Nauczyłam się doskonale oddzielać umysł od ciała i postanowiłam, że nie chcę za bardzo „wiązać” się z dzieckiem, dopóki ciąża nie będzie zaawansowana, a ja nie będę wiedziała, że dziecko jest zdrowe – o czym mogłam się przekonać dopiero po jego narodzinach. Zauważ paradoks w moim rozumowaniu.

Czułam, że wszystko będzie dobrze, jednak „tak na wszelki wypadek” nie chciałam się zbytnio angażować.

Fragment pochodzi z książki Christiane Northrup „Ciało kobiety, mądrość kobiety”, Warszawa 2011, s. 457-459.

 

Lekarka położna zachodzi w ciążę
Gdy zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem, właśnie ukończyłam czteroletni staż. Pracowałam z setkami kobiet w ciąży, otaczając je rodzicielską opieką, wspierając je i asystując przy porodzie ich dzieci. W trakcie stażu byłam zwolenniczką porodów naturalnych i wolnych od leków. Byłam pozytywnie nastawiona do własnego porodu. Przecież większość ciąż kończy się narodzinami zdrowego dziecka – miałam wiadomości z pierwszej ręki.

Ciąża była dla mnie obserwacją eksperymentu przeprowadzanego na macicy. Czy to nie jest ciekawe – obserwacja zmian, przez które przechodziło moje ciało! Teraz widzę, że chociaż planowałam ciążę i pragnęłam jej, nie pozwoliłam sobie na to, co wtedy uważałam za luksus ekscytacji i oczekiwania.

Nauczyłam się doskonale oddzielać umysł od ciała i postanowiłam, że nie chcę za bardzo „wiązać” się z dzieckiem, dopóki ciąża nie będzie zaawansowana, a ja nie będę wiedziała, że dziecko jest zdrowe – o czym mogłam się przekonać dopiero po jego narodzinach. Zauważ paradoks w moim rozumowaniu. Czułam, że wszystko będzie dobrze, jednak „tak na wszelki wypadek” nie chciałam się zbytnio angażować. Widziałam kobiety, które już w trzecim trymestrze, gdy ryzyko poronienia wciąż wynosi jeden do sześciu, meblowały cały pokój dziecinny. Nie chciałam odczuwać żalu, gdyby coś się nie powiodło. Wydawało mi się, że ich emocjonalne zaangażowanie jest przedwczesne. Lata później dowiedziałam się, że dzieci w macicy wiedzą, co się dzieje wokół nich, słyszą, czują i doświadczają emocji na długo przed narodzinami. Dzieci czują, gdy ich matki są obojętne i niezaangażowane emocjonalnie.

Nie byłam wtedy świadoma, chociaż uczyłam tego swoje pacjentki, że proces nawiązywania więzi z dzieckiem rozpoczyna się w momencie uzyskania pozytywnego wyniku testu ciążowego. Zwykle kobiety zaczynają wtedy fantazjować na temat dziecka, wymyślają imię i oglądają dziecięce ubranka oraz inne przedmioty. (Wprowadzenie badania ultrasonograficznego sprawiło, że obecnie proces powstawania więzi uczuciowych zaczyna się wcześniej i jest bardziej intensywny). Nigdy nie interesowałam się dziećmi. Nie rozumiałam zachowania kobiet podczas imprez dla kobiet w ciąży [ang. baby shower*] – wydarzeniach, które ledwie byłam w stanie znieść. Nie podobały mi się achy i ochy nad ubrankami dziecięcymi.

Gdy pod koniec ciąży pielęgniarki zapytały mnie czy mam gotowy pokój dla dziecka, odpowiedziałam: „Nie, nie mam nawet koszulki”. Nie miałam nic dla dziecka, nawet pieluszki. Mąż kończył właśnie program stypendialny z zakresu ortopedii i był, jak zwykle, bardziej zajęty ode mnie. Z pewnością nie był zainteresowany zakupami dla dziecka. Byłam pewna, że nie chcę żadnej imprezy. Na szczęście zaprzyjaźnione pielęgniarki zignorowały moją stanowczą postawę. Chociaż wtedy czułam się tym zażenowana, później byłam im wdzięczna. Nie miałam pojęcia, jak kupować rzeczy dla dziecka.

Zamiast przeczytać poradniki dla rodziców, ufałam mojej zdolności bycia mątką, która nie ma potrzeby zadawać pytań. Według mnie dobra matka nie musiała być sentymentalna wobec dziecka. Moja matka była „lwicą”, która zwykle miała doskonały instynkt. Nie polegała za bardzo na „ekspertach” – za co na zawsze pozostanę jej wdzięczna.

W miarę jak dziecko rosło, z zainteresowaniem obserwowałam swoje zmieniające się ciało. Dowiedziałam się wiele na temat porannych mdłości, bólów pod żebrami, zaparć, wzdęć i zgagi. Przez całe lata słyszałam, jak kobiety narzekają na te dolegliwości. Teraz wiedziałam, dlaczego. Chociaż mąż twierdził, że moje zmieniające się ciało jest piękne, nie byłam co do tego przekonana. Martwiłam się, że za dużo przytyję. Jak mogła mi się podobać zanikająca talia, spuchnięte policzki i coraz większa ilość tłuszczu na biodrach w kulturze, która za ideał uznaje niemal anorektyczki?

Teraz żałuję, że nie mam żadnych zdjęć z okresu ciąży. Dziwiłam się moim pacjentkom, które pokazywały mi albumy pełne zdjęć z czasu ciąży i porodu – były dumne ze swoich ciał i nie wstydziły się ich. W tamtych czasach te kobiety wyglądały jak okazy z innej planety – czy nie „docierało do nich”, że kultura (i ja) nie uważa, że wyglądały aż tak świetnie? Dwie dekady przyniosły ogromne zmiany w tym obszarze. Obecnie kobiety są dumne ze swoich „obfitości”. I słusznie.

Przy drugim dziecku brzuszek pojawił się tuż po zajściu w ciążę, która niemal natychmiast była widoczna, co zdarza się często. Tym razem byłam jeszcze bardziej zajęta niż poprzednio, ale pamiętam, że częściej mówiłam do dziecka (myślałam jednak, że to chłopiec i przez dziewięć miesięcy nazywałam ją William – była dużo bardziej aktywna od pierwszej córki, więc poczyniłam to seksistowskie założenie). Pod koniec ciąży miałam trudności z chodzeniem z powodu rozejścia się spojenia łonowego, które występuje po to, by dziecko mogło przejść przez miednicę. Jednak ogólnie rzecz biorąc, była to zupełnie normalna ciąża. Chociaż tym razem mój brzuch był o wiele większy, w trakcie obydwu ciąż przytyłam tyle samo – jedenaście kilogramów.

Spotkałam kiedyś światową kobietę na kierowniczym stanowisku. Zbliżała się do czterdziestki i była w połowie pierwszej ciąży. W pewnym momencie wreszcie przyznała, że musi kupić jakieś „brzydkie ubrania”, gdyż nie jest już w stanie „ukrywać” ciąży i musi zmienić nienaganny wygląd kobiety w wąskich spódnicach i na wysokich obcasach. Jej podejście, że ciąża jest czymś, co trzeba przetrwać, zignorowaćczy znieść, było bardzo powszechne – do pewnego stopnia sama się do niego przyczyniałam. Im mniej widać ciążę, tym, według innych ludzi, lepiej wyglądasz – „Och, jesteś taka drobna, wyglądasz świetnie – prawie nic nie widać!” Reklama witamin prenatalnych z jednego z czasopism medycznych z połowy lat osiemdziesiątych przedstawiała bardzo szczupłą, wysoką kobietę, która w ogóle nie wyglądała, jakby była w ciąży, biegającą i robiącą zdjęcia, ćwiczącą na siłowni i pracującą do późnych godzin wieczornych w biurze. Nagłówek brzmiał: „Ciąża jej nie ciąży”. Reklama przypomina mi o moim podejściu do ciąży, gdy biegałam po schodach szpitalnych, by wykonać cesarskie cięcie czy operację. Nie chciałam, żeby ciąże w jakikolwiek sposób utrudniały mi życie.

Niestety badania wykazują, że czasami, jeśli w trakcie ciąży nie zwolnimy tempa, narazimy na szwank zdrowie. Badanie pilotażowe związku stresu z ciążą u ciężarnych lekarek i pielęgniarek wykazało, że poziom pewnych hormonów (katecholamin w moczu), produkowanych przez nadnercza oraz inne tkanki w wyniku fizycznego czy mentalnego stresu, wzrastał o 58% w czasie pracy w porównaniu z okresem wolnym od pracy. Poziom katecholamin był także o 64% wyższy u ciężarnych lekarek niż u pracujących kobiet w ciąży z grup kontrolnych, które nie były lekarkami. Wszystkie kobiety były w podobnym wieku ciążowym. (Nasila to stan zapalny tkanek, co z kolei prowadzi do powikłań porodowych).

Będąc w ciąży z drugim dzieckiem, czasami musiałam wstawać w nocy, by pojechać i przyjąć poród. Bywało, że ubierając się, ze zmęczenia wpadałam na ściany. (Aż do piątego roku życia moje pierwsze dziecko nie przespało całej nocy, więc przez wiele lat wstawałam w nocy, bez względu na to czy miałam dyżur, czy też nie!) Nikt nie zaproponował mi, żebym zwolniła. Poza tym wciąż próbowałam udowodnić, że jestem profesjonalistką – szczególnie teraz, gdy miałam dzieci!

Poprzez ciążę i poród kobieta dosłownie wciela w życie, trwający całe życie, wzorzec energii, która staje się materią.

-Caroline Myss

Ciąża i poród dr Christiane Northrup, cz. 1 
Ciąża i poród dr Christiane Northrup, cz. 3


autor: Christiane Northrup

Udostępnij ten post: