Aborcji często potrzebują mężatki, matki, nastolatki, kobiety chore i zgwałcone przez mężczyzn, którzy nie pytali ich, czy chcą zajść w ciążę, czy nie. Te kobiety, które potrzebują aborcji, często są dorosłe, mają już dzieci i mężów lub partnerów.

Czasem stoją przed wyborem: usunięcie ciąży albo śmierć, bo donoszenie ciąży zagraża ich życiu. Czasem rozważają problem: wychowywanie niechcianego dziecka/oddanie go do adopcji czy aborcja. 

Czasem dylemat wygląda tak: życie na przyzwoitym poziomie z jednym dzieckiem, czy egzystencja na skraju nędzy z dwójką lub trójką. Czasem wiedzą, że płód jest obciążony nieuleczalną chorobą i że ich dziecko pożyłoby najwyżej kilka lat. Kiedyś w Rozmowach w toku wystąpiła kobieta, która opowiadała, że zaszła w ciążę, kiedy miała już małe dzieci. Jej kolejne dziecko miało się urodzić chore i przeżyć najwyżej kilka lat. Ona sama może by sobie z tą sytuacją poradziła, ale wie, że dla jej małych dzieci, śmierć siostrzyczki lub braciszka byłaby tragicznym przeżyciem.

Mimo że kobiety stają przed naprawdę wielkimi dylematami i nie traktują aborcji jako „antykoncepcji po”, to jednak przedstawiane są jako lekkomyślne zdziry, które skoro się puszczały – to teraz powinny ponosić karę za rozwiązłość i zepsucie moralne i urodzić dziecko. Pytanie nasuwa mi się jedno: kto będzie ukarany – matka czy dziecko?

Kobiety usuwały niechciane ciąże zawsze. Środki aborcyjne stosowane są od setek lat. I przez te setki lat – decyzja należała do kobiety. Dziś kobieta, często matka dzieciom, osoba odpowiedzialna i mądra życiowo, uważana jest za małą głupią dziewczynkę, która nie potrafi decydować o sobie, dlatego z urzędu zabroni jej się przerywania ciąży. Bo jeśli jej nie zabroni tego prawo, to ona będzie traktować aborcję jako antykoncepcję. Czy naprawdę tak jest? Czy kobiety faktycznie chcą wydawać tysiące złotych na przerwanie ciąży w podziemiu aborcyjnym, bo nie chciało im się kupić prezerwatywy albo przykleić plasterka?

Mam wrażenie, że w oczach społeczeństwa, kobieta, która chce dokonać aborcji, to bezmyślna wywłoka, egoistyczna suka, która chciała się tylko ze wszystkimi parzyć. Dlaczego tak myślimy? Bo aborcja to tabu, o tym się nie mówi. Skąd mamy wiedzieć, że aborcji potrzebują przeciętne kobiety? Nasze siostry, matki, sąsiadki, nauczycielki? Aborcji potrzebowała siostra mojego kolegi, mężatka, która zaszła w ciążę pozamaciczną. Na stronie podziemne państwo kobiet można poczytać historie zwykłych Polek, które potrzebowały aborcji, jedną z nich zacytuję we fragmentach:

„Moja sytuacja była kiepska, nie pracowałam, miałam dwoje małych dzieci i męża który nie był wstanie utrzymać rodziny. Mąż nie chciał słyszeć o kolejnym dziecku, byłam w potrzasku, sama. Bałam się komuś o tym powiedzieć, bo rodzina by mnie wyklęła i z litością namawiała do wychowywania dziecka, a ja już chciałam odpocząć. Po rozmowie z mężem, którego nic to nie obchodziło (…) potwierdziłam zabieg.”

Mimo że nasze babcie i może nawet matki przeprowadzały aborcje (w Polsce ciążę można było legalnie przerywać do 1993 roku), nie znamy tych historii, nie wiemy, że to nie żadne „ladacznice”, a zwykłe kobiety potrzebują aborcji. Dziś słychać tylko o wpadkach i o „zabijaniu nienarodzonych dzieci”. Z aborcji zrobiono holocaust, a z kobiety zbrodniarkę. Florynce Kennedy powiedziała, że gdyby mężczyźni zachodzili w ciążę, aborcja byłaby sakramentem. Bez względu na to, kto był „puszczalski” lub kto miał pecha – cała odpowiedzialność spada zawsze na kobietę.

Udostępnij ten post: