Pamiętam, jak mój nowy partner, któregoś wieczoru powiedział: „Ja już nie chcę uprawiać seksu”.

Spojrzałam na niego lekko zdziwiona.Ja chcę się kochać”– wyjaśnił.
-A co za różnica? – chciałam go zapytać.
Wydał mi się wtedy niepoprawnym romantykiem. I gdybym to ja – kobieta – to mówiła, ale facet?!
To tylko seks”
W swojej nastoletniej naiwności zawsze łączyłam seks z przepływem miłości. Tak, słyszałam i czytałam, że w seksie chodzi o orgazm, przyjemność, pożądanie i tysiąc innych rzeczy, ale co z tego, skoro gdzieś głęboko w sobie czułam, że to chodzi o miłość? Więc wtedy tak się właśnie kochałam – z miłością. A oprócz miłości było w tym mnóstwo pożądania, lubieżności, spełnienia i ekstazy. Sama nie wierzyłam, że to może być aż tak (!) przyjemne.
Ale po jakimś czasie przyszły racjonalizacje. Chyba wiesz, o czym mówię. „To tylko seks, czemu robisz z tego wielkie halo?”, „Czemu dopisujesz ideologię do zwykłego pieprzenia?”, „Ech, co tam można przeżyć, to ruchanie jest i tyle. Duchowe uniesienia to możesz mieć w kościele albo w medytacji”…
A im więcej tego słyszałam, tym bardziej ten mój seks spadał z chmur na ziemię i tym bardziej się stawał ziemski, to jest jedynie fizyczny i tym bardziej upodabniał się właśnie do „zwykłego pieprzenia”.
Tak, tylko, że i to „pieprzenie” potrafi być absolutnie ekscytujące! Więc czego więcej chcieć i czego szukać, jeśli to tak może być i całkowicie wystarcza?
Więc zapomniałam, czym może być prawdziwe połączenie. Takie, w którym łączą się nie tylko ciała, ale całe istoty, aż stają się jednością. I w takim właśnie duchu usłyszałam to, co mówił mój partner o kochaniu się. Pomyślałam, że on chce wrócić gdzieś do nieba, kiedy tutaj na ziemi mamy wszystko, co mam wystarcza. Czego jeszcze potrzebujemy do seksu, skoro mamy w nim przyjemność, ekstazę, orgazmy, namiętność itp.?
I tylko czasami miałam to poczucie, że czegoś tutaj brakowało, gdy po pięciu orgazmach leżałam zmęczona w pościeli, tuląc się do niego i czując, że na coś jeszcze czekam. Tylko na co? Na przytulenie? Na buziaka na dobranoc? Na jeszcze jeden raz?
No na co?!
Ale czekałam.
Teraz już wiem, że czekałam na miłość.
Miłość, która płynie
Jako naiwna nastolatka całą sobą łączyłam seks z miłością. A potem nauczyłam się go od miłości rozdzielać. Bo przecież „nie potrzeba miłości, aby z kimś iść do łóżka”.
Dzisiaj całkowicie się z tym nie zgodzę, tylko dzisiaj wiem, jakiej miłości potrzeba mi do seksu. Otóż wcale nie chodzi o to, żeby romantycznie zadurzyć się w mężczyźnie, z którym ma się ochotę na klasyczny one night stand i żeby się wzajemnie „przelecieć”! Nie, ta jednonocna historia nie musi się skończyć ani ślubem, ani żadnymi deklaracjami. Chodzi jedynie o to, aby właśnie – nie „przelecieć” się, ale dać sobie miłość. Tę miłość, którą czujesz w tej chwili, gdy na niego patrzysz, tę miłość, która płynie w tej chwili, gdy się dotykacie, obejmujecie, całujecie. Miłość, która jest akceptacją, otwartością i świeżością. Uwagą, spokojem, szacunkiem, uwielbieniem.
Gdy tak właśnie patrzę na to, co się dzieję pomiędzy mną a drugim człowiekiem, nijak nie potrafię nazwać tego „seksem”. Czuję, jak miłość płynie. I na nic więcej już nie czekam.
Udostępnij ten post: