Ana-suromai to starożytny rytuał błogosławienia świata i udzielania mu swojej seksualnej mocy poprzez odsłonięcie kobiecych genitaliów. Tak kobiety błogosławiły świat m.in. w starożytnym Egipcie, o czym możemy przeczytać u Herodota i Diodora Sycylijskiego. 

cipki-ana-suromai1.jpg

„[…] Kobiety mogą wchodzić do świątyni, aby zobaczyć go [Apisa] na własne oczy. Przychodzą, stają przed nim i zadzierają szaty” – pisał ten ostatni w 60 roku przed narodzeniem Jezusa*. Ale rytuał poniesienia spódnicy w różnych częściach świata wykonywany jest do dziś. W roku 1958 siedem tysięcy kameruńskich kobiet ukazało swoje cipki pod gmachem parlamentu, dzięki temu wpływając na rząd, który nie zmienił prawa na ich niekorzyść. O tym, jak wyglądał on w czasach jak najbardziej współczesnych w Krakowie, opowiada Anna Kuśpiel absolwentka ASP w Krakowie na łamach ShapeMeUp.pl. Przeczytajmy fragment rozmowy:
„Operacja Ana-suromai ma przypomnieć o dawnej, odmiennej perspektywie. Ma przywołać utracone znaczenie kobiet i kobiecości. Ma przywrócić wartość mocy wynikającej z umiejętności wydawania na świat nowego życia. Ma podkreślić znaczenie kobiet, zaznaczyć istnienie innej perspektywy – perspektywy widzianej z pozycji kobiety.
Redakcja ShapeMeUp: Skąd wziął się pomysł na organizowanie operacji ana-suromai? Czy był to wynik umniejszania roli kobiet w życiu społecznym? Jeśli tak – co przelało czarę goryczy? Jak długa była droga od pojawienia się pomysłu do jego realizacji?
Ania Kuśpiel: 13 listopada 2014 r. dostałam wiadomość od Iwony Demko – asystentki w pracowni rzeźby na krakowskiej ASP- w mailu zapraszała mnie do zrobienia wspólnego zdjęcia wraz z innymi studentkami i absolwentkami z ASP w akcie ana-suromai przed Akademią. To symboliczne miejsce miało pokazywać kobiecą moc na Akademii. Ja zgodziłam się od razu! Solidarność z kobietami była dla mnie bardziej ważna niż skrępowanie związane z rozebraniem. Akt ana-suromai był mi już wcześniej znany właśnie za sprawą Iwony która inspirowała się nim w swojej twórczości artystycznej, szyjąc rzeźby kobiet z uniesionymi spódnicami, ukazujące swoje narządy płciowe. Każda z uszytych kobiet miała piękne i wyjątkowe łono wykonane z pluszu, miękkich materiałów, były przyozdobione cekinami i koralikami.
Ile kobiet udało się zaangażować w akcję i z jakimi odpowiedziami spotykałaś się najczęściej? Były chętne, zainteresowane czy raczej zawstydzone lub oburzone? Gdzie poszukiwałaś chętnych do wzięcia udziału?
Ku mojemu zaskoczeniu większość studentek nie podzieliła mojego entuzjazmu. „Nie pokażę cipki na ulicy!” – słyszałam. Ale ja nie odbierałam tego tak powierzchownie. Dwa dni później spotkałyśmy się pod akademią – po świcie, koło siódmej rano. Było nas pięć. Stanęłyśmy w centralnej części Placu Matejki, przy którym stoi główny gmach Akademii i Wydział Rzeźby, z którym jesteśmy związane. Przełamałyśmy swoje bariery. Po kilku próbach z samowyzwalaczem i nerwowym obserwowaniem, czy nie ma kogoś za blisko nas, udało się – było pierwsze zdjęcie. Od razu zaczęłyśmy snuć plany, gdzie wykonamy kolejne fotografie, by zapładniać wszystkie sfery życia kobiecością!

ana-suromai-w-Krakowie.jpg

Do kolejnego zdjęcia zapraszałyśmy już wszystkie kobiety. W tym celu, wspólnie z dotychczasowymi uczestniczkami, przygotowałyśmy informacyjny zin, którego rozsyłałyśmy mejlowo. Wyjaśniałyśmy w nim pochodzenie aktu ana-suromai i przedstawiałyśmy jego słuszność. Mejle zwykle pozostawały bez odpowiedzi. Niektóre kobiety wspierały ideę, ale tłumaczyły się brakiem odwagi. Czasem pisały, że to zbyt szalone, kontrowersyjne, że boją się konsekwencji. Że wcale nie czują się takie uciśnione, że nie widzą potrzeby takiej akcji. Albo, że może wzięłyby w niej udział, ale chłopak im nie pozwoli (?!). Kilka się wahało, zmieniając zdanie pod wpływem emocji. Niektóre się umawiały, ale ostatecznie nie przychodziły.
Przyznam, że uczestnictwo w tych akcjach wcale nie należało do lekkich, ale cel był ważniejszy od niedogodności. Akcje, w których brałam udział, odbywały się zimą i niskie temperatury naprawdę nie ułatwiały nam zadania. Najtrudniej było na Kopcu Wandy – śnieżnie, mroźno i wietrznie. Uczestniczyłam w pięciu pierwszych akcjach dopóki pomieszkiwałam i studiowałam w Krakowie. W sumie do tej pory odbyło się ich 13. Rotacyjnie wzięło w nich udział kilkanaście kobiet.
Jak reagowali przechodnie, widząc kobiety z uniesionymi spódnicami?
Zdjęcia zwykle wykonywane były skoro świt, kiedy na ulicach nie było zbyt wielu ludzi. Samo podniesienie spódnic trwało około dwóch sekund. Uznawałyśmy, że ktoś, kto nawet to zobaczy, nie uwierzy swoim oczom i stwierdzi, że mu się coś przewidziało (śmieje się).”
Całość wywiadu tutaj.
Udostępnij ten post: