Nie sposób przecenić korzyści płynących z bycia dawcą i odbiorcą dotyku – korzyści, jakich nie dostarczy głaskanie psa czy kota.

Dopiero niedawno terapeuci zorientowali się, że w kulturze zachodniej najwięcej mówi się o „złym dotyku”. Mało tego, „naturalna skłonność, by dotykać i być dotykanym już w procesie socjalizacji zostaje napiętnowana, ograniczona” uważa Sam Cowan, terapeuta manualny, który zaczął organizować Przytulane Party w Londynie. Jego zdaniem w następstwie tego pojawiło się zjawisko nazywane „głodem skóry”. Cherie Sohnen-Moe, pisarka i dyplomowana masażystka […] tłumaczy, że bardzo często potrzebę dotyku sprowadzamy – błędnie ją interpretując – do seksualnego pożądania, fizycznego pragnienia: „Obecnie ludziom częściej zdarza się nawiązywać seksualne relacje z potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem niż z miłości. A gdy brakuje kogoś do przytulania naszej wewnętrznej powłoki, sami zaczynamy się otulać, choćby poprzez objadanie się.”

Specjaliści przyznają, że dotyk stał się społecznym tabu – w krajach wysoko rozwiniętych ludzie starają się unikać fizycznego kontaktu. Jaki to ma wpływ na ich samopoczucie?

Andrew Schwartz, terapeuta manualny z Los Angeles uważa, że ciało człowieka zaczyna cierpieć, gdy nie otrzymuje wystarczającej ilości dotyku. „Jesteśmy istotami społecznymi i świadomy, odbierany jako przyjemy dotyk składa się na nasze człowieczeństwo”, powiedział w jednym z wywiadów Reid Mihalko (pomysłodawca Przytulanych Party). Jego zdaniem nie sposób przecenić korzyści płynących z bycia dawcą i odbiorcą dotyku – korzyści, jakich nie dostarczy głaskanie psa czy kota.

Uczestnicy Przytulanych Party przyznają, że ogromnie tęsknili za kontaktem z druga osobą i jej dotykiem. Wyznania te nie dziwią Marnii Robinson, autorki „Cupid’s Poisoned Arrow”. Ostrzega przed nowoczesnym modelem życia, który nie zaspokaja potrzeby kontaktu i nie gwarantuje wystarczająco satysfakcjonującej więzi: „układ nagrody każe nam się więc nieustannie rozglądać za czymś, co pomogłoby te puste przestrzenie wypełnić. […]”. Według Robinson tylko dotyk bliskiej, darzonej zaufaniem osoby sprawia, że wydzielamy neurochemiczny koktajl – „lek na całe zło”.

Dotyk rozwija się już u dwumiesięcznego płodu – jako pierwszy ze zmysłów. Początkowo wrażliwe są tylko usta, potem twarzyczka, a po 14 tygodniach – niemal całe ciało.

Małe dzieci ciągle się przytulają i chcą czegoś dotykać – to dowód na to, że dotykanie jest potrzebą naturalną. Kiedy mózg rejestruje, że ciało dotykane jest w przyjemny, relaksacyjny sposób, obniża się ciśnienie krwi, oddech ulega spowolnieniu, obniża się aktywność funkcji trawiennych, przybywa ciał odpornościowych, wydzielany jest „naturalny antydepresant”, oksytocyna, dzięki czemu ogarnia nas uczucie spokoju i obniża się poziom kortyzolu (hormonu stresu). […]. Ludzie, którzy w dzieciństwie byli często przytulani i masowani, w dorosłości są pewni siebie i lepiej radzą sobie w kontaktach społecznych.


Źródło: 

Beata Banasiak-Parzych: „Nawróceni na dotyk”, Charaktery nr 1 (180), styczeń 2012, str. 28-31.

Aniu, dzięki za przygotowanie tekstu. 🙂
Udostępnij ten post: