Czasami możemy sobie myśleć, że to straszne, że tak długo trzeba się nami zajmować, żebyśmy miały orgazm (lub kilka) lub żebyśmy były fizycznie gotowe na penetrację. Jak to? Cała godzina? Ten biedny mężczyzna… Jak on się tam między moimi udami namęczy… Ach, jesteśmy tak empatyczne, tak bardzo wytresowane do tego, żeby odmawiać sobie przyjemności i myśleć tylko o partnerze.

Jesteśmy królowymi namiętności, jesteśmy paniami rozkoszy, czasem możemy tylko leżeć i przeżywać… mieć orgazmy, być na skraju orgazmu, czasem doświadczenia są tak intensywne, że wręcz tracimy chwilami przytomność, orgazmicznym krzykiem stawiamy na nogi całą kamienicę, jesteśmy roznamiętnione, rozkochane, rozpalone, jesteśmy tylko ciałem i doznaniem i… nie możemy tego wytrzymać!

Nie będę teraz zastanawiała się nad tym, skąd się to bierze: czy to na przykład wina kultury, która serwuje nam hollywoodzkie wizerunki stosunków genitalnych według scenariusza: buzi, buzi, wszedł-wyszedł, a ona wije się w orgazmie, czy to wina patriarchalnej kultury, w której to stosunek penis-pochwa zajmuje miejsce centralne i najbardziej wyeksponowane, czy wina którejś z religii lub ateizmu… to jest zupełnie nieważne. O wiele istotniejsze jest to, że wiele z nas (a i autorka tego artykułu, niestety, nie jest chlubnym wyjątkiem, bo też jej się zdarzało pytać samą siebie: czy nie powinnam już powiedzieć: wystarczy) nie może znieść przyjemności. Chociaż tęsknimy za namiętnością, pasją, rozkoszą, orgazmami i niekończącą się przyjemnością, chociaż marzymy o nieegoistycznych kochankach, kochankach-wizrtuozach, kochankach na miarę Casanovy, to gdy takiego w końcu spotykamy i gdy godzinami możemy tylko leżeć i czuć, to nagle wstępuje w nas poczucie winy… że to tak długo trwa… 20 minut, 40 minut, godzinę, pół nocy… bo on nas tylko pieści, tylko kocha, tylko wysyła na orbitę, a sam jeszcze nie miał orgazmu…

Wiem, że nie jest to doświadczenie jedynie kilku kobiet. Motyw poczucia winy czasem przewija się przez warsztaty, które prowadzę, czasem przez prywatne rozmowy. Może nie jest to doświadczenie każdej kobiety (sama jakoś nie mogę dotrzeć do tego, abym się przejmowała brakiem orgazmu mego kochanka, gdy jeszcze uczęszczałam do liceum), ale – niestety – z doświadczenia wiem, o czym mowa. Wiedzą też niektóre moje koleżanki. Które czasem też zachodziły w głowę – ile to jeszcze może trwać i czy może mi być tak przyjemnie? Czy mogę tak po prostu leżeć i brać tę przyjemność, nie zerkając na zegarek, nie myśląc o niczym, a już najbardziej o tym, że później „wypadałoby się zrewanżować”.

O ironio, kiedy tak rozmawiamy, dochodzimy to podobnych wniosków: my same mogłybyśmy robić przysłowiową laskę przez połowę nocy, bo wiemy z doświadczenia, jak może być to podniecające. Dla nas. Nie tylko dla tych, którzy odbierają przyjemność z naszych ust, języków i dłoni. Ale jakoś czasem nie umiemy sobie wyobrazić, że oni – leżąc między naszymi udami i składając hołd naszym waginom – też są na skraju orgazmu, też są w niebie i nie chcą przerywać. Bo chcą nam dać tyle przyjemności, ile tylko zdołają. Ale my, zamiast brać i cieszyć się, że dostajemy coś pięknego, cennego, dobrego – pogrążamy się w myślach „czy to nie jest za długo? czy jemu się już nie nudzi?”

Kiedy przestawimy się z myślenia o seksie według schematu najpierw „gra wstępna”, potem „prawdziwy seks” tzn. z penetracją, może być łatwiej. Wielokrotnie już na tym portalu odchodziliśmy i odchodziłyśmy od tego podziału, od terminu „gra”. Seks jest od samego początku, dokładnie od tego momentu, kiedy Ty uznasz to za seks. A jednak wpojone kiedyś schematy i przekonania, które niekoniecznie nawet sobie uświadamiamy, mogą skutecznie odebrać nam przyjemność przeżywania zmysłowości. Czasami możemy sobie myśleć, że to straszne, że tak długo trzeba się nami zajmować, żebyśmy miały orgazm (lub kilka) lub żebyśmy były fizycznie gotowe na penetrację. Jak to? Cała godzina? Ten biedny mężczyzna… Jak on się tam między moimi udami namęczy… Ach, jesteśmy tak empatyczne, tak bardzo wytresowane do tego, żeby odmawiać sobie przyjemności i myśleć tylko o partnerze. Kobiecie czasem może być bosko, gdy seks trwa krótko i mało jest w nim pieszczot tylko dla niej; czasem też jednak potrzeba tego bardzo-bardzo dużo, żeby w ogóle było przyjemnie. I nie zawsze „jej dziesięć orgazmów” wynikłych z takiego seksu musi prowadzić do tego „prawdziwego seksu”, czyli penetracji. I nie zawsze seks musi prowadzić do jego orgazmu/wytrysku. Po prostu. Seks bez orgazmu to też seks – podobnie jak seks bez penetracji. Chociaż taka wizja to dla niektórych prawdziwa herezja. 🙂

Co zrobić, gdy gnębi nas poczucie winy związane z tym, że dostajemy w seksie za dużo? 🙂  Moja odpowiedź to: puścić się. Po prostu się puścić, popłynąć za przyjemnością – egoistycznie i ekstatycznie – bez zerkania na niego, bez zastanawiania się, czy mu się jeszcze chce i czy ja będę potem w stanie na coś jeszcze – bo może padnę ze zmęczenia. Bycie w tu i teraz pozwala na przeżywanie tego, co jest, bez planowania tego, co będę robić za 5, 10, 30 minut. Gdy wybiegamy myślami w przyszłość, nie skupiamy się w pełni na tym, co dostajemy teraz – możemy nie zauważyć, jakie dary są przed nami składane. Zadręczanie się innymi myślami też nie pomaga nam tego dostrzec. A szkoda. Bo przecież ten partner, który to robi, robi, żebyśmy czuły. Żebyśmy mogły zapomnieć, o tym, co jutro, co w pracy, co na obiad, zabiera nas w zmysłową podróż, ale my, zamiast cieszyć się widokami, emocjonować podróżą – czytamy gazetę, słuchamy radia albo sprawdzamy skrzynkę mejlową – a przecież to mamy na co dzień. Pozwólmy sobie na „odjazd”.

Branie jest dobre. Przyjemność jest dobra. Często skupiamy się tylko na tym, żeby w seksie dawać, branie możemy czasem uważać za coś niewłaściwego (nie, nie, naprawdę nie potrzebuję dziesiątego orgazmu kochany, teraz ty sobie dojdź…), a potem się dziwimy, że za mało dostajemy. A czy to, że czasem dostajemy tak mało nie wynika z naszej postawy i przekonań? Bo jeśli słowami lub całą swoją postawą dajemy do zrozumienia: przestań, już nie chcę, nie mogę wziąć tyle przyjemności, to dla mnie za dużo – to na jakiej podstawie mamy dostawać więcej?

Niektórzy mówią, żeby na branie otworzyć się wręcz symbolicznie. I że branie w seksie lub nieumiejętność brania w seksie/brania przyjemności często związana jest z nieumiejętnością brania w życiu. Zastanów się – może to w tym sęk. Czy łatwo przychodzi Ci brać na co dzień? Czy nie masz oporów przed skorzystaniem z pomocy, przysługi, przyjęciem drogiego lub niespodziewanego prezentu, lub prezentu, który dostajesz bez okazji? Czy czujesz, że zawsze musisz się zrewanżować? Czy bierzesz z oporem i zawsze dodajesz do tego: nie, to za drogie, nie mogę tego przyjąć, ale naprawdę nie trzeba było itp.?

Możemy mieć dużo, dużo przyjemności. Musimy się tylko nauczyć jak ją brać. Bo niby każdy jej pragnie, ale nie każdy umie ją przyjąć…

W końcu przyjemność jest „grzeszna i niewłaściwa”, a seks można uprawiać tylko wtedy, kiedy chcemy potomstwa.

Udostępnij ten post: