Kiedyś wydawało się, że ruch kobiet na rzecz równości ekonomicznej i politycznej oraz rewolucja seksualna to jedna kampania. Ale one były tylko równoczesne. Społeczeństwo łatwiej przystosowało się do wejścia kobiet do pracy zawodowej, niż do dorastania przez nie do pełni seksualizmu.

Rzadko się o tym mówi, mimo to jest prawdą, że równość ekonomiczna mniej zagraża systemowi niż równość seksualna.

Fragment tekstu pochodzi z książki Nancy Friday Kobiety górą.

Część pierwsza tekstu Raport z erotycznego wnętrza.

Nie możemy także pominąć kwestii nagrody, aprobaty, akceptacji: wytrwałość w dążeniu do sukcesu ekonomicznego nie czyni z kobiety „złej dziewczynki”. Nasz sztywny, purytański kręgosłup, który nie może dojść do ładu z erotyzmem człowieka, szczerze aprobuje ciężką pracę, nawet pracę kobiety w niegdysiejszym „męskim świecie”. Dla kontrastu, ciężka praca nad własnym seksualizmem, po skończeniu prywatki, znaczy kobiety piętnem, jeśli nie „złej”, to na pewno zapóźnionej hipiski, obiektu resentymentów i zazdrości innych kobiet. 

Oczywiście, nadal istnieje niesprawiedliwa niewspółmierność płacy mężczyzn i kobiet za tę samą pracę. Bardzo często kobieta przegrywa, kiedy rywalizuje z mężczyzną. Co więcej, wciąż istnieją podziały międzykobietami. Słyszymy obecnie o pewnej alienacji odczuwanej przez tradycyjne kobiety w latach, kiedy mass media i uwaga świata koncentrowały się na kobiecie w miejscu pracy zawodowej. Podczas gdy coraz więcej kobiet pracujących zawodowo usiłuje wtłoczyć rodzinę i dom w swoje już i tak zapełnione życie, zrozumiała jest niewielka sympatia okazywana im przez te ich siostry, które nigdy nie porzuciły starych wartości. Jednak bez względu na to, co jeszcze się zdarzy, możność podjęcia pracy poza domem została faktycznie uznana.

Tego samego nie da się powiedzieć o rewolucji seksualnej. Powoli i nieubłaganie nurt społeczno-prawny wciąga kobiety ponownie w pewną formę niewolnictwa seksualnego, pozbawiając nas prawa do władzy nad naszym ciałem. Mimo iż powoli zmierzamy ku równości ekonomicznej, utrata naszej seksualności będzie tym sposobem, za pomocą którego społeczeństwo zatrzyma nas „na naszym miejscu”. Sprowadza się to do tego, z czym naszemu społeczeństwu jest najwygodniej, a ono preferuje pozycję misjonarską.

Z samej swej natury rewolucje tracą grunt, kiedy zanika początkowy impet. To rzecz szczególnie prawdziwa w odniesieniu do walki o równość seksualną kobiet, której się obawiamy. Opieka nad dzieckiem i presja ekonomiczna dotyczą kobiet pracujących i kobiet w domu. Istnieje jeszcze tylko jeden wymóg, co do czasu i energii, a ten nigdy nie był do pogodzenia: seks. Może doba nie ma po prostu dostatecznie wielu godzin. Aby zdobyć środki utrzymania, trzeba stracić mnóstwo energii. Energii wymaga też stały wysiłek zachowania seksualizmu zdobytego w późnymi okresie życia, to znaczy w wieku trzydziestu kilku lat, dwudziestu czy nawet w wieku dojrzewania. Jeśli czegoś trzeba zrezygnować, to tym czymś będzie wolność seksualna, z którą nigdy nie czułyśmy się swobodnie (w innym razie używałybyśmy środków antykoncepcyjnych, które umożliwiły naszą rewolucję).

Z naciskiem pragnę podkreślić, że dla utrzymania systemu patriarchalnego konieczne jest poparcie obu płci; w latach siedemdziesiątych zachwiał się on tylko dlatego, że dostatecznie dużo kobiet połączyło się i głośno domagało się zmian. Ale ten związek nie trwał długo. Straciłyśmy dużą część potencjału, jaki mogłyśmy mieć jako spójna jedność. Gniewne feministki, nie darzące sympatią mężczyzn ani kobiet kochających mężczyzn, kręciły nosami na rewolucję seksualną. A poza obydwoma obozami pozostawały tradycyjne kobiety, które trzymały się domu i rodziny, a których wartości, potrzeby i samo istnienie zignorowano.

Jeśliby nie powstało między nami tyle rozłamów, dziś zapewne miałybyśmy równe płace i wszystko inne, czego byśmy chciały. Za wszelką niesprawiedliwość wobec nas obwiniamy mężczyzn, bo tak jest łatwiej, niż przyznać się do naszych obaw i gniewu na kobietę (matkę). Oto nowa wojna kobiet, która podparła stemplami fortyfikacje starego systemu.

Chciałabym, by mężczyźni i kobiety mieli więcej czasu i okazji, żeby stworzyć sprawiedliwy rozkład władzy, lepszą umowę seksualną między nami niż ta, którą mieli nasi rodzice, a która, przy wszystkich jej licznych wadach, przynajmniej działała skutecznie przez długi czas. Do mężczyzn należało rozwiązywanie problemów, zarabianie na utrzymanie, seks, a kobiety — cóż, wiemy, jakie miały być kobiety i co miały robić. Ale przynajmniej te zasady obowiązywały wszystkich. W tym zawiera się pewna osobliwa pociecha. Mimo uciążliwości tego podwójnego standardu, dzięki głębokiemu przeświadczeniu o jego istnieniu, miał on moc obowiązującą obowiązującą. Społeczeństwo mówiło to, co myślało, zarówno świadomie, jak i na najgłębszym poziomie nieświadomości.

Gdy układ ten przestał obowiązywać, nowe opcje i definicje nie są tak głęboko akceptowane. Na to potrzeba pokoleń. A bez głębokiej akceptacji społecznej jak matki —- nawet te, które same walczyły o wolność seksualną miałyby przekazywać swym córkom te nowe idee mówiące, co kobieta może robić i kim może być? Matki są dozorcami — mówią, co dobre, a co i złe; jeśli społeczeństwo jeszcze nie uznaje równości seksualnej, czy można oczekiwać od matki stworzenia ryzyka dla swej córki?

Nie minęło jeszcze dość czasu od tych ostatnich zmagań, abyśmy zechcieli porzucić mit o męskiej wyższości (jak mam wytłumaczyć, ile czasu potrzebowałam, aby porzucić własną potrzebę wiary w to, że mężczyźni zabiegają o mój byt, choć stałam się kobietą całkowicie zdolną zatroszczyć się materialnie o siebie, a także o mężczyznę).

W kontraście do tych skrajnych proroctw stoi nowe i jeszcze młodsze pokolenie kobiet, których fantazje wypełniają tę książkę. Pośród ich idoli są ekshibicjonistyczne piosenkarki i artystki z MTV. Oto Madonna, stojąc z ręką na kroczu, naucza swe siostry: masturbujcie się. Madonna nie jest męską fantazją masturbacyjną. Jest symbolem i modelem seksu dla innych kobiet. Nie jest też fantazją lesbijską — choć jest i tym także — ale raczej ucieleśnia ona kobietę seksualną i kobietę pracującąa sądzę, że można tu także włączyć i matkę. Mogę sobie wyobrazić Madonnę z dzieckiem na i ręku, i owszem, z ręką wciąż na kroczu.

Wątpię, czy mężczyźni masturbując się marzą o Madonnie, chyba że o tym, by nad nią zapanować, pokonać ją, powalić i pokazać „jaki jest prawdziwy mężczyzna”. Nie, Madonna dla większości mężczyzn jest za bardzo kobieca. Przed dziesięciu laty, gdy publikowałam książkę o męskich fantazjach seksualnych zatytułowaną Zakochani mężczyźni, jedną z ich ulubionych fantazji było wyobrażenie kobiety doprowadzającej się do orgazmu. To byli mężczyźni wychowani w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, mężczyźni, którzy tęsknili — przynajmniej w bezpiecznej fantazji — do kobiety mniej walecznej wobec seksu niż jakaś Doris Day. Wtedy cieszyła myśl o kobiecie mającej własne sekretne życie seksualne, kobiecie, z którą można dzielić odpowiedzialność za seks. Mężczyznom dawało to dreszczyk emocji, bo było całkiem wbrew rzeczywistości.

Dziś wielu młodych mężczyzn mówi, że ta nowa kobieta raczej ich przeraża i że jest zbyt wymagająca – chce mieć wszystko i naprawdę może wszystko mieć. Biedny chłopak, mężczyzna w opresji — ani przez chwilę nie zamierzam bagatelizować jego dawnych obaw przed nieujarzmionym kobiecym apetytem seksualnym. Jego najgłębsze korzenie sięgają jego zdominowanego przez kobietę dzieciństwa, tak samo jak w przypadku jego ojca i ojca jego ojca — czasów, kiedy kobieta dysponowała całą władzą świata nad jego życiem, a on tego nigdy nie zapomni. Ironia polega na tym, że mężczyźni uważają za konieczne zatrzymać nas na „naszym miejscu”, ponieważ bardziej wierzą w naszą siłę niż my same.

Jeślibym miała wybrać moment, w którym ów nurt seksualny został odcięty, nie byłby to okropny początek AIDS. Ta ponura epidemia stała się najsmutniejszym kozłem ofiarnym regresu seksualnego i bigoterii, zapoczątkowanych już wcześniej. Otóż, jakkolwiek AIDS z pewnością przyspieszył agonię zdrowej ciekawości seksualnej, to jednak cios śmiertelny zadała jej zachłanność lat osiemdziesiątych.

Kolejny fragment Raport z erotycznego wnętrza, cz. 4.


Nancy Friday

Udostępnij ten post: