aborcja

13 października doszła do mnie wstrząsająca wiadomość o tym, że 35-letnia Kurdyjka, działaczka na rzecz praw człowieka i sekretarz generalny Przyszłej Partii Syryjskiej, Hervin Khalaf, została zgwałcona, ukamienowana i zabita przez popierających Turków dżihadystów. Czy właśnie tak wygląda wojna? Rosyjski film „Wysoka dziewczyna” utwierdza mnie w tym przekonaniu. Co z tego, że akcja filmu rozgrywa się w roku 1945, skoro „taktyka wojenna” wciąż pozostaje ta sama? Taka sama była w ZSRR, Jugosławii i teraz w Syrii. A to, czego dowiadujemy się z filmów czy mediów, to tylko wierzchołek góry lodowej. Przeczytanie jednego zdania: zgwałcona, ukamienowana i zabita – zajmuje może dwie sekundy. Ile trwała jej męczarnia? Kwadrans, pół godziny, pół dnia? Podejrzewam, że dla wielu kobiet trwa to wieczność. I nawet, jeśli zostaną przy życiu – jak bohaterki „Wysokiej dziewczyny” – czasem bywa to życie tylko z pozoru.

Gdy Eve Elsner wydawała „Monologi waginy” po raz pierwszy – czyli w 1996 roku – mimo że była to sztuka pełna afirmacji dla kobiecej seksualności – autorka zawarła w niej część dotyczącą gwałtów wojennych w byłej Jugosławii. Sądzę, że dziś nie sposób mówić o seksualności, nie mówiąc o przemocy seksualnej. W hollywoodzkim filmie z Johnem Travoltą z roku 1999 temat gwałtu i armii powraca. Amerykańscy żołnierze gwałcą kobietę. Nie Niemkę czy Rosjankę, ale Amerykankę. I nie w czasie wojny, tylko w czasie pokoju – gwałcą swoją koleżankę z armii podczas nocnych ćwiczeń. W Polsce gwałty z czasów wojny są na szczęście już przeszłością, niestety, gwałty dokonywane na dzieciach, wciąż są teraźniejszością. Trauma przemocy seksualnej wciąż trwa. Na szczęście teraz, w czasach pokoju, w czasach, kiedy w końcu mamy na tyle środków i niepodległości, możemy coś z tą traumą robić, bo w 1945 było o to trudno. Teraz możemy działać kolektywnie – np. prowadząc rzetelną edukację seksualną, aby polskie dzieci wiedziały, czym jest dotyk chciany a czym jest zły dotyk; dostosowując prawo do naszych potrzeb, m.in. liberalizując ustawę antyaborcyjną, tak, aby żadna osoba nie czuła się gwałcona, będąc zmuszaną do urodzenia dziecka; organizując w szkołach tęczowe piątki – aby nasi nastolatkowie i nastolatki nie odbierali sobie życia, przerażeni tym, że są osobami LGBT. Możemy działać na zajęciach dla dorosłych i terapiach indywidualnych. To wszystko, co wymieniam, to tylko kropla w morzu potrzeb, ale od czegoś trzeba zacząć, aby naprawdę leczyć traumę. Która chyba w nas żyje, skoro ciągle chcemy wracać do tych złych czasów nakazów, zakazów i tuszowania seksualnych przestępstw. Bo przecież nie dalej niż tydzień temu nasz rząd chciał zakazać edukacji seksualnej pod pretekstem walki z pedofilią, a nie dalej niż wczoraj czytałam o księdzu z parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Dębach Szlacheckich, na którego plebani znaleziono pigułki gwałtu, a którego prokurator nie nakazał aresztować, więc ostatecznie ksiądz zniknął bez śladu.

Film „Wysoka dziewczyna” inspirowany jest reportażem białorusko-ukraińskiej noblistki Swiatłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. I kto filmu nie widział, a obejrzeć zamierza, niech nie czyta tego, co napiszę dalej, bo będę zdradzać szczegóły. Oglądanie tego filmu boli. Dialogów w nim niewiele i nie ma też wesołych scen, które pozwolą odetchnąć. „Wysoka dziewczyna” to tragedia w kategoriach tragedii dramatów antycznych. Gdy Ci się wydaje, że jest źle – będzie jeszcze tylko gorzej.

Główną bohaterką jest Ija. Jest pielęgniarką w szpitalu i wychowuje małego chłopca. Chyba synka. W każdym razie dziecko mówi do niej „mamo”. Ale gdy z frontu wraca jej przyjaciółka Masza, okazuje się, że to właśnie jej syn. Problem w tym, że Masza kłamie. Kłamstwo, uśmiech i wykorzystywanie ludzi to jej sposób na poradzenie sobie z piekłem, którego doznała. Czy piekło to tylko to, co widzimy w filmie: zniszczone miasto, zniszczeni ludzie bez rąk i nóg, sparaliżowani żołnierze, którzy chcą umrzeć, dzieci, które nigdy nie widziały psa, bo wszystkie psy zostały zjedzone podczas oblężenia? Nie. Piekło to długie miesiące seksualnej niewoli zgotowane przez Czerwoną Armię, w której Masza – jako żołnierka – była. Dowiadujemy się tego dopiero pod sam koniec filmu, gdy rozmawia ze swoją niedoszłą teściową. To jej przy „niedzielnym stole”, opowiada o tym, że jest bezpłodna, bo na służbie miała skrobankę za skrobanką. Miała też „męża” za „mężem”. Na froncie służyła, jak mówi, „pewną częścią ciała”, jak szeregi innych kobiet, które były seksualnymi niewolnicami. Dlatego dziś nie może mieć dziecka. Mimo wszystko – nie chce dopuścić do siebie tej myśli. Wykorzystuje pierwszego lepszego chłopaka, żeby znów mieć dziecko. Niestety, nie zachodzi w ciążę. Zaczyna więc szantażować przyjaciółkę z frontu i lekarza ze szpitala, w którym zaczęła pracę, aby dali jej dziecko. Bo wierzy, że tylko dziecko ją uleczy. Zresztą, oni – Ija i lekarz – też stracili dzieci. Dzieci w Leningradzie już prawie nie ma – podobnie jak psów.

A jaka jest Ija? Wróciła z frontu, bo już nie nadawała się do służby wojskowej. Teraz jest pielęgniarką. Od czasu do czasu popada w stany zawieszenia, kiedy jest jak martwa. Podczas takiego ataku ginie chłopiec, którym się opiekuje, z którym się bawi i którego niechcący zabija, gdy przygniatając go ciałem, wpada w swój stan zastygnięcia. Ija jest piękna i ma adoratorów. Ale nie cierpi męskiego dotyku. Bezlitośnie bije mężczyznę, który zabrał ją na spacer i prawdopodobnie próbował dotknąć. I chyba tylko z miłości do Maszy zgadza się na stosunek z lekarzem, z którym ma spłodzić dziecko dla przyjaciółki cierpiącej po stracie synka.

Seksualne stosunki pokazane w filmie nie mają nic wspólnego z seksem. Są czynnością konieczną do poczęcia dziecka. Dla Maszy są mechaniczne. Dla Iji są traumatyczne. Masza robi to raz – z nowopoznanym mężczyzną, którego zna tylko imię i który w ogóle ją nie obchodzi. Wszystko jej jedno, kim będzie ten dawca spermy. Ija też robi to tylko raz. Wcześniej prosi Maszę, aby była obok. Masza kładzie się twarzą do ściany, Ija zdejmuje majtki i przytula się do Maszy, zaciskając powieki, żeby nic nie widzieć. Lekarz – kolejny dawca spermy – zaszantażowany przez Maszę donosem do NKWD – kładzie się obok nich. To nie jest seks. To jest rozpacz i przemoc. Ija płacze przez cały czas tego stosunku. Jest rozdarta. Nie cieszy ją też myśl o dziecku. Ona nie potrzebuje dziecka. Ona po prostu nie umie odmówić przyjaciółce. Tak samo jak nie umie odmówić lekarzowi, który prosi ją o pomoc w eutanazji. Więc Ija idzie do sparaliżowanego żołnierza i wprawną ręką pielęgniarki daje mu ostatni zastrzyk. W tej scenie nie widać jej twarzy. Kamera pokazuje ją od góry. Ale co ta kamera ma pokazać? Obie – i Ija, i Masza nie mają już uczuć. Mają tylko instynkt przetrwania. A Masza także marzenie o tym, że posiadanie dziecka wyleczy ją z wojennej traumy.

Ija, Masza albo Twoja babka czy prababka raczej nie miały możliwości uleczenia tej traumy. Starsze pokolenia mogą seks uznawać za największy brud, bo takie właśnie mają skojarzenia. Gwałt zbyt często był taktyką wojenną a seksualne niewolnictwo codziennością. Dopiero teraz możemy to zmieniać. Dlatego właśnie dziś piszę Ci o „Wysokiej dziewczynie”, bo wierzę, że zrozumienie prowadzi do uwolnienia. Bo wierzę, że nie musimy powielać starych schematów. Bo wierzę, że dzieci mogą się rodzić z miłości i w miłości, a nie z przymusu, przemocy czy po to, żeby kogoś uleczyć.

3 komentarze  Like


Pewnie myślicie, że jeśli ktoś jest „przeciwniczką_kiem aborcji”, to nigdy jej sobie nie zrobi. Swoją drogą nie wierzę w „przeciwniczki_ków aborcji”, a jedynie przeciwniczki_ków seksu lub przeciwniczki_ków praw kobiet. Pewnie sądzicie, że jeśli jakaś osoba postrzega płód jako dziecko, to też nie zrobi sobie aborcji. Błąd. Z możliwości przerwania ciąży korzystają także te kobiety, które wierzą, że właśnie mordują swoje nienarodzone dziecko, które są bardzo duchowymi osobami, które są żarliwymi katoliczkami, które czują, że naprawdę zabijają życie. Ale i tak to robią. Bez względu na polskie prawo czy religijne zakazy. Pytanie tylko – dlaczego?

W Polsce teoretycznie można przerwać ciążę w kilku przypadkach, praktycznie jest to wręcz niemożliwe. Nie przeszkadza to jednak tym kobietom, które „potrafią się zakręcić”. Jeśli masz pieniądze, znajomości i silne nerwy – przerwiesz ciążę, bez względu na wszystko. Jeśli jesteś biedna, porzucona lub zdana tylko na siebie, możesz nie mieć takich samych możliwości, bo decyduje o tym w dużym stopniu wykluczenie ekonomiczne. I nawet jeśli jesteś dziewczyną, którą ktoś zgwałcił i za wszelką cenę chcesz się pozbyć płodu, możesz mieć z tym duży problem. Nazwiska kobiet, które zachorowały lub zmarły, bo nikt im nie chciał pomóc, są znane w Polsce od lat. Niestety, to ich osobiste tragedie potwierdzają, że możliwość przerywania ciąży to tylko teoria.

Jednocześnie zgniły „kompromis” wciąż postrzegany jest przez niektóre osoby jako coś wspaniałego, co Polskę wyróżnia Polskę na tle innych krajów. Tak, to że Polki tracą życie lub zdrowie, będąc w ciąży, to wyróżnik na tle Europy. Niestety.

Jedna z koleżanek ostatnio zwróciła mi uwagę, abym pousuwała z mojej fejsbukowej prywatnej tablicy posty, w których inne osoby nazywają aborcję morderstwem, bo przestrzeń, w której operuje się takim językiem, jest niebezpieczna dla kobiet, które miały aborcję.

A ja znam sporo kobiet, które miały aborcję oraz mężczyzn-partnerów kobiet, które miały aborcję – i w gronie znajomych w realnym, i wirtualnym świecie. Pominę powody – bo nie znam wszystkich, czasami jest to temat zbyt bolesny – podobnie jak trudny poród – aby o nim szczegółowo rozprawiać. Mogę tylko powiedzieć, że wachlarz powodów ich decyzji jest bardzo szeroki – od przyczyn zdrowotnych, przez ratowanie życia kobiety, skutki zabiegów in vitro, po bardzo złe warunki materialne czy „błędy młodości”.

Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Team, która pomaga kobietom przerwać ciążę za pomocą farmakologii, mówi, że kobiety w różny sposób opowiadają o sztucznym poronieniu. Niektóre mówią o płodzie, inne o tym, że „dziecko ze mnie wyleciało”1. Oczywiście, nie mają na myśli noworodka, tylko kilkutygodniowy płód. Ale mają prawo mówić o swoim doświadczeniu takim językiem, jak chcą. Robiąc wywiady do książki o kobiecej seksualności i mocy, Uniesienie spódnicy, też słuchałam historii o aborcji. M.in. rozmawiałam z osobą, która o swojej aborcji powiedziała: „dla mnie akt aborcji jest morderstwem, i wiedziałam, że zabijam swoje dziecko, bo ja od poczęcia zawsze wiedziałam, kiedy jestem w ciąży.” Przypuszczam, że w Polsce jest zdecydowanie więcej kobiet, które tak samo myślą i czują, a mimo to, decydują się na aborcję. Czy, usuwając wpisy o zabijaniu nienarodzonych dzieci, nie odbieram im możliwości wypowiedzenia ich doświadczenia najwłaściwszym dla nich językiem? Być może w niektórych tych przypadkach, tylko w ten sposób można opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Czy może być tak, że są kobiety, które przerwały ciążę, spędziły płód albo zrobiły aborcję, bo nie chciały mieć dziecka a po wszystkim poczuły ulgę, i takie, które zabiły swoje nienarodzone dziecko? One są inne, inaczej to widzą, czują, inaczej doświadczają i inaczej o tym opowiadają, ale to nie znaczy, że osoba, która mówi o „życiu poczętym” nigdy go nie przerwie.

Amerykańska ginekolożka Christiane Northrup, omawiając szeroko temat aborcji w jednej z książek, opowiada swojej o siostrze, która – zamiast pójść na zabieg – rozmawiała z duszą dziecka, aby ta opuściła jej ciało i aby poroniła, co pokazuje, że i bardzo duchowe czy bardzo religijne kobiety także potrzebują aborcji i są gotowe na nią. Nie tylko w USA. W Polsce także.

Moja siostra, matka trzech silnych i aktywnych synów, zaszła w niechcianą ciążę, owulując podczas menstruacji – co zdarza się rzadko. Wiedziała, że ciąża nie jest dla niej dobrem – w rzeczywistości czuła, że jest złem na wszystkich poziomach. Starała się więc nawiązać kontakt z nienarodzonym dzieckiem, prosząc duszę o opuszczenie jej ciała. Wykonywała tę wewnętrzną pracę każdego dnia przez dwa tygodnie, jednak nie zmieniło to faktu ciąży. Wreszcie zadzwoniła do kliniki aborcyjnej, żeby się umówić na wizytę. Nigdy nawet nie przypuszczała, że posunie się do takiego kroku. Gdy tylko odłożyła słuchawkę, zaczęła krwawić. Tego samego dnia poroniła.”2

Cytuję tę historię i piszę o tym, aby obalić ten stereotyp, że jeśli ktoś mówi dziecku, duszy dziecka czy „mordowaniu dziecka”, to od razu znaczy, że nigdy tego nie zrobi – lub już tego nie zrobił. Że jest „obrończynią życia”, która – choćby miała walić głową w mur – donosi ciążę, bo „aborcja jest złem”. Nie. Są okoliczności, w których i „obrończynie” – choćby nawet miały „zabić swoje nienarodzone dziecko” – zrobią to.

Pytanie: co to muszą być za straszne okoliczności, że tak decydują?

Bo wierzę, że te okoliczności bywają właśnie straszne. Znam też żal kilku kobiet, które nie mogły urodzić upragnionego dziecka i przerwały ciążę. To była dla nich strata i rozpacz. Jedna z nich nazywała aborcję morderstwem, dla innych był to raczej zabieg medyczny, chociaż wszystkie miały poczucie straty.

To nie znaczy, że każda kobieta, które decyduje się na przerwanie ciąży, przeżywa rozpacz i wpada w depresję. Zazwyczaj, kiedy jest to decyzja zgodna z nią – raczej czuje ulgę. Kiedy jest inaczej – np. to partner, rodzina lub kto inny (jak np. przez długi czas w Chinach – powody polityczne) zmusza do aborcji kobietę, która pragnie dziecka, to wtedy mogą pojawić się takie konsekwencje. Prawdopodobnie stąd opowieści o depresji, rozpaczy i niemożności wybaczenia sobie. Afrykańska położna Robyn Sheldon w książce o porodach naturalnych „Mama Bamba” opowiada o przypadku kobiety, która poddała się aborcji z powodów społecznych – gdyby urodziła, rodzice zgotowaliby jej piekło na ziemi. Potem przez wiele lat cierpiała. A gdy znów zaszła w ciążę i rodziła, wiedziała, że to jest to samo dziecko – ta sama dusza, która przyszła do niej po raz drugi.

Podobną historię o ponownym przyjściu duszy do tej samej kobiety w książce „Ciało kobiety, mądrość kobiety” cytuje wspomniana Christian Northrup:

Kobieta miała czteroletnią córeczkę, Dorothy, którą czasami zabierała na lunch. Rozmawiały o rożnych sprawach. Dorothy skakała z tematu na temat, aż nagle powiedziała: „Jak poprzednio byłam mała, miałam inną mamusię!” Następnie zaczęła mówić w obcym języku, który matka starała się notować. Mogłoby się zdawać, że magiczna chwila minęła, ale Dorothy zaczęła mówić dalej: „Ale to nie był ostatni raz. Ostatnio, gdy miałam dziesięć centymetrów długości i byłam w twoim brzuszku, tata nie był gotowy, żeby cię poślubić, więc odeszłam. Ale przyszłam ponownie”. Następnie dziecko wróciło do rozmów o sprawach czterolatków. Matka zaniemówiła. Nikt poza nią, jej mężem i lekarzem nie wiedział, że jakieś dwa lata przed tym, jak zapadła decyzja o ślubie, zaszła w ciążę. Zdecydowała się na aborcję; była gotowa na dziecko, ale jej przyszły mąż nie.”

Tę historię cytuję, aby pokazać inne spojrzenie na aborcję. Właśnie to duchowe, mistyczne, pokazujące życie jako tajemnicę, która nie jest do końca zgłębiona. Mniej więcej do czasów renesansowych w kościele uważano, że dusza dziecka nawiedza ciało kobiety dopiero po 80-90 dniach od zapłodnienia, dlatego zezwalano na przerwanie ciąży właśnie w pierwszych jej tygodniach. Dziś kościół katolicki zabrania nawet używania prezerwatyw, ale przez wieki pozwalał na spędzanie płodu w pierwszych tygodniach ciąży.

Znając te fakty, tym bardziej popieram prawo kobiet do wyboru i liczę na szybkie jego przywrócenie. Wtedy te kobiety, które chcą dziecka – urodzą je. A te, które będą chciały lub musiały ciążę przerwać – przerwą ją. Nawet jeśli są religijne, bogobojne, duchowe, czy będą opowiadać o swoim doświadczeniu nie jako o skrobance, tylko zabiciu dziecka, zupełnie jak w filmie „Kler”. Już dziś to robią, chociaż od 1997 roku prawo w Polsce tego zakazuje.

1 https://www.youtube.com/watch?v=PHhBS4lMArI dostęp z dnia 15.10.2019.

2 Christiane Northup, Ciało kobiety, mądrość kobiety, Warszawa 2011.
http://seksualnosc-kobiet.pl/doswiadczenia/aborcja/aborcja-inne-spojrzenie/

Założę się, że gdyby mężczyźni – zamiast ciążowego brzucha – mieli np. status na fejsie typu „Adam jest w ciąży z Basią” (i ciekawe co na to jego żona), to „nielubienie prezerwatyw” nie byłoby tak popularne, a metoda „zdążę wyjąć” przyprawiałaby o palpitacje serca i nieprzespane noce nie tylko „rozhisteryzowane” kobiety.

Politycy debatują o tym, żeby jeszcze bardziej zaostrzyć prawo dotyczące aborcji. Na ile jest to ich realna chęć, a na ile kolejna rozgrywka polityczna? Na ile ogromna energia kobiet i mężczyzn zaangażowanych w protesty ma szansę coś zmienić, a na ile znów ktoś sprytnie przekierowuje naszą uwagę z innych, równie ważnych spraw?

Pierwszy test ciążowy robiłam, kończąc pierwszy rok studiów. Był piękny czerwcowy dzień, poranek. Słońce przygrzewało, ptaki śpiewały, wielkimi krokami zbliżały się egzaminy. Już miałam kartę egzaminacyjną i teoretycznie mogłam być szczęśliwą studentką. Ale byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam zebrać myśli.

W 20. tygod­niu zakończyłam ciążę bez bólu, pod narkozą, w Holandii, w jed­nej z klinik pole­canych Polkom na stronie Women on Waves. Dziękuję człowiekowi, który na pewnym forum pole­cił tę klinikę.

Dla wielu kobiet aborcja jest obszarem „niedokończonych spraw” i z tego powodu zasługuje na szczegółowe omówienie. Dziesiątki lat życia w poczuciu winy i wstydu sprawiły, że wiele kobiet nigdy nie rozwiązuje do końca emocjonalnych aspektów aborcji.

Usunąć niechcianej ciąży w Polsce nie można, ale jeśli urodzisz, też nie jest dobrze. W przypadku kiedy chcesz oddać dziecko do adopcji wybranym rodzicom, zostaniesz posądzona o handel żywym towarem. Okna życia z kolei sugerują ci, że robisz coś bardzo złego: masz tylko zostawić dziecko i szybko stamtąd uciekać. 

Kilka dni temu z trybuny sejmowej oskarżono Wandę Nowicką, posłankę na Sejm RP, o bycie na liście płac międzynarodowego lobby aborcyjnego. Tak się składa, że jest ona także na liście podziękowań książki ”Wojny reprodukcyjne; płeć, władza a przyszłość świata” autorstwa Michelle Goldberg.

I często przypomina poród. Tak sobie wyobrażam, chociaż nigdy nie rodziłam.
Środowiska kobiece właśnie rozpoczęły zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem liberalizującym prawo aborcyjne, co znakomicie przetestuje co kto sobie potrafi wyobrazić, a potem pomyśleć.

Wszyscy są zgodni co do tego, że aborcja jest złem.

Nie wszyscy. Choć tak wypada u nas, w Polsce, mówić. Wystarczy przekroczyć granice Polski, żeby znaleźć się w krajach, w których aborcję uważa się za przysługujący kobiecie, na mocy jej decyzji, zabieg.

Nowootwarte w centrum Wiednia Muzeum Aborcji i Antykoncepcji mieści się zaledwie w dwóch pokojach. Ale choć wystawa jest niewielka, to jej twórczyniom i twórcom udało się pokazać historię stosowania antykoncepcji i metody przeprowadzania aborcji w Europie i na świecie oraz zmiany, jakie zachodziły w jej społecznym odbiorze w atrakcyjny sposób.

Podziemne państwo kobiet to obraz polskiej rzeczywistości, w której ustawa antyaborcyjna funkcjonuje tylko na papierze. Osiem kobiet, które dokonały nielegalnej aborcji, zdecydowało się na pierwszą w Polsce publiczną opowieść o swoim doświadczeniu.

I tutaj obserwujemy bardzo znamienne zjawisko obłudy, mianowicie neomaltuzjanizm od dawna przyjął się po cichu w praktyce w klasach zamożniejszych; i oto te właśnie klasy we wszystkich krajach patronują zwalczaniu go w imię tradycji, w imię patriotyzmu, religii – w klasie uboższej.

Wanda Nowicka podkreśliła, że nowa dyrektywa transgraniczna umożliwiając kobietom dostęp do opieki zdrowotnej w innych krajach UE, może przyczynić się do poprawy realizacji prawa kobiet do przerywania ciąży zgodnego z ustawą w Polsce. Kobiety będą miały dostęp do świadczeń, nierzadko wyższej jakości, za granicą albo wręcz bezpłatnie, albo za określoną dopłatą.

Terapeuci pro-life wmawiają kobietom syndrom postaborcyjny – twierdzi psycholożka Beata Zadumińska autorka tekstu ”Syndrom poaborcyjny. Laboratorium hodowania kryzysu” zamieszczonego w książce ”A jak hipokryzja” 

Znamy ludzi, którzy będąc przeciwnikami aborcji, złożyli się na zabieg przyjaciółki, samotnej matki dwóch synów. Znamy osobę, która mówiła, że nie chce mieć dzieci i że zrobiłaby aborcję bez chwili wahania. Zaszła w nieplanowaną ciążę. Poczuła się szczęśliwa. Wbrew rozmaitym problemom zdecydowała się urodzić. Jest teraz bardzo zadowoloną mamą.

Czy jest sędzia nie znający w najbliższej rodzinie, w najbliższym otoczeniu wypadków przerwania ciąży, które uważa za zupełnie naturalne, w których może współdziałał? Jak więc – o ile nie jest okrutnym obłudnikiem – ma karać jakąś nieszczęśliwą, godniejszą jeszcze usprawiedliwienia?

Antologia ”A jak hipokryzja” to książka–manifest. Z jednej strony demaskuje rzeczywiste podłoże obowiązującego w Polsce zakazu aborcji z przyczyn społecznych, z drugiej zaś wytycza nowe strategie walki o zniesienie ustawy antyaborcyjnej. W książce zawarte są także listy od kobiet z opowieściami o ich doświadczeniach w podziemiu aborcyjnym. 

26 sierpnia 2010 r. w Sejmie odbyło się wysłuchanie obywatelskie na temat migracji aborcyjnej Polek. Wysłuchanie zorganizowano dzięki inicjatywie posła Marka Balickiego (niezrzeszony) i przewodniczącej Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Wandy Nowickiej.

Aborcji często potrzebują mężatki, matki, nastolatki, kobiety chore i zgwałcone przez mężczyzn, którzy nie pytali ich, czy chcą zajść w ciążę, czy nie. Te kobiety, które potrzebują aborcji, często są dorosłe, mają już dzieci i mężów lub partnerów.

W Łodzi na przystankach komunikacji miejskiej zawisły plakaty z stylizowane na jedną z popularnych reklam. Jest to w istocie chyba najbardziej społeczna reklama, jaką widziały polskie ulice. Dotyczy (braku) możliwości usuwania ciąży w Polsce. Separatystyczne Rewolucyjne Oddziały Maciczne działają i unaoczniają palący problem społeczny.