I często przypomina poród. Tak sobie wyobrażam, chociaż nigdy nie rodziłam.
Środowiska kobiece właśnie rozpoczęły zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem liberalizującym prawo aborcyjne, co znakomicie przetestuje co kto sobie potrafi wyobrazić, a potem pomyśleć.
Na przykład o konsekwencjach gwałtu. O uszkodzonych płodach. O nastoletnich dziewczynkach usiłujących wywołać poronienie przy pomocy drutu. O kobietach, które nie zaszły w ciążę przez zapylenie, a więc warto pomyśleć o (nie)odpowiedzialności mężczyzn. O tragicznym braku edukacji seksualnej (w tym wiedzy na temat rozwoju płodu i czym jest bezpieczna aborcja). Albo o pieniądzach, które w obliczu polskiego prawa de facto decydują o tym, kto jest przedmiotem a kto człowiekiem.

Jeżeli pod wcześniej zgłoszonym projektem znoszącym prawo do aborcji całkowicie podpisało się ponad 600 tysięcy osób, zostało wiele milionów mających jeszcze szanse podjąć bolesny trud myślenia. Myśleć na szczęście mogą wszyscy, bez względu na płeć, wiek, orientację seksualną, i tak dalej.

Niestety, obawiam się, że spośród potencjalnych milionów, które mogłyby przeciwstawić się głośno szaleństwu kolejnych proliferskich projektów, większość reprezentuje opcję “gówno mnie to obchodzi”. Bo “to” jest nie o mnie, nie do mnie, i nic mi do tego, a w ogóle to najlepiej niczego nie podpisywać. Większość, którą myślenie boli za bardzo.

Mimo to (a może właśnie dlatego) nie widzę powodu do nawoływania o szczególną solidarność kobiecą. Albo solidarność lesbijek z feministkami, gejów z lesbijkami, homo z hetero, bi z trans, czy jakąkolwiek solidarność mimo takiej czy innej tożsamości. Po pierwsze – zupełnie nie wierzę w apele o solidarność. Zdemoralizowało mnie państwo polskie. Po drugie i najważniejsze: w sprawach fundamentalnych, a więc życia i śmierci – tak jest w przypadku ustawy antyaborcyjnej – myśleć mają wszyscy. Mężczyźni, którzy nie mieli i nie zamierzają mieć kontaktów seksualnych z kobietami – także. I kobiety, które nigdy nie rodziły oraz nie zamierzają urodzić. Nie mówiąc o tych, których sprawa niechcianej lub patologicznej ciąży dotyczy ze względu na kontakty seksualne bardziej (o ile “bardziej” znaczy osobiście).

Znam potoczny pogląd, że aborcja jest sprawą kobiet, a przede wszystkim kobiet heteroseksualnych, więc niech same sobie walczą o prawo do życia i decydowania o sobie (“one same”, a więc także nasze matki, siostry, córki i przyjaciółki). Równie dobrze można powiedzieć, że za likwidacją kary śmierci dla homoseksualnych mężczyzn w Iranie mają lobbować wyłącznie geje, i do tego najlepiej ci, którzy tam właśnie się urodzili i tam mieszkają. A za zniesieniem obowiązkowej sterylizacji dla osób transseksualnych, które przebyły wszystkie etapy zmiany płci w Szwecji – transseksualiści szwedzcy. Dojmującą głupotę obiegowych przekonań tego rodzaju widać na wylot. Nie szukając daleko: ustawy o związkach partnerskich w Polsce również nie uchwalą parlamentarzystki i parlamentarzyści nieheteroseksualni. Jeśli w ogóle tam są, to nie szukałabym ich wyłącznie po “słusznej” stronie, bo jak wiadomo poglądy nie powstają wraz z płcią i orientacją seksualną, ale latami, w bolesnym trudzie myślenia.

takdlakobiet.jpgŻeby lobbować za jakąkolwiek zmianą, trzeba po pierwsze mieć jakiś pogląd na sprawę i odrobinę odwagi, żeby go manifestować.

Na szczęście niewiele trzeba wysiłku czy odwagi, by złożyć podpis pod gotowym projektem ustawy. Właściwie wystarczy o tym w ogóle pomyśleć. Sama już pomyślałam i podpiszę. Czy dlatego, że nigdy nie rodziłam i nie zamierzam?

Przede wszystkim dlatego, że nikt nie ma prawa mnie do tego zmusić. Ani kogokolwiek, bo jest to nieludzkie. Tak samo, jak karanie więzieniem lub śmiercią za homoseksualizm. Tak samo, jak każda przemoc, szczególnie usankcjonowana przez państwo.

Podpiszę, bo mam dość wymachiwania śmiercią przed nosem kobiet, do tego w imię “wyższej moralności i klauzuli sumienia”. Dość piętnowania za aborcje i dość udawania, że ich nie ma lub nie będzie.

Kto o tym nie myśli, niech zacznie. Może zaboli, ale da się przeżyć.


replika33.jpgTekst ukazał się w 33. numerze magazynu „Replika”. Redakcja Seksualności Kobiet dziękuje za udostępnienie.

Roczna prenumerata „Repliki” (6 numerów) kosztuje tylko 60 zł. Co dwa miesiące otrzymasz nasz magazyn prosto do domu. Do każdego numeru dołączamy specjalny prezent dla naszych prenumeratorów/ek.

Wpłat na prenumeratę należy dokonywać na konto Fundacji Replika, numer konta 81 1140 2017 0000 4902 1285 4550, z tytułem wpłaty: „prenumerata (darowizna)” oraz podaniem dokładnego adresu do przesyłania magazynu.


autor: Anna Laszuk

Udostępnij ten post: