Poród i macierzyństwo zostały wycięte ze sfery seksualności, a kobiety, które doznają w związku z nimi odczuć seksualnych, boją się napiętnowania.

seksualnosc-porodu.jpg

Fragment tekstu pochodzi z Sabatnika Trzy kolory

Inspiracja

Pragnienie, żeby zostać położną, przyszło do mnie na trzech poziomach – duchowym, intelektualnym i emocjonalnym. Miałam 32 lata, pracowałam w dużej fundacji jako fundraiserka, a potem w zarządzie. Wtedy zaczęło mi się śnić, że jestem położną.

Przeczytałam książkę Michela Odenta Odrodzone narodziny. Płakałam od pierwszej strony do ostatniej. Potem poszłam na warsztaty kobiece.

Na jednym z nich mieliśmy wizualizację o spotkaniu z czarownicą. Wiedźma podeszła do mnie, spojrzała mi w oczy i zapytała: „Kiedy wreszcie zostaniesz położną?” To było marzenie, które dopiero się we mnie rodziło, jeszcze niewypowiedziane na głos. Przecież miałam dobrą pracę, w słusznej sprawie, a do tego przyjemną pensję…

Wtedy do Polski przyjechała Hilary Monk, duchowa położna z Kanady. To była pierwsza duchowa położna, jaką poznałam. Ja już miałam swoją wizję i swój sen o położnictwie, ale żeby zrobić realny krok w tę stronę, musiałam ją spotkać. Hilary nie bała się radykalnych, mocno feministycznych poglądów. Mówiła słowa: Matka Ziemia i Bogini. Łączyła różne dyskursy i jednocześnie była doświadczoną położną i zwyczajną, czterdziestosześcioletnią kobietą, matką czwórki dzieci. Pamiętam jej żywe ciało, przez które płynęła zmysłowa, seksualna energia. Po każdym wykładzie prezentowała zaskoczonej publiczności taniec brzucha.

To od niej pierwszy raz usłyszałam o seksualności rodzenia. I o całym jego duchowym aspekcie. Hilary mówiła o radości i bólu rodzenia, o trudnych sytuacjach porodowych. Szacunek i miłość do kobiecego ciała i procesu rodzenia uznawała za najważniejszą motywację położnej. Mówiła to w taki sposób, że serce biło mocniej. Poczułam, że chcę być właśnie taką położną.

Niezależne położne

Różnych technik przyjmowania porodów uczyłam się z literatury i od innych położnych. Moją nauczycielką jest Irena Chołuj – najsłynniejsza warszawska położna, która od dwudziestu kilku lat przyjmuje porody domowe, a wcześniej kilkanaście lat pracowała w szpitalu. Jest już babcią, bardzo doświadczoną osobą. Rodziłam z nią też swoje dziecko.

Irena i inne niezależne położne są zrzeszone w Stowarzyszeniu „Dobrze Urodzeni”. Organizują konferencje, wymieniają się wiedzą, uczą się od siebie. Jeżdżą na międzynarodowe konferencje, uczą się od położnych amerykańskich, kanadyjskich, holenderskich. W Holandii istnieje ogromny ruch związany z porodami domowymi. Holenderki działają w ramach systemu, więc jest im łatwiej – mają wsparcie, sieć instytucji, pomoc państwa. W Polsce ciągle porody pozaszpitalne funkcjonują niejako na granicy systemu. To jest trudniejsze. Ja teraz koncentruję się na przygotowaniu do porodu. Pracuję z kobietami w szkołach rodzenia i indywidualnie. To fascynująca praca.

Ból i przyjemność rodzenia

Chciałabym też powiedzieć o bólu i znieczuleniu. Oczywiście najważniejszy jest wolny wybór rodzącej kobiety, jednak odcinając się od bólu, odcinamy się od wszelkich doznań i uczuć. Jeśli nie zgadzamy się na ból, odbieramy sobie możliwość odczuwania innych uczuć, na przykład przyjemności. Taki jest nasz skrypt kulturowy, przekleństwo, które Jahwe rzucił na kobiety: „W bólu rodzić będziesz”. Jeśli to jest mit założycielski kultury, w naszym indywidualnym doświadczeniu to przekonanie się urzeczywistnia „i rodzimy w bólu”. Ciekawa jestem, jakie byłoby nasze doświadczenie, gdyby Jahwe powiedział: „Z rozkoszą rodzić będziesz”.

Kiedy kobiety myślą o porodzie, przede wszystkim myślą o doświadczeniu bólu. W ten sposób ten mit i klątwa realizują się w ciele, w doświadczeniu. Ale poród to nie tylko ból i nie o ból tutaj chodzi. Można doświadczyć całej gamy odczuć, jeśli uzna się ból za część tego doświadczenia, po prostu część życia. Przepływa przez nas tak samo jak smutek, przyjemność, radość, ekstaza. Im bardziej ból jest zdemonizowany, im większy nasz lęk przed nim, tym dotkliwszy się staje w naszym realnym doświadczeniu. Odrzucony ból wraca cierpieniem…

Drugą stroną doświadczenia porodu jest przyjemność, czasem nawet orgazmy. Pobudzany jest bardzo seksualny obszar naszego ciała, który w procesie porodowym staje się mocno ukrwiony. Wysuwające się dziecko główką uruchamia wszystkie punkty erogenne. Poza tym poród to przecież kontinuum aktu seksualnego. Myślę, że im bardziej kobieta jest zanurzona w ciele, w zgodzie z procesem i z ciałem, tym większa szansa, żeby doświadczyć porodowej ekstazy.

Niektóre kobiety doznają orgazmów podczas porodów w szpitalach, ale o tym się nie mówi. Można mieć też orgazm podczas karmienia piersią, ale to też sfera tabu. Poród i macierzyństwo zostały wycięte ze sfery seksualności, a kobiety, które doznają w związku z nimi odczuć seksualnych, boją się napiętnowania. Seksualność w naszej kulturze została bardzo ograniczona, a wszystko, co przekracza granice, wydaje się dziwne. Do tej pory były to intymne, ukrywane przed światem przeżycia kobiet. Powiedzmy sobie szczerze, bardzo rzadkie. Ostatnio jednak na te zjawiska zaczyna otwierać się seksuologia, powstają pierwsze badania.

Moim zdaniem potencjał ekstazy i orgazmu jest pierwszy, przed bólem i traumą, tylko my, „białe”, tak zwane „cywilizowane” kobiety, nie poszłyśmy w tę stronę. Poszłyśmy w stronę obrony, zaciśnięcia, kontroli, forsowania – ale w naszych ciałach istnieje potencjał przyjemności rodzenia. Na szczęście sytuacja bardzo się zmienia. Kobiety pracują nad sobą w ciąży, inaczej doświadczają rodzenia, stają za swoim porodem i za tym, że ciało lepiej niż umysł wie, co robić. Nie zróbmy tylko z przyjemności rodzenia kolejnego postulatu, nie wpisujmy jej w kartę praw pacjentki, bo nie tędy droga…

Moc rodzenia

Moc rodzenia rozumiem szerzej niż rodzenie dzieci. To jest twórcza, kobieca moc, to powrót do rytmu, cyklu, czerwieni, do połączenia z ciałem. Rodzenia, pisanie, śpiewanie i śnienie – to wszystko nasze dary.

Mądre stare kobiety z rdzennych tradycji mówią, że kobieta w ciąży to naturalna szamanka, która ma dostęp do innych światów. Może i my – „białe cywilizowane kobiety” – mogłybyśmy odzyskać ten dostęp, gdyby nie spętane lękiem ciało?

Poród, seks, modlitwa i orgazm – to wszystko przebiega najlepiej, gdy uruchamia się stara część mózgu – mózg gadzi i ssaczy, czyli archikorteks. Niezwykły lekarz, który dokonał przełomu w wiedzy o rodzeniu, Michel Odent, pisze, że stara część mózgu, między innymi przysadka podwzgórza, która reguluje nasz cały cykl hormonalny, wydziela największą ilość oksytocyny właśnie podczas porodu, orgazmu i modlitwy. Aby wyciszyć neokorteks (nową korę mózgową), uruchomić starą pamięć, trzeba zadbać, aby było ciepło, ciemno i cicho, bezpiecznie. Powinny towarzyszyć nam tylko zaufane osoby, kojące dźwięki, zapachy, rytm skurczów, rytm macicy. Wówczas moc rodzenia tańczy, a razem z nią nasza historia, nasza tożsamość, nasze doświadczenia i lęki, nasza przyjemność. A wtedy z macicy, jak wielkie pajęczyce, stare prządki, snujemy nić życia – nowego życia, bo rodzimy dziecko i przemieniamy wzorzec naszego, własnego życia. Przecież po porodzie już nic nie będzie takie samo.

Całość tekstu w Sabatniku. Sabatnik Trzy Kolory to czasopismo internetowe boginiczno-feministyczne, które ukazuje się co 3 miesiące. Możesz je ściągnąć ze strony: sabatnik.pl. Polecam!


opowiadała: Beata Kołodziejczyk, spisała: Agnieszka Kraska

Udostępnij ten post: