Nie mogłam już na prezerwatywy patrzeć, mdliło mnie zarówno od durexów, jak i femidomów, a moja wagina na przekór mnie i zdrowemu rozsądkowi powtarzała tylko jedno słowo: penetracja. Penetracja i wytrysk bez prezerwatywy? To się może skończyć ciążą!

Dziś 26 września, czyli międzynarodowy dzień antykoncepcji. Już za dwa dni będzie międzynarodowy dzień aborcji. Ale nie o aborcji chciałam pisać, tylko o tym, jaka ta nasza antykoncepcja jest. Nasza – czyli moja, moich znajomych i Czytelniczek portalu, bo pisały do mnie w tej sprawie, dzieląc się doświadczeniem.
„W przeszłości moje metody to wstrzemięźliwość (zero penetracji) i przez parę lat pigułki antykoncepcyjne (dla młodych dziewczyn). Dodatkowo – jako zabezpieczenie zdrowotne przy nowej znajomości – prezerwatywa.”

Do tej pory artykuły o antykoncepcji na portalu się raczej nie ukazywały. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że w dziale „seks” w każdym miejscu w internecie znalazł się obszerny dział, który opisywał wszystkie możliwe sposoby i środki kontroli urodzeń – więc jest gdzie szukać. A po drugie – wydaje mi się, że na ten temat w Polsce wciąż można sobie głównie porozmawiać. Owszem, wszędzie znajdziemy opis takiego np. kapturka naszyjkowego, ale prawdę powiedziawszy to mamy do dyspozycji tylko kilka środków: prezerwatywy, pigułki, plastry, krążki hormonalne, ewentualnie spiralę. A koniec końców: prezerwatywy i pigułki oraz stosunek z wytryskiem nie w waginie kobiety – są chyba najbardziej powszechnymi sposobami ochrony przed ciążą. Te dwie pierwsze możliwości – dość skuteczne i zalecane. Trzecia – uważana jest za jedną z najgorszych (bo stres, bo niepewność, bo duże ryzyko) – ale jakże u nas popularna.

Bez hormonów?

„Jakie środki mnie odrzucają? Kapturki naszyjkowe, gąbki dopochwowe plus kremy, pianki plemnikobójcze i tego typu papranina.”
Jako młoda dziewczyna swoją przygodę ze środkami kontroli urodzeń zaczęłam od pigułek. Pamiętam, że pierwszego dnia, gdy wzięłam pigułkę, tak mnie mdliło, że przepytałam wszystkie koleżanki z klasy, czy one też tak mają. Nie, nie mają tak – nie odczuwają w sumie żadnych skutków ubocznych. Na szczęście po tym jednym dniu też mi przeszło. Ale – żeby nie było tak różowo – krwawiłam przez miesiąc. Moja ginekolożka rozkładała ręce, polecała wkładki higieniczne i zapisywała rutinoscorbin, który miałam brać, aby zahamować krwawienie. Jednak nic mnie nie zniechęciło do pigułek – ani mdłości dnia pierwszego, ani krew przez cały cykl – chciałam mieć pewność, że w ciążę nie zajdę, byłam przecież przed maturą, a tylko pigułka mogła mi dać pewność. Wtedy zupełnie nie przejmowałam się tym, że hormony mają realny wpływ na mój organizm.

Dopiero kiedy po latach je odstawiłam i przez lata używałam tylko prezerwatyw – bez żadnych hormonów – tak bardzo zżyłam się z moim naturalnym cyklem, że za nic nie chciałam wracać do czegoś, co nazywało się „krwawienie zastępcze”. I nie wracałam bardzo długo.

„Wokół siebie widzę dużo matek, studentek, które z dzieckiem na ręku podbijają świat akademicki. Panuje zasada – czy dziecko się trafi, czy nie trafi i tak będzie dobrze.

Aż do czasu, kiedy… nie mogłam już na prezerwatywy patrzeć, mdliło mnie zarówno od durexów, jak i femidomów, a moja wagina na przekór mnie i zdrowemu rozsądkowi powtarzała tylko jedno słowo: penetracja. Penetracja i wytrysk bez prezerwatywy? To się może skończyć ciążą! – „rozsądna dziewczyna” we mnie ostrzegała tak długo, aż poszłam po radę do ginekologa. Ale najpierw – znów – przepytałam wszystkie koleżanki o ich sposoby (tym razem nie nastolatki, ale dorosłe kobiety około trzydziestki). I czego się dowiedziałam? Że bardzo lubimy seks bez żadnej antykoncepcji. Że jesteśmy w takim wieku, w takich związkach lub też mamy takie podejście do życia, że ciąża nie byłaby katastrofą, a seks z wytryskiem w ustach lub na piersi jest świetną zabawą, że hormony to nie dla nas, że może lepiej się chwilę postresować albo wziąć pigułkę po, gdy naprawdę stracimy głowę… Niektóre robiły tak z przyzwyczajenia, jedna ze względów religijnych. Kiedyś sądziłam, że żadna z „rozsądnych kobiet” tak nie myśli, ale nagle się okazało, że otaczają mnie kobiety, które takie sposoby stosują od kilku miesięcy – lub – kilkunastu lat – i – w ciążę jeszcze nie zaszły, hormonami się nie trują, pieniędzy nie wydają, ich faceci nie muszą się przejmować zakładaniem prezerwatywy a one tym, czy połknęły pigułkę. I wszystko działa!

„Od lat stosuję pigułki. Skuteczność 100%, urodziłam w zaplanowanym czasie 2 dzieci, nie było problemu z powrotem płodności. Karmiłam obie córki po pół roku i w tym czasie brałam pigułki dla matek karmiących pod kontrolą mojej ginekolożki. Nie zamierzam zmieniać formy antykoncepcji.”

W końcu poszłam do ginekologa.

Z całą listą pytań zasiadłam w gabinecie, ale wciąż dostawałam tylko jedną odpowiedź.

-Droga pani, tylko pigułki i spirala są pewne. Całą resztę pani odradzam. Skoro nie chce pani prezerwatyw, zostają tylko pigułki albo spirala. Tylko pigułki.

Wyszłam z gabinetu z receptą na krążek hormonalny nuvaring. Który sama zaproponowałam, ginekolog mi o nim nie wspomniał.

Czy byłam zadowolona? Średnio. „Krwawienie zastępcze”? Spadek libido? A może infekcja w pochwie? Zaleta była tylko jedna – brak ryzyka ciąży. Znów okres, który wcale nie chciał się skończyć po tygodniu – ale już znałam najlepszą na to metodę – rutinoscorbin! I tak skończyła się moja przygoda z poszukiwaniem alternatywnej antykoncepcji.

A jakie tak naprawdę mamy możliwości?

Prezerwatywa

„Od początku wiedziałam, że będę łykać pigułki. Z prezerwatywą zawsze był problem – jak już się ją założy, trzeba iść dalej, a przecież podczas seksu dużo się zmienia. Może się okazać, że jednak cipka nie jest gotowa i trzeba się trochę dłużej popieścić. Ale z pigułkami też zaczął się kłopot. Prowadzę bardzo nieregularny tryb życia, imprezy, praca do późna, często zapominałam o regularnym braniu.”

Nie wiedzieć czemu, postrzegana jest jako dobra dla nastolatków i – ewentualnie – w kontaktach z nowymi partnerami (dopóki się nie przebadają) albo też gdy mamy infekcję pęcherza. Ale Czytelniczki, które do mnie pisały, podkreślały, że to metoda sprawdzona oraz – niehormonalna. Że owszem, jest z tą prezerwatywą trochę certolenia, bo to i kupić trzeba, i przy łóżku trzymać, i nałożyć (jeszcze odpowiednio), a i zdjąć umieć, no i jeszcze kciuki trzymać, żeby nie pękła, ale fakt, że nie jest ona środkiem hormonalnym wiele dorosłych kobiet sobie ceni. Bo co tak naprawdę nam zostaje, jeśli nie chcemy stosować hormonów? Tylko prezerwatywa – dla kobiet lub ta tradycyjna, bo taki kapturek naszyjkowy jest w Polsce raczej nieosiągalny. To już szybciej tampon z octem, jak to radziła Michalina w „Sztuce kochania” lub plaster cytryny, o którym z kolei sto lat temu pisał Żeleński. Jedna z dziewczyn wyliczyła mi zalety prezerwatywy:

– można ich użyć w każdej chwili,

– dają widoczne i namacalne poczucie bezpieczeństwa,

– są dość dobrym testem męskiego rozsądku i odpowiedzialności, 🙂

– bardzo bardzo ważne – chronią przed wenerykami,

– nie odczuwam żadnych skutków ubocznych.

Pisały też dziewczyny, które miały złe doświadczenia z pękającymi prezerwatywami. Te, które nie lubią prezerwatyw, bo po nałożeniu i włożeniu się okazuje, że to jeszcze nie ten stan podniecenia, żeby stosunek odbyć i trzeba się jeszcze popieścić albo że partner traci erekcję, a w Polsce dobre prezerwatywy tanie nie są.

Pigułki, plastry, krążek hormonalny

I tu dochodzimy do antykoncepcji hormonalnej. Pigułki są chyba najczęstszym sposobem antykoncepcji (przynajmniej takie mam wrażenie ze „słyszenia” oraz Waszych listów). Prawie każda z kobiet, które do mnie napisały, stosuje lub stosowała pigułki. Bo są pewne. I dlatego, że łatwo je w Polsce dostać. Od lat 60. XX w. ginekolodzy oswajali się z pigułką i dziś przepisują ją nam nagminnie. Niektóre z nas zaczynały, gdy o seksie mowy nie było, ale brały w ramach walki z trądzikiem, inne próbowały np. spirali, ale np. po jakichś komplikacjach wracały do pigułki.

Jako długoletnia braczka pigułek mogę powiedzieć, że w sumie była to dość dobra dla mnie metoda. Plastrów nigdy nie próbowałam, ale jakoś nie miałam ochoty. Uwielbiam wodę, baseny i saunę, więc nie wiem, czy mój plasterek nie odklejałby się od razu po przyklejeniu. Teraz jestem na krążku i… zdarza mi się nerwowo sprawdzać, jaki mamy dzień tygodnia oraz ile tygodni już w tym miesiącu minęło, bo może krążek trzeba wyciągnąć albo włożyć. Co prawa robi się to co 3 tygodnie, ale jeśli akurat jestem w obcym mieście bez recepty, a mój wykupiony miesiąc wcześniej krążek leży w domu, to pojawia się mały problem. Tabletki jednak nosi się ze sobą – szczególnie te, które pomyślane są na 28 dni.

„Nie chcę wracać do tabletek, gdyż boję się tego rozregulowania, póki co pozostajemy przy prezerwatywie, ufam że nie pęknie, bo na początek nie szalejemy za bardzo. 😀 A tak poważnie to chyba jedyny sposób, na który możemy sobie pozwolić.”

Tylko jedna z Czytelniczek, które do mnie napisały, wspomniała o tym, że używała krążka hormonalnego. Tylko jedna próbowała spirali (ze złym skutkiem). Większość z nas jednak wybiera pigułki lub prezerwatywy. Oraz – nie zapominajmy – wiele par stosuje sposób naszych dziadków, czyli wytrysk nie w pochwie. I chociaż kiedyś byłabym gotowa pogrozić im palcem, to dziś sobie myślę, że czy to ograniczone finanse, czy też ograniczony dostęp do wielu różnych środków kontroli urodzeń (bo przecież w Polsce nie proponuje się implantów czy wkładek domacicznych młodym kobietom) jest jakimś wyjaśnieniem tego, dlaczego tak się dzieje.

Tak więc właśnie widzę naszą antykoncepcję na rok 2012: prezerwatywa, pigułka i… stosunek zakończony wytryskiem w ustach. O tym mówiły znajome mi kobiety, o tym pisałyście Wy w mejlach, dlatego tylko o takich metodach wspominam w tym artykule, bo większość z nas zwykła używać tylko tego, o czym słyszała, o czym się ma jakieś ogólne pojęcie. Nasi ginekolodzy mówią nam o tym, co sami znają lub o tym, na co się opłaca wystawić receptę. A my ewentualnie eksperymentujemy z metodami „naturalnymi” lub pigułkami po. Producenci nuvaringów i yazzu mogą tylko się cieszyć, gdy niektóre z nas zostawiają w aptece kolejne setki. A młode dziewczyny i wcale nie tylko te najmłodsze wciąż jeszcze wstydzą się kupić prezerwatywy – o czym słyszę często na warsztatach.

Czy więc jesteśmy już z antykoncepcją w XXI wieku? I co na to wszystko powiedziałaby Margaret Sanger?

Udostępnij ten post: