W drugiej połowie XX wieku kobiety przeszły bardzo długą drogę: od czasów, w których wątpiono, że kobieta w ogóle może mieć orgazm, w których kobiety faktycznie stanowiły własność męża do czasów zwycięstwa w 1995 roku, kiedy w deklaracji Narodów Zjednoczonych o Prawach Kobiet, zatwierdzonej przez 140 krajów, stwierdzono, że ciało kobiety należy tylko do niej.

Jednakże pomimo dzisiejszego silnego podkreślania, że kobiety mają już wszystkie prawa i ich seksualność jest wszędzie, wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia – to jasno wynika z wypowiedzi kobiet, które do mnie piszą.

Cytowany tekst jest wstępem do Raportu o kobiecej seksualności z 2004 roku autorstwa Shere Hite.

Mity o kobiecym orgazmie

Od dawna przeważały mity o kobiecym orgazmie: mit o tym, że kobiety mają problemy z doświadczaniem orgazmu, o tym że kobiece orgazmy (jeśli w ogóle istnieją!) są o wiele słabsze i nie tak prawdziwe jak te męskie. O tym, że kobiety nie mogą doznać orgazmu podczas współżycia, bo przeszkadzają im w tym ich własne lęki i nerwice albo męski pośpiech w osiąganiu orgazmu. Te głęboko zakorzenione pomysły, pomimo ich całkowitej nonsensowności i błędności, wciąż są rozpowszechnione.

Koniecznym było przeprowadzenie kilku prawdziwych badań nad tym, co kobiety rzeczywiście myślą, czują i czego doświadczają. Kiedy rozpoczynałam takie badania, byłam jeszcze na studiach, przygotowując się do końcowej pracy z historii. Odkryłam aktywizm feministyczny; chodziłam z moimi przyjaciółkami na demonstracje, pisałyśmy ulotki o prawach kobiet i rozmawiałyśmy o swoim życiu osobistym. Stopniowo stawało się jasne, że poznanie prawdy o naszej seksualności jest równie ważne, jak domaganie się równych płac. Po ukończeniu dwóch fakultetów na uniwersytecie, porzuciłam pracę akademicką i całkowicie poświęciłam się przygotowywaniu tej książki.

Przedefiniowanie seksu

„Raport Hite”, pierwszy raz opublikowany w 1976, zaprezentował świadectwa ponad trzech tysięcy kobiet w każdym wieku i z każdego środowiska i był pierwszą książką postulującą głębokie i oparte na równości przedefiniowanie seksu. Książka ta nie tylko przedstawiła nową teorię kobiecej seksualności – oraz samej seksualności (po raz pierwszy przyjmując, że to co my uważamy za seks, jest konstruktem kulturowym, a nie po prostu rzeczą wynikającą z biologii) – udokumentowała także szczegółowo, głosami samych kobiet, sposoby, na jakie kobiety się masturbowały i kopulowały/uprawiały seks, klasyfikując w oparciu o wielką liczbę zróżnicowanych danych, różnice i podobieństwa.

Fakty są jasne: większość kobiet może z łatwością osiągnąć orgazm podczas pobudzania łechtaczki czy obszaru łona (albo poprzez swoje własne działania, albo poprzez działania drugiej osoby, która robi to za pomocą ręki lub ust, a która przez kobietę jest darzona zaufaniem).

Tylko jedna trzecia kobiet łatwo osiąga orgazm podczas aktu seksualnego, to jest podczas penetracji. (Przy okazji, dlaczego początek współżycia jest zawsze opisywany jako penetracja waginy, czyż nie można równie trafnie mówić o pokryciu penisa?)

Dla większości kobiet pobudzenie podczas masturbacji jest bardzo odmienne od tego podczas stosunku. W trakcie masturbacji rzadko dochodzi do penetracji waginy i jest o wiele więcej bezpośredniej, łagodnej, rytmicznej stymulacji obszaru łonowego, czasem jeszcze okrytego miękkim materiałem.

Męski punkt widzenia

Społeczeństwo od dawna wiedziało, że kobietom jest łatwiej osiągać orgazm podczas masturbacji niż podczas stosunku, oraz że masturbacja jest łechtaczkowa i zewnętrzna, a nie waginalna. Jednakże społeczeństwo potępiało kobiety, tak jakby ich odczucia były złe, niewłaściwe. Pomimo tego że i Freud, i Kinsey wiedzieli, że kobiety osiągają orgazm o wiele łatwiej podczas stymulacji łechtaczki niż penetracji waginy, żaden z nich nie wyciągnął logicznych wniosków. Freud uważał, że kobiety powinny dojrzeć i dostosować się do seksu, a Kinsey myślał, że im dłużej kobieta jest mężatką i im ma więcej doświadczenia seksualnego, tym łatwiej będzie osiągać orgazm w wyniku stosunku. Moje wnioski były odmienne.

Kobiety nie mają problemu

W rzeczywistości to, że kobiety osiągają orgazm za pomocą pobudzania łechtaczki jest zupełnie normalne – nie ma w tym nic niedojrzałego czy nienormalnego. Sposób, w który kobiety osiągają orgazm powinien być czczony, a nie potępiany. To nie jest tak, że kobiety mają problem z seksualnością, to raczej społeczeństwo ma trudność z zaakceptowaniem i zrozumieniem kobiecej seksualności. (Nie chcę przez to powiedzieć, że wagina nie jest bardzo erotyczna i wrażliwa, czy też nie może ona dostarczyć kobiecie intensywnej satysfakcji dzięki odpowiedniemu partnerowi; jest coś bardzo symbolicznego w byciu penetrowaną przez inną osobę, czego również mogą doświadczyć mężczyźni). Dochodzę do wniosku, że skoro seks jest historycznie i kulturowo skonstruowaną instytucją – a nie tylko rzeczą biologiczną czy mechaniczną – definicja seksu może zostać zmieniona i w rzeczywistości powinna być zmieniona.

Jaka jest prawda o orgazmie kobiet?

Niestety, istnieje wielki rozziew pomiędzy życiem intymnym a publicznym wizerunkiem tego, w jaki sposób kobiety przeżywają orgazm i doświadczają seksualności.

Filmy hollywoodzkie, tak jak ogromna większość filmów erotycznych i pornografii internetowej, nie pokazują kobiety osiągającej orgazm dzięki stymulacji łechtaczki dłonią partnera. Zamiast tego wciąż pokazują kobiety seksualnie imitujące mężczyzn. Albo zachowujące się, tak jak w męskich fantazjach: osiągają orgazm w ten sam sposób, co mężczyźni (czyli przez stosunek), zachowują się, jak Nowa Seksualnie Aktywna Kobieta, są zainteresowane stereotypowymi zachowaniami, które mają na celu zaspokojenie mężczyzny. Ubierają się w sposób dziwkarsko-prowokujący i, oczywiście, są bardzo młode.

Istnieje przekonanie, że stosunek seksualny jest jedynym prawdziwym sposobem uprawiania seksu i że normalna kobieta powinna szczytować podczas penetracji, tak samo jak mężczyzna. Mężczyźni nadal często przez to, jak się zachowują, dają do zrozumienia, że zakładają, iż kobieta osiągnie orgazm w wyniku stosunku, „o ile nie powie mi, że chce czegoś innego”. Przez to stawiają kobiety w niewygodnej sytuacji, w której to kobiety muszą prosić o coś, co nie ma nazwy, o coś pewnie nietypowego, skoro mężczyzna nie zna tego z doświadczenia, co nie jest oferowane automatycznie (tak jak oczekuje się, że kobiety podczas seksu, zaoferują stosunek waginalny). W ten sposób wciąż utrzymywana jest rozbieżność pomiędzy męskim wyobrażeniem kobiet, a kobiecą rzeczywistością – a także tendencja w seksie, która czyni emocje [związane z seksem] jeszcze bardziej delikatnymi i wrażliwymi niż byłyby one w normalnej relacji miłości i związku.

Punkt G – ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

Nieporozumienie wciąż istnieje, jeden z powodów tego nieporozumienia to wynalezienie mitycznego punktu G* w kilka lat po opublikowaniu „Raportu Hite”. Pomysł, że kobiety mają specjalne miejsce wewnątrz pochwy, które może dać orgazm, jeśli będzie stymulowane w odpowiedni sposób, stał się popularny w latach osiemdziesiątych, kiedy trójka badaczy klinicznych opublikowała książkę opartą na szczątkowych badaniach, a która postulowała powyższe zjawisko. Badacze ci nie wyjaśnili dlaczego ten punkt nie został nigdy wcześniej odnaleziony oraz dlaczego jest tak mało dowodów na jego istnienie, ale powodem ich publikacji mogła być delegitymizacja kobiecego dążenia do zmiany definicji seksu, której tak dobitnie dano wyraz w „Raporcie Hite”.

Przeprowadzone pomiędzy rokiem 1999 a 2001 w kilku krajach badania pokazały, że nie ma żadnego takiego punktu. Jednakże ciągłe gloryfikowanie waginy (i odczuć wewnątrz waginy), w odróżnieniu od łechtaczki, demonstruje opór przeciwko redefinicji seksu, której domagają się dzisiaj kobiety i mężczyźni, chcący bardziej prawdziwych i uczciwych związków, zawierających regularne orgazmy dla kobiet, tak jak dla mężczyzn.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Pomimo wszystko zrozumienie kobiecej seksualności znacznie wzrosło od czasu pierwszej publikacji „Raportu Hite”. Dzisiaj kobiety nie wierzą, że dzieje się z nimi coś strasznie złego, jeśli nie mają orgazmu podczas stosunku. Dokonują wielu zmian w sposobie, w jaki postrzegają i praktykują swoje intymne relacje fizyczne – jak wyrażają swoją seksualność i w jaki sposób współdzielą swoją cielesność. To one same dokonują wyboru, naprawdę one, choć wciąż całkiem sporo czasu może im zająć obudzenie się i dostrzeżenie, że są wolne, mają życie w swoich rękach, że wszystkie decyzje są możliwe. Jak przebudzające się Królewny Śnieżki, kobiety potrzebują odrobiny czasu po dwóch tysiącach lat, kiedy były wprowadzane w błąd – żeby myśleć jasno i pozwolić mgle się podnieść.

Kobiety nadal się powtórnie odnajdują, tak w pracy jak i miłości – odzyskują przestrzeń do oddychania, przestrzeń do odkrywania czym jest seksualność i miłość, na ich własnych warunkach. Eksperymentują z tym, jak chcą siebie wyrażać, po wiekach zmuszania ich do wyłącznie reprodukcyjnej roli w miłości i seksie, po niekończących się powszechnych zniekształceniach kobiecej seksualności w reklamie i pornografii, i po mieszanych doświadczeniach ze związkami intymnymi.

Zachęcam czytelniczki tego nowego wydania do odpowiedzenia na kwestionariusz, na który inne kobiety odpowiadały prawie trzy dekady temu, żeby zobaczyć w większej skali, i w waszych własnych oczach, jak dalece się zmieniłyśmy (jeśli w ogóle). Jeden z kluczy do kobiecej seksualności w nadchodzących pięćdziesięciu latach – jestem pewna – spowoduje prawdziwą rewolucję w życiu intymnym – taką którą dopiero rozpoczęliśmy, pomimo odważnych zmian dokonanych przez wiele kobiet i mężczyzn.

W rzeczywistości kobiety ledwo co zaczęły pokazywać, kim naprawdę są seksualnie.

Shere Hite, sierpień 2004

*Cytowany jest fragment pracy Shere Hite bez naszych dodatków, natomiast nijak nam zgodzić się z jej zapatrywaniem na kwestię strefy G, gdyż ta istnieje.
Królewna (nie) na ziarnku grochu, czyli jak zidentyfikować strefę G

Tłumaczenie własne

Udostępnij ten post: