„Mam na imię Ania” to książka, którą przeczytałam jednym tchem, mimo że historia życia Anny Grodzkiej nie była mi nieznana. Ale i tak nie mogłam oderwać się od kolejnych stron opisujących wrażliwą, czułą, kochającą bohaterkę, która przez ponad 50 lat zmagała się z twardą rzeczywistością, aby zrealizować swoje marzenie – o byciu sobą. 


Mam na imię Ania – wciągająca, kolorowa opowieść o życiu niezwykłej kobiety
Książka wciągająca, ciekawa i optymistyczna, chociaż są w niej fragmenty, przy których czułam rozdzierający ból. Dziś Anna Grodzka jest znaną parlamentarzystką, ale przez lata Ani nie było. Była tylko szmaciana lalka, pudełko kobiecych skarbów zamkniętych w szafie i ból; brak zrozumienia, odrzucenie, kpiny, ból, marzenia, złudzenia, próby… A jednak książka zaczyna się od stwierdzenia „miałam dobre życie”.

Historia Ani to dość typowa-nietypowa historia osoby transpłciowej. Chwileczkę, napisałam „typowa”? Ależ… dla ilu z nas jakakolwiek historia osoby trans jest typowa? Ta opowieść to wejście w zupełnie inny, nieznany świat, do którego nikt nie ma dostępu… Świat, którego nikt nie potrafi sobie nawet wyobrazić, bo chociaż taki zwykły, jest to też świat straszny. Narratorka opisuje go jako pozbawiony powietrza – wszystko jest w nim tak jak na co dzień: ludzie, sprzęty, kwiaty, słońce. Z tą różnicą, że nie można w nim oddychać…

Historia jest typowa o tyle, że bohaterka „popełniła” wiele typowych błędów, które popełnia większość osób trans. M.in. myślała, że jest zboczeńcem, dziwadłem, ostatecznie: osobą chorą, którą trzeba leczyć. Sądziła, że ze swojej „przypadłości” jest w stanie „wyleczyć się” siłą woli i perfekcyjnym odgrywaniem roli mężczyzny. Sądziła, że „wyleczy ją miłość” i nawet przed ukochaną osobą ukrywała prawdę o swoim transseksualizmie. Stop. Nie, nie ukrywała prawdy o transseksualizmie – jako osoba transpłciowa została zdiagnozowana dopiero wtedy, gdy jej rodzinne i zawodowe życie było w rozkwicie. Doświadczając na każdym kroku odrzucenia, nauczyła się grać kogoś, kim nigdy nie była – mężczyznę.

Jest to też historia zakończona powodzeniem. Spisana przez kogoś, kto mimo wszystko umiał docenić piękno życia. Nietypowa także ze względu na kilka niespodziewanych zwrotów akcji, których nie wymyśliłby najbardziej nawet kreatywny scenarzysta.

Autobiografia Grodzkiej to również opowieść o upragnionej kobiecości. O tym, że liczy się kobiecość sama w sobie. Już nie ważne, czy piękna i młoda, czy olśniewająca i atrakcyjna, ale sam fakt, że kobieca – daje wielką radość i ulgę. W dzisiejszym świecie, w którym dziewczęta i kobiety marzą o nieskazitelnej urodzie, kobieta, która marzy o tym, żeby być nawet nieładną sobą, ale sobą – jest wyjątkiem. Mam wrażenie, że właśnie ten wątek na nowo ustawia naszą kobiecość w stosunku do kanonów urody. Pojawia się możliwość odpuszczenia. Odpuszczenia sobie bycia idealną. Najlepszą. Najpiękniejszą. Najseksowniejszą.

Jest też mowa o ekspresji zewnętrznej kobiecości, o tej, którą można wyrazić strojem, makijażem, dodatkami. Bohaterka pisze, że przestała „wierzyć w sexy ciuszki”. Jak nastolatka czy młoda kobieta – szukała swojego stylu, przegryzała się przez kobiecość genderowo-modową, zderzając się ze stereotypami i marzeniami.

Poruszona jest tu też sprawa ważnego składnika seksualności – płci, która zazwyczaj jest dla nas przezroczysta, bo oczywista. A jednak tak istotna. Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy – jeśli płeć biologiczna odpowiada odczuwalnej. Ale jeśli coś nie pasuje, okazuje się, że płeć determinuje całe życie i jest ogromnie istotnym aspektem szczęścia i zadowolenia. Bądź braku szczęścia i braku zadowolenia.

„Ludzie oczekują od nas określonych postaw i zachowań (…). Inaczej traktujemy dzieci, a inaczej dorosłych, inaczej szefa w pracy, inaczej podwładnego, inaczej przyjaciela, inaczej kolegę (…). Buntowalibyśmy się, bylibyśmy zniesmaczeni lub zdziwieni, jeśli ktoś traktowałby nas jak dziecko. Szef nie życzyłby sobie być traktowany jak podwładny, a przyjaciel jak zwykły kolega (…). A co, gdy tak jest codziennie? W każdej sytuacji życiowej?”

Mam na imię Ania to w końcu też pierwsza świetna polska książka o transseksualości, jednocześnie pokazująca życie transseksualistki, wyjaśniająca, czym w istocie jest transpłciowość, pokazująca zawiązki polskiego „środowiska” osób trans i kilka trans-historii jako tło do historii głównej bohaterki. Taki trochę dokument. Zdjęcie z 2007 roku, kiedy to Anna Grodzka korygowała dokumenty, a środowisko osób trans podejmowało pierwsze decyzje o tym, aby zaistnieć.

Dwie rzeczy ujęły mnie w tej historii. Po pierwsze to, że bohaterka – po wielu upadkach i wzlotach, próbach i błędach – szła ścieżką serca i nie wyrzekła się siebie, chociaż dojście do momentu, w którym mogła opowiedzieć tę historię i podpisać książkę jako „Anna Grodzka” wiele, wiele ją kosztowało. Wymagało to ogromnej odwagi i postawienia wszystkiego na jedną kartę. Po drugie to, że Ania nie odpuściła marzenia o kobiecości i – chociaż pozornie „nie miała za dobrych warunków, żeby być kobietą” – wydarła tę kobiecość rzeczywistości, walczyła o nią jak lwica, już od dziecka, chociaż cały świat, włącznie z jej najbliższymi – matką, żoną, przyjaciółmi – był zazwyczaj przeciw.

Jeśli chcesz spojrzeć na kobiecość i jej przejawy z nieco innej strony, sięgnij po tę książkę. Odnajdziesz w niej wizerunek kobiety, która całą swoją kobiecość musiała zbudować od podstaw. To dobry punkt wyjścia, aby pomyśleć o własnej kobiecości.

Voca Ilnicka
przewodniczka po kobiecej seksualności, edukatorka, trenerka, twórczyni portalu Seksualnosc-Kobiet.pl; autorka „Sekretnika kobiecej waginy” i współautorka książki „7 skutecznych sposobów na bolesne miesiączki”. Jej wypowiedzi znaleźć można m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Sensie”, Polityce”, „Elle”, „Zwierciadle” , TVP2, TVP3, Tok FM, Radio RAM. Wiosną 2018 ukaże się jej książka „Ana-suromai albo seksualne doświadczenia i sekrety kobiet”.
Udostępnij ten post: