Poniżej fragment książki „Kwiat Pustyni” Waris Dirie. Waris jest Somalijką. Pracowała jako modelka i ambasadorka ONZ. Jest działaczką na rzecz praw człowieka i praw kobiet. Ma fundację, która zajmuje się chronieniem dziewczynek przed okaleczaniem narządów płciowych.

Jako mała dziewczynka sama została brutalnie okaleczona. Zamieszczony fragment książki opowiada właśnie o tym zdarzeniu. Opis dla czytelniczek/ków o mocnych nerwach.

W Somalii panuje przekonanie, że między nogami dziewczyny znajduje się coś złego. Mimo że przynosimy to ze sobą na świat, to coś jest jakoby nieczyste, więc musi zostać usunięte. Wszystko. Łechtaczka, mniejsze wargi sromowe i większość warg większych. Wszystko to się wycina, a rana jest tak zszywana, że po naszych organach płciowych pozostaje tylko blizna z niewielkim otworem, przez który uchodzi mocz i krew podczas miesiączki. Dla nas jednak szczegóły tego zabiegu pozostawały tajemnicą – nigdy ich nie wyjaśniano. Miałyśmy tylko wiedzieć, że gdy nadejdzie właściwy moment, wydarzy się coś szczególnego.

Skutkiem tego wszystkie dziewczyny w Somalii niecierpliwie oczekują tej ceremonii oznaczającej przejście ze świata dzieci do świata kobiet. Z początku odbywało się to w momencie osiągnięcia dojrzałości płciowej, co było o tyle uzasadnione, o ile dziewczyna staje się wtedy zdolna do zajścia w ciążę.

Z biegiem czasu jednak obrzezaniu poddawano coraz młodsze dziewczynki. Po części dlatego, że to one same wywierały presję na rodziców w oczekiwaniu na to „szczególne wydarzenie”. Oczekiwaniu, które da się porównać chyba tylko z oczekiwaniem dzieci świata Zachodu na przyjęcie urodzinowe lub wizytę Świętego Mikołaja w Boże Narodzenie.

Kiedy dowiedziałam się, że stara znachorka przybędzie, aby obrzezać Aman, zapragnęłam tego samego. Aman była wspaniałą starszą siostrą, była dla mnie wzorem, i cokolwiek ona miała lub czegokolwiek chciała, tego chciałam i ja. W dzień przed wielkim wydarzeniem szarpałam matkę za ramię i błagałam:

– Mamo, zrób mi to samo! Mamo, zróbmy to jutro!

Matka odepchnęła mnie.

– Może nie spiesz się z tym, mała!

***

Wczesnym rankiem matka i jej znajoma wzięły ze sobą Aman i poszły na spotkanie znachorki. Jak zwykle prosiłam, żeby mnie ze sobą zabrały, i jak zwykle matka kazała mi zostać z młodszym rodzeństwem. Używając tych samych zwiadowczych technik, które zastosowałam podglądając matkę na spotkaniu z przyjaciółkami na pustyni, śledziłam je z ukrycia.

Znachorki biegłe w sztuce obrzezania cieszą się w naszej społeczności dużym poważaniem – nie tylko ze względu na to, że opanowały tę szczególną umiejętność, ale także dlatego, że żądają za swoje usługi bardzo wysokich opłat. Honorarium za obrzezanie jest jednym z największych wydatków, na jakie może być narażony budżet somalijskiej rodziny, niemniej jednak uważa się, że jest to inwestycja niezbędna. Bez niej bowiem córka nie wejdzie na małżeński rynek. Kobiety o nietkniętych obrzezaniem genitaliach uważane są za niezdolne do małżeństwa, nieczyste, i żaden prawdziwy mężczyzna nie weźmie ich poważnie pod uwagę. Tak więc znachorki – jak je nazywają – są bardzo poważanymi członkiniami naszej społeczności. Z ich ręki umiera jednak tak wiele dziewcząt, że ja nazywam je morderczyniami.

Patrzyłam zza drzewa, jak matka i jej towarzyszka posadziły Aman na ziemi, a potem chwyciły ją mocno za ramiona. Znachorka zaczęła coś robić między jej nogami i wtedy dostrzegłam, że twarz siostry kurczy się z bólu. Moja siostra była bardzo twardą, silną dziewczyną, a tu masz – aaaj!!! Uniosła nogę i zaczęła tłuc znachorkę po plecach, po czym wyrwała się kobietom i zaczęła uciekać, znacząc na piasku krwawy ślad. Pobiegły za nią. Z początku Aman mocno je wyprzedziła, ale po pewnym czasie padła bezwładnie na ziemię. Kobiety odwróciły ją na plecy i kontynuowały swoją robotę. Zrobiło mi się niedobrze, nie mogłam już na to patrzeć i uciekłam do domu.

Teraz wiedziałam coś, czego wolałabym nie wiedzieć. Nie rozumiałam, co się stało, ale przerażała mnie myśl, że i mnie to czeka. Nie mogłam wypytać o to matki, bo zobaczyłam rzeczy, których widzieć nie powinnam.

Po obrzezaniu Aman trzymana była z dala od dzieci, ale dwa dni później zaniosłam jej trochę wody. Przyklęknęłam przy niej i zapytałam:

– Jak było?

– Potwornie… – zaczęła i nie dokończyła. Nie chciała mnie straszyć wiedząc, że teraz na mnie kolej.

Od tej chwili bałam się okropnie tego, co było przecież nieuchronne. Starałam się wypchnąć z pamięci widok cierpienia siostry. W swojej naiwności zdołałam w końcu przekonać samą siebie, że chcę stać się prawdziwą kobietą i dołączyć do starszych sióstr.

***

Miałam chyba z pięć lat, kiedy poszłam do matki i zaczęłam nudzić:

– Mamo, przecież jestem kobietą. Kiedy w końcu mi to zrobisz? – Uważałam, że muszę mieć za sobą to tajemnicze przejście.

Udało się. Pewnego dnia matka powiedziała:

– Ojciec wie, gdzie spotkać znachorkę. Czekamy na nią, pojawi się lada chwila.

Wieczorem przed obrzezaniem matka poradziła mi, żebym nie piła zbyt wiele, bo będę dużo siusiać. Nie wiedziałam, o co ale przytaknęłam. Byłam zdenerwowana, lecz chciałam mieć to już za sobą. Stałam się ośrodkiem zainteresowania całej rodziny i dostałam nawet dodatkową porcję jedzenia. Tuż przed pójściem spać matka powiedziała:

– Obudzę cię rano, jak będzie trzeba.

Nie miałam pojęcia, skąd będzie wiedziała o nadejściu znachorki, ale mama często przeczuwała, że ktoś przyjdzie lub że coś się wydarzy.

Leżałam bezsennie przez całą noc, aż nagle mama zjawiła się tuż przy mnie. Nadal było ciemno, lecz niebo przechodziło już, niemal niezauważalnie, z czerni w szarości przedświtu. Pokazała mi na migi, żebym była cicho, i wzięła mnie za rękę. Na wpół śpiąca poczłapałam za nią, wlokąc za sobą moją skromną kołderkę. Teraz wiem, dlaczego w podobnych sytuacjach dziewczynki zrywa się ze snu tak wcześnie. Rzeź ma się odbyć, zanim inni się obudzą, żeby nikt nie słyszał krzyków ofiary. Ja tymczasem, choć niespokojna, robiłam posłusznie, co mi kazano. Wyszłyśmy z chaty, by zanurzyć się w wysuszone zarośla.

– Poczekamy tutaj – powiedziała mama.

Siadłyśmy na chłodnej ziemi. Zrobiło się nieco jaśniej, lecz nadal ledwo można było odróżnić kształty. Wkrótce usłyszałam pobrzękiwanie sprzączek u sandałów znachorki. Matka zawołała ją po imieniu i dodała:

– Czy to ty?

– Tak, jestem tutaj – usłyszałyśmy, choć wciąż nikogo nie było widać.

Nagle, zupełnie nie wiem w jaki sposób, znalazła się tuż przy mnie.

– Siadaj! – popchnęła mnie na płaski kamień.

Żadnej rozmowy, nawet powitania. Żadnego tam: to może bardzo boleć, więc musisz być

dzielną dziewczynką. O, nie. Morderczyni od razu przeszła do rzeczy.

Matka ułamała kawałek wystającego z ziemi korzenia, ułożyła mnie na kamieniu, potem siadła za mną, przycisnęła moją głowę do piersi i otoczyła mnie nogami. Chwyciłam jej uda, a matka włożyła mi ten patyk do ust, mówiąc:

– Przygryź to.

Zmroziło mnie przerażenie, bo nagle pojawiła się przede mną wykrzywiona cierpieniem twarz Aman.

– To będzie bolało – wymamrotałam zza korzenia.

Mama pochyliła się i szepnęła mi do ucha:

– Wiesz, że nie dam rady cię sama utrzymać, więc bądź grzeczna, dziecino. Bądź

dzielna, a wszystko szybko się skończy.

Popatrzyłam między nogi i zobaczyłam, jak znachorka szykuje się do roboty. Wyglądała jak zwyczajna somalijska staruszka – barwny zawój wokół głowy, jasna bawełniana suknia – ale na jej twarzy nie było nawet cienia uśmiechu. Patrząc na mnie tępym wzrokiem, sięgnęła do torby zrobionej z kawałka starego sukna. Śledziłam jej ruchy, bo bardzo byłam ciekawa, czym będzie mnie ciąć. Spodziewałam się jakiegoś wielkiego noża, ale ona wyciągnęła mały płócienny woreczek, wyłowiła z niego złamaną żyletkę i zaczęła ją dokładnie oglądać. Słońce było jeszcze pod horyzontem. Wokół nas pojawiały się już kolory i choć szczegóły obrazu były rozmazane, na wyszczerbionym ostrzu dostrzegłam zaschniętą krew. Znachorka splunęła na żyletkę i zaczęła ją wycierać o suknię. W tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami – to matka przesłoniła mi je szarfą.

A potem dowiedziałam się, jak to jest, gdy ci wycinają część ciała. Słyszałam odgłosy tępego narzędzia rżnącego w tę i nazad moją własną skórę. Kiedy to sobie przypomnę, wprost nie mogę uwierzyć, że sama to przeżyłam. Zupełnie jakby chodziło o kogoś innego. Nie da się tego opisać słowami żadnego języka. To tak, jakby ci ktoś obcinał na żywca rękę albo nogę, tyle że ta ręka czy noga jest najbardziej czułą częścią twojego ciała. Mimo to nawet nie drgnęłam, bo pamiętałam o Aman i wiedziałam, że nie ma odwrotu. No i chciałam, żeby mama była ze mnie dumna. Siedziałam jak skamieniała, wmawiając sobie, że im mniej się będę ruszać, tym krócej to będzie trwało. W końcu jednak nogi przestały mnie słuchać i zadrgały niepokojąco. Zaczęłam prosić Boga, żeby się to wszystko skończyło. Wysłuchał mnie – zemdlałam.

Kiedy odzyskałam przytomność, zdawało mi się, że już po wszystkim, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Opaska spadła mi z oczu i zobaczyłam, że morderczyni zgromadziła przy sobie mnóstwo kolców z rosnącej w pobliżu akacji. Przekłuwała nimi to, co pozostało po zabiegu, a potem przeciągała przez dziury grubą, białą nić. Nogi miałam zupełnie odrętwiałe, ale płonący między nimi ból był tak silny, że chciałam umrzeć. W pewnym momencie doznałam uczucia, jakbym uniosła się nad ziemię. Ból został gdzieś pode mną: fruwałam ponad tą przerażającą sceną, obserwując kobietę zszywającą moje zmaltretowane ciało tulone przez biedną matkę. I wtedy poczułam niesamowity spokój – nic mnie już nie bolało i niczego się nie bałam.

Gdy otworzyłam oczy, tej strasznej kobiety już nie było. Chyba mnie przesunęły, bo leżałam na ziemi, obok kamienia. Moje nogi od kostek aż po biodra były związane szmatami tak, że nie mogłam się ruszyć. Rozejrzałam się, szukając matki, ale sobie poszła, więc leżałam samotnie, czekając, co będzie dalej. Obróciłam głowę w stronę kamienia: był zbryzgany krwią, jakby zarżnięto właśnie jakieś bydlę. Moje ciało, moja płeć, leżało tam, wysychając w słońcu.

Leżałam, patrząc na wznoszące się powoli słońce. Wokół nie było śladu cienia i fale żaru biły mi w twarz, dopóki nie przyszły matka z siostrą. Odciągnęły mnie w chłód i kończyły w milczeniu przygotowanie mojego legowiska. To także należało do tradycji: pod drzewem trzeba było zrobić chatkę, gdzie mogłabym odpoczywać i goić swe rany z dala od innych ludzi. Kiedy mama i Aman skończyły pracę, wciągnęły mnie do środka.

Byłam przekonana, że to już koniec cierpień – dopóki nie zachciało mi się sikać. Dopiero wtedy zrozumiałam radę mamy, żebym za dużo nie piła. Po długich godzinach wyczekiwania w napięciu należało mi się wyjście na stronę, ale byłam przecież skrępowana aż do pasa. Mama ostrzegała mnie, żebym nie chodziła, bo wtedy rany się otworzą i trzeba mnie będzie zszywać od nowa. Wierzcie mi, była to ostatnia rzecz, jakiej bym pragnęła.

– Chcę siku – zawołałam do siostry.

Jej mina powiedziała mi, że to nie jest dobry pomysł. Podeszła, obróciła mnie na bok i

wydłubała dołek w piasku.

– Do dzieła – powiedziała.

Kiedy wydusiłam z siebie pierwszą kroplę, poczułam, jakby ktoś polewał mi ciało kwasem. Po znachorskim szyciu pozostał tylko maleńki otwór, wielkości łebka od zapałki. Chodzi o to, żeby przyszły mąż miał pewność, że nowo poślubiona żona nie zażywała seksu, zanim on jej nie dotknął. Skutkiem tego mój mocz zbierał się w świeżej ranie i dopiero potem ściekał po udach cienkim strumyczkiem. Zaczęłam wyć. Nie pisnęłam nawet, gdy morderczyni cięła mnie na strzępy, ale teraz zabolało mnie tak strasznie, że nie wytrzymałam.

Wieczorem matka i Aman wróciły do reszty rodziny, zostałam więc znowu sama. Nie bałam się jednak lwów ani węży, mimo że leżałam zupełnie bezbronna. Od chwili, gdy poszybowałam ponad własne ciało i zobaczyłam staruchę zszywającą moją ranę, nie bałam się niczego. Leżałam na ziemi jak kłoda, obojętna na ból i lęk, było mi wszystko jedno, czy umrę, czy będę żyła. Nie przejmowałam się tym, że inni śmieją się przy ognisku, podczas gdy ja leżę sama w ciemnościach.

Dni w chatce wlokły się jeden za drugim. W ranach rozwinęło się zakażenie i dostałam tak wysokiej gorączki, że na przemian traciłam i odzyskiwałam przytomność. Bojąc się tortury oddawania moczu, zaczęłam unikać picia i wstrzymywałam się z sikaniem do ostatniej chwili. Mama szybko to odkryła i wytłumaczyła mi:

– Kochanie, jeżeli nie będziesz siusiać, umrzesz.

Trzeba więc było przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Gdy czułam, że mój pęcherz jest pełny, a nikogo nie było w pobliżu, odpełzałam z posłania, przewracałam się na bok i czekałam na znany mi już przeszywający ból. W końcu zakażenie osiągnęło takie rozmiary, że nie byłam w stanie oddawać moczu. Przez następne dwa tygodnie mama przynosiła mi jedzenie, inne niż przedtem, a ja czekałam, aż rana się zagoi. Wstrząsana gorączką, znudzona do granic wytrzymałości, zadawałam sobie tylko jedno pytanie: po co to wszystko? W tym wieku nie miałam pojęcia o seksie. Wiedziałam tylko, że zaszlachtowano mnie z przyzwoleniem matki. Nie mogłam zrozumieć, po co.

Wreszcie mama zabrała mnie do domu; nogi miałam jednak nadal skrępowane.

Pierwszego wieczora w rodzinnej chacie ojciec zapytał mnie:

– No i jak się czujesz?

Zapewne chodziło mu o nowy dla mnie stan kobiecości, ale ja myślałam wtedy jedynie o bólu w kroczu. Uśmiechnęłam się tylko i milczałam. Miałam zaledwie pięć lat – czy mogłam wiedzieć, co to znaczy być kobietą?

Moje nogi pozostały skrępowane w sumie ponad miesiąc. Matka ciągle napominała mnie, że nie ma mowy o żadnych biegach i skokach, więc tylko ostrożnie kicałam. Ponieważ zawsze rozpierała mnie dzika energia – biegałam jak gepard, niczym małpa wspinałam się na drzewa i skały – bezczynne patrzenie na bawiące się normalnie rodzeństwo było dla mnie dodatkową udręką. Myśl, że trzeba będzie przejść od nowa przez potworności szycia, tak mnie jednak paraliżowała, że bałam się ruszyć choćby o cal. Raz na tydzień mama sprawdzała, czy rany dobrze się goją. Kiedy wreszcie usunięto mi więzy, spojrzałam między uda, ciekawa, co tam zostało. Odkryłam gładki kawałek skóry przecięty blizną podobną do suwaka. I ten suwak był bez wątpienia zasunięty. Moje genitalia były zamknięte murem nie do przebycia – aż do weselnej nocy, gdy małżonek znajdzie sobie drogę do mojego wnętrza nożem lub w jakiś inny, równie brutalny sposób.

Odkąd odzyskałam zdolność chodzenia, czułam, że muszę zrobić pewną rzecz. Myślałam o tym każdego dnia od chwili, gdy szlachtowała mnie starucha, przez cały czas, gdy leżałam bezwładnie jak kłoda. Wróciłam do kamienia, na którym została spełniona moja ofiara, i próbowałam odnaleźć to, co utraciłam. Nic jednak nie zostało. Pewnie zeżarły to hieny albo inne ścierwojady, ogniwa wiecznego cyklu narodzin i śmierci. Był to dość oczywisty dowód bezwzględności reguł rządzących naszą pustynną egzystencją.

Chociaż z powodu obrzezania bardzo się nacierpiałam, to i tak miałam szczęście, bo wiele dziewcząt spotkał los znacznie gorszy. Przemierzając przestrzenie Somalii, spotykaliśmy po wielekroć inne rodziny i bawiłam się wtedy z ich córkami. Często zdarzało się, że przy kolejnej okazji nie mogłam odnaleźć znanej mi twarzy. Nikt nigdy nie mówił, dlaczego te dziewczynki znikały, w ogóle nie padało na ich temat żadne słowo.

A były to właśnie ofiary bezsensownego okaleczenia – umierały na skutek utraty krwi, w wyniku zakażenia, z powodu tężca. Biorąc pod uwagę warunki, w jakich zabieg był wykonywany, trudno się temu dziwić. Dziwne było raczej to, że niektóre z nas pozostawały przy życiu.

Ledwo pamiętam moją starszą siostrę Halemo. Miałam pewnie ze trzy lata, kiedy nagle zniknęła. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się stało. Potem dowiedziałam się, że wykrwawiła się na śmierć po „szczególnym wydarzeniu”.

Kiedy miałam jakieś dziesięć lat, usłyszałam historię młodszej kuzynki. Obrzezano ją w wieku lat sześciu. Odbyło się to jak zwykle: została porznięta przez jakąś babę, po czym znalazła się w osobnej chatce, żeby dojść do siebie. Wkrótce jednak jej „interes” – jak to określił brat dziewczynki, który nam to opowiadał – zaczął puchnąć i w chatce zapanował smród nie do wytrzymania. Wysłuchałam całej historii, ale nie bardzo w nią wierzyłam. No bo dlaczego miało coś śmierdzieć, skoro nic takiego nie zdarzyło się ani mnie, ani Aman? Teraz wiem, że kuzyn nie kłamał. W wyniku robionej chyłkiem w krzakach operacji doszło zapewne do zakażenia rany gangreną. Kiedy matka kuzynki przyszła sprawdzić, jak córka się czuje po kolejnej spędzonej samotnie nocy, zastała sine i sztywne zwłoki. W tym wypadku to nie ścierwojady, ale rodzina pogrzebała dowody zbrodni.

Problemy zdrowotne, które mnie dręczyły od chwili obrzezania, dotyczą milionów dziewcząt i kobiet na świecie. Z powodu rytuału tkwiącego swymi korzeniami w zabobonie miliony afrykańskich kobiet wiodą życie wypełnione bólem. Kto im pomoże – tym, które jak moja matka żyją na pustyni, ubogie i bezsilne? Ktoś musi przemówić za ten cierpiący w milczeniu tłum. Uważam, że to właśnie moje przeznaczenie.

Nie potrafię wyjaśnić, jak to się stało, że tak wiele szczęścia spotkało mnie w życiu przez

czysty przypadek. Bo tak naprawdę to nie wierzę w przypadki – naszym życiem musi kierować coś więcej. Gdy Bóg uchronił mnie przed lwem po ucieczce z domu, poczułam, że kryje się za tym jakiś Jego zamiar, jakiś plan. Jeżeli stało się to nie bez powodu, to co to był za powód?

Jakiś czas temu umówiła się ze mną na wywiad dziennikarka z magazynu mody „Marie Claire”. Przed spotkaniem bardzo długo zastanawiałam się, co chcę przekazać czytelnikom. Spotkałam się z Laurą Ziv na lunchu i polubiłam ją od razu. Powiedziałam jej:

– Nie wiem, jakiego rodzaju historii ode mnie oczekujesz, ale o całej tej modzie było już z

milion razy. Jeżeli obiecasz mi, że to opublikujesz, dam ci coś prawdziwego.

– Tak? No cóż, postaram się – odpowiedziała i włączyła magnetofon.

Zaczęłam opowiadać jej o moim obrzezaniu. W połowie wywiadu Laura wybuchnęła

płaczem i zatrzymała taśmę.

– Co ci się stało? – spytałam.

– To potworne… to obrzydliwe. Nie miałam pojęcia, że w dzisiejszych czasach zdarzają się podobne rzeczy.

– I o to właśnie mi chodzi, że ludzie Zachodu o tym nie wiedzą. Czy myślisz, że uda ci się to wcisnąć do twojego magazynu, między ten przepych i błyskotki przeznaczone dla subtelnych pań?

– Obiecuję, że zrobię, co będę mogła. Ale decyzja należy do szefa.

Przez cały następny dzień zastanawiałam się, co to właściwie da. Teraz każdy będzie się babrał w moich najintymniejszych sprawach. Nawet najbliższe przyjaciółki nie wiedziały, co mi zrobiono w dzieciństwie – zgodnie z somalijskim zwyczajem nie ujawniałam spraw tak osobistych. A teraz będą o tym gadać miliony zupełnie obcych osób. W końcu jednak postanowiłam: niech się stanie, co ma się stać. Jeśli nawet stracę nieco godności, trudno. Odrzuciłam wstyd i dumę, jakbym zrzucała jakieś ubranie. Jednak obawiałam się reakcji Somalijczyków. Już sobie wyobrażałam te komentarze: Jak ona śmie krytykować odwieczną tradycję? Było w tym echo spotkania z rodziną w Etiopii: „Myślisz, że jak żyjesz na Zachodzie, to już wiesz wszystko?”.

Po długim namyśle zdałam sobie sprawę, że muszę opowiedzieć o moim obrzezaniu z dwóch powodów: przede wszystkim dlatego, że dotknęło mnie to bardzo głęboko. Nie chodzi tylko o wynikające z obrzezania kłopoty zdrowotne, ale i o to, że nigdy nie będzie mi dane poznać tej części radości z seksu, którą utraciłam. Czuję się niepełna, okaleczona i bezradna, bo nic na to nie mogę poradzić.

Kiedy zakochałam się w Danie, zapragnęłam poznać radość seksu z mężczyzną. Ale jeśli mnie dzisiaj spytacie, czy mi to sprawia przyjemność, odpowiem wam, że tak, jednak nie w powszechnym rozumieniu tych spraw. Po prostu cieszę się z fizycznej bliskości człowieka, którego kocham.

Całe życie próbowałam wymyślić racjonalny powód zwyczaju obrzezywania kobiet. Być może, gdybym znalazła taki powód, pogodziłabym się z tym, co mi zrobiono. Ale nic takiego nie da się wymyślić. Im dłużej szukałam powodu, tym bardziej narastała we mnie złość. Musiałam z kimś porozmawiać o swojej tajemnicy, bo dusiłam ją w sobie przez całe życie. Nie miałam z kim podzielić swego gniewu, bo nie było przy mnie nikogo, kto by to zrozumiał – ani matki, ani sióstr. Nie znoszę słowa ,,ofiara”, bo kojarzy się z nim bezradność i beznadzieja. Jednak właśnie ofiarą byłam, gdy szlachtowała mnie stara znachorka. Teraz, jako dojrzała kobieta, już ofiarą nie byłam i mogłam coś z tym zrobić.

Zamieszczając artykuł w ,,Marie Claire” chciałam, żeby ludzie popierający tę torturę dowiedzieli się przynajmniej, co się wtedy czuje, chociaż od jednej z kobiet, które to dotknęło – bo reszta, żyjąca w moim kraju, nie ma prawa głosu.

A teraz drugi powód. Wydawało mi się, że kiedy ludzie dowiedzą się o moim sekrecie, będą patrzeć na mnie z obrzydzeniem. Powiedziałam sobie, że nie dbam o to, bo chcę uświadomić ludziom, że obrzezywanie stosuje się powszechnie po dziś dzień i że trzeba pomóc tym wszystkim dziewczynkom, których to jeszcze nie spotkało. A są ich nie setki, nie tysiące, lecz miliony. Dla mnie już za późno, ale może przynajmniej części z nich uda się pomóc.

Wywiad ukazał się pod tytułem „Tragedia obrzezywania kobiet”. Był to wielki akt odwagi ze strony „Marie Claire”, a Laura wykonała świetną pracę. Reakcja była dramatyczna: zarówno sam magazyn, jak i organizacja walki o prawa kobiet, Equality Now, zostały zasypane listami pełnymi wyrazów poparcia. Czytelnicy byli równie przerażeni jak Laura, gdy przeprowadzała wywiad.

Strona fundacji Waris Dirie http://www.waris-dirie-foundation.com


Waris Dirie

Redakcja
Portalem opiekują się Voca Ilnicka i Tomira Wojna. Do pisania artykułów, podsyłania ciekawych tekstów, publikowania zapraszamy wszystkie chętne i chętnych.:) Razem możemy więcej.
Udostępnij ten post: