Moje dziecko ma edukację seksualną w domu – powiedziała moja koleżanka. Zamrugałam. Pamiętam przecież taką rozmowę, w której próbowałam ją spytać o coś intymnego. Zaczerwieniła się, spłoniła, odwróciła i w końcu wydusiła z siebie, że nie wie. Więcej już nie próbowałam zaczynać rozmowy na „ten” temat.

– Wow – odparłam więc teraz. – Nieźle. Ja bym nie umiała – wyznałam szczerze.

Anka uśmiechnęła się z wyższością.

– A co tu jest trudnego?

– Hym… Wolałabym, żeby moją trójkę doedukował ktoś doświadczony. Co ja im mam opowiadać o prezerwatywach czy HIV, kiedy sama pewnych rzeczy pewna nie jestem, a prezerwatyw używałam ostatnio w liceum – zamyśliłam się. – Pewnie w samej antykoncepcji wiele się zmieniło od moich czasów. A już tłumaczyć, jak mają się z kimś kochać, to wiesz…

Anka znów się zaczerwieniła.

Ja im takich świństw nie opowiadam. I nie zamierzam – oznajmiła, lekko zirytowana i sięgnęła po telefon. – Pokazywałam ci tę moją nową sukienkę? – wyciągnęła do mnie rękę, aby pokazać zdjęcia na komórce i w ten sposób zmieniła temat. Do którego już nie miałam zamiaru wracać.

Nie wiem, czy byłaś/eś świadkiem takiej scenki rodzajowej, ale prawdopodobnie potrafisz ją sobie wyobrazić. Rodzice, czyli ludzie tacy jak Ty – czy ja. Jedni będą potrafili wyedukować swoje dzieci w zakresie seksualności, inni będą głęboko wierzyć, że potrafią, a inni po prostu powiedzą: „a ja bym chciał, żeby moje to się w szkole dowiedziały”. Z własnego doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że dla mnie edukacja domowa to było za mało. I mimo że moja mama nie była pruderyjna i miała bogatą biblioteczkę, to i tak edukacja szkolna – chociaż w latach 90. XX nie była jakaś szczególnie rozbudowana – była mi i moim bliskim znajomym bardzo pomocna. Dlaczego? Bo szkoła, czyli poważne miejsce, w którym uczyli nas historii i polskiego, organizując zajęcia o seksie, potwierdziła, że i z nami można o tym rozmawiać. Nawet jeśli mieliśmy wtedy po 16 czy 17 lat. Ten temat w sposób oficjalny wkroczył do naszego życia. Rozmawianie w szkole o seksie sprawiało, że stawał się on w jakiś sposób „legalny”, inny niż pokątne palenie papierosów czy wciąganie amfetaminy – co połowa z nas robiła, ale absolutnie był to temat tabu, jakie narkotyki? W naszej szkole?! A seks przestał być takim tabu. Nagle się okazało, że można. I że nauczyciel nie będzie się podśmiewał, ani grzmiał o grzechu, jak ksiądz, bo zamiast nauczyciela i księdza na lekcje wychowania seksualnego przychodził prawdziwy edukator. I przedstawia nam świecki, niezideologizowany, ale bardzo praktyczny obraz seksu. I nie wstydzi się mówić ani o pornografii, ani o masturbacji, ani o tym wszystkim, o czym jednak nie powie mi mama, choćby chciała. Bo nie ma dostatecznej wiedzy, doświadczenia, czy po prostu – praktyki zawodowej. Albo ma jakieś – np. religijne lub romantyczne podejście do życia, którego mój trzeźwo myślący i pragmatyczny edukator seksualny nie będzie wnosił do klasy, w której jest trzydzieści osób – różnych poglądów, doświadczeń, płci, orientacji, religii.

Gdy słyszę o tym, że „edukacja seksualna powinna odbywać się w domu”, to myślę, że ta osoba, która to mówi, ma bardzo ograniczoną wyobraźnię. Że prawdopodobnie żyje w bańce, w której każdy jest komunikatywny, wykształcony, majętny i ma bardzo dużo czasu. I świetny kontakt z dziećmi. Są przecież osoby, które nie mogą ze swoimi dziećmi odrobić zadania domowego z matematyki na poziomie trzeciej klasy szkoły podstawowej. Bo w szkole nie były orłami albo dlatego że po prostu nie mają czasu. Skąd więc wszyscy ci rodzice mają mieć czas i energię na edukację seksualną? Szczególnie, jeśli pamiętają z katechezy lub religii, że od masturbacji się ślepnie, a prezerwatywa nie chroni przed HIV i używają jej tylko rozwiązłe osoby, bo te przyzwoite uprawiają seks dopiero po ślubie?

Edukacja domowa

No ale przecież… uczymy tej edukacji seksualnej w domu. OK, ja dzieci nie mam. Mają moje koleżanki. Niektóre koleżanki z „seksualnej branży” świetnie edukują swoje dzieci, co nie zmienia faktu, że te małoletnie dzieci i tak uczą się z podwórka i oglądają z kolegami porno na tabletach i smartfonach. Prawdopodobnie nie tylko dzieci tych właśnie superwydukowanych sex coachek i nauczycielek świątynnej seksualności, które potrafią wytłumaczyć swoim pociechom, że porno to takie skrzyżowanie SF i fantazy i w naturze raczej nie występuje… Prawdopodobnie dzieci Twojego brata albo sąsiadów również to oglądają. A może Twoje dzieci – o ile je masz. I chyba przyznasz, że taka „pornoedukacja” potrzebuje przeciwwagi. Bo, co internet napsuje, pozostaje w głowach na długo. I być może teraz, kiedy porno w streamingu na wszelkich youpornach i porntubach, jest sto razy bardziej dostępne niż w czasach, niż kiedy to ja byłam dzieckiem a nośnikiem porno były świerszczyki, które wujek koleżanki ukrywał w tapczanie, to rzetelna i systemowa edukacja seksualna też jest nam o wiele bardziej potrzebna? Co więcej – ja ją w szkole otrzymałam, chociaż w bardzo okrojonej wersji. Rzetelną edukację seksualną miał też mój pierwszy chłopak i może dzięki wysiłkom jego nauczycielki nie uprawialiśmy seksu bez prezerwatywy, bo „jego pani tego nie polecała”.

Ale wracając do edukacji domowej. Ona odbywa się na każdym kroku. Kiedy uczysz swojego syna, że chłopcy mają penisy a dziewczynki waginy. Kiedy mówisz swojemu nastolatkowi, żeby miał szacunek do koleżanek, nie ciągnął za warkocze i nie wyśmiewał ich miesiączki. Kiedy sam jesteś pełen szacunku do swojej żony i innych kobiet i pozwalasz im odpoczywać w „czerwonym namiocie”. Kiedy każesz swojemu dziecku zamknąć oczy, gdy para na filmie uprawia seks – wtedy Twoje dziecko uczy się, że jest coś zakazanego, co warto poznać. Ale nie wolno o tym mówić, ani na to patrzyć. Kiedy stoisz czerwona i skrępowana, gdy Twój małoletni syn, pyta Cię, co to jest: łechtaczka, wibrator czy kim jest homoseksualista, a Ty nie wiesz, jak odpowiedzieć, zmieniasz więc temat i każesz mu bawić się samochodzikami, zamiast zamęczać Cię tysiącem pytań. Wtedy Twoje dziecko uczy się, że na „te tematy” lepiej nie rozmawiać z matką. Bo matka się wtedy denerwuje i krzyczy.

Taka edukacja odbywa się w wielu domach. I nie ma w tym niczego dziwnego. Być może 95% z nas taką „złą edukację” odebrało w czasach własnego dzieciństwa. Pewnie jako większość nie mamy za wielkich kompetencji, aby dać dzieciom lepszą edukację. Pytanie: czy naprawdę chcesz, aby nasze dzieci były kolejnym pokoleniem, któremu nikt nie pomógł i które w dorosłe życie będzie niosło absurdalne stereotypy i lęki dotyczące seksu?

Czy jedne dzieci warte są czasu i wysiłku edukacji seksualnej, a inne nie?

Ja nie chcę. Ja na co dzień widzę, jak nieoswojona wciąż jest seksualność, ile budzi emocji – także wśród osób, której zajmują się nią zawodowo! Nikt z nas nie jest wolny od wielowiekowej spuścizny wstydu i ukrywania. Dlatego cieszę się, że jest taka grupka entuzjastów i entuzjastek seksualności, które chcą młodym ludziom i małym dzieciom pokazywać seksualność z dobrej strony. Pokazywać jej piękno i potencjały oraz radzić sobie z zagrożeniami. I to właśnie te osoby mogą być przeciwwagą dla seksu, który ktoś poznał w wieku lat ośmiu ze stron porno. Wybawieniem dla rodziców, którzy nie chcą, aby ich 15-letnia córka zaszła w ciążę, ale sami nie wiedzą, co zrobić, aby ją ustrzec. A jedyny pomysł, jaki mają, to aby nie pozwolić jej wychodzić wieczorami z domu. Umówmy się, przecież dla wielu nastolatków rodzice są żadnym autorytetem, szczególnie w kwestii zdrowych relacji, udanych związków oraz seksualności. Przecież wiele osób zamiast czułości rodziców widziało kłótnie, awantury, przemoc wszelkiego rodzaju – włącznie z seksualną. I nawet jeśli jacyś rodzice tworzą z gruntu toksyczny związek i mają zerowe kompetencje uczyć kogoś o zdrowych relacjach i dobrym seksie – to przecież ich dzieci zasługują na to, aby ktoś dał im tę wiedzę. Także ci rodzice, którzy drą ze sobą koty, zdradzają się i nienawidzą, upijają do nieprzytomności lub narkotyzują, pewnie chcieliby lepszej przyszłości dla własnych dzieci. Pewnie nie chcieliby, żeby ich dziecko wróciło do domu zarażone kiłą, HIV czy przerażone tym, że może zostać rodzicem w wieku lat 14 czy 17. Także ci rodzice, którzy nie mają czasu, umiejętności, czy dostali bardzo surowe religijne wychowanie i sami nie potrafią tego zrobić, mają prawo, aby ktoś w ich zastępstwie poświęcił czas ich dzieciom i nauczył ich, co to jest dobra relacja, bezpieczniejszy seks, orientacja seksualna czy tożsamość płciowa. Dlaczego mają takie prawo? Z wielu powodów. M.in. ze zwykłej ludzkiej życzliwości. A także ze zdrowego rozsądku. Bo nawet jeśli Ty dysponujesz wiedzą, pieniędzmi i umiejętnościami i dasz swojej córce dobrą edukację seksualną, to skąd możesz wiedzieć, że za kilka lat na pewno nie zakocha się w chłopaku z takiej rodziny, w której ani ojciec, ani matka, ani nikt nie miał możliwości przekazania mu tego samego. I Twoja córka zostanie przez niego potraktowana obcesowo, bez szacunku oraz bezmyślnie? Co więcej – on jej będzie wmawiał, że tak ma być, a ona mu uwierzy, bo ze stereotypów przecież wynika, że to mężczyzna jest dla kobiety nauczycielem seksu.

Ale najważniejszy powód jest taki, że to państwo polskie w roku 1993 zobowiązało się do wprowadzenia powszechnej i rzetelnej edukacji seksualnej. Ale do dziś się z tego nie wywiązało. Co więcej, aktualnie zastanawia się, czy z niej całkowicie nie zrezygnować. No, cóż, jeśli zrezygnuje, wiedza na temat seksualności będzie dostępna tylko dla wykształconych i zasobnych osób z klasy średniej. A reszta niech się uczy o skutkach seksu w praktyce – roznosząc choroby przekazywane drogą płciową, szukając możliwości aborcji i lecząc złamane serca. W końcu… skoro rodzice ich nie nauczyli w domu, to wina rodziców. A dzieci? Mogły się przecież urodzić w innych rodzinach!

Udostępnij ten post: