voca Ilnicka, adminka oraz duchy przodkiń. Do pisania artykułów, podsyłania ciekawych tekstów, publikowania zapraszamy wszystkie chętne i chętnych.:) Razem możemy więcej.
Udostępnij ten post: