Przez weekend mierzyłam się z ladacznicą, grzesznicą w sobie. Aż samą mnie dziwi to, co piszę, gdyż nigdy nie poczuwałam się ani do bycia ladacznicą, ani tym bardziej – grzesznicą! Słowa te – wydaje mi się – pochodzą z jakiejś równoległej rzeczywistości, do której nigdy nie należałam. 

Na warsztat „Święta Ladacznica” do Izy Cisek trafiłam przez przypadek. O ile ktoś wierzy w przypadki. Przez dwa dni robiłam, co mi kazano, bez jakiegoś szczególnego zapału ani olśnienia. Aż trzeciego dnia nagle się stało – zatrzęsła się ziemia, rzeki wystąpiły z brzegów, a ja w mig pojęłam, po co to wszystko…

Przez weekend mierzyłam się z ladacznicą, grzesznicą w sobie. Aż samą mnie dziwi to, co piszę, gdyż nigdy nie poczuwałam się ani do bycia ladacznicą, ani tym bardziej – grzesznicą! Słowa te – wydaje mi się – pochodzą z jakiejś równoległej rzeczywistości, do której nigdy nie należałam.

A jednak je znam.

Zarezonowały bardzo mocno, gdy kiedyś padły w moim kierunku z ust mężczyzny. Może nawet – zabolały? Ponieważ wywołały ten oddźwięk, to znaczy, że jednak miały coś wspólnego z moją rzeczywistością. To one prowadziły mnie przez warsztat wśród samych kobiet. Pokazały mi też, jakie przekonania na temat kobiet i kobiecości wciąż może trzymać moje ciało. (Chociaż głowa oczywiście, podpowiada, że żadnych takich przekonań we mnie nie ma.:-))

Co może powiedzieć ciało, okazało się, gdy w jednym z ćwiczeń wiłam się na podłodze niczym dziki wąż. Zmiatałam podłogę włosami i gięłam się w konwulsyjnych, seksualnych ruchach i poczułam, że to, co robię jest „zbyt”… Zbyt… odważne? Zbyt gorszące? Zbyt otwarcie seksualne? Tam – między ko-bie-ta-mi??! A wiadomo przecież, kobiety nie są seksualne! Kobiety to grzeczne dziewczynki, które o tym nie myślą!

To odkrycie było równie dziwne, jak to sprzed miesięcy, że słowo „ladacznica” może mi coś zrobić. Że nie pozostaję obojętna, że biorę do serca, do siebie. Znów wzięłam do siebie i poszłam dalej. Ale zanim do tego doszło, Iza musiała przeprowadzić nas przez spotkania z wieloma boginiami, od której każda brała to, czego potrzebuje najbardziej.

Dla mnie kluczową boginią okazała się afrykańska Oshun – bogini słodkich wód, seksualności i słodyczy. Mówiąc o słodyczy, mam na myśli ciepło i bezbronność, całkowitą otwartość pełną życzliwości i miłości. Taką trochę matczyną cechę. Ta słodycz często w naszej kulturze jest kojarzona z naiwnością, słabością czy nawet głupotą. Nie bez przyczyny mówimy o „słodkiej idiotce”. A słodycz i bezbronność są być może ostatnimi cechami, które kojarzą się nam z ognistą seksualnością. Kocica, ladacznica, wamp – to nie są istoty słodkie i bezbronne, tylko zmysłowe i niebezpieczne. Jednak słodycz Oshun w naturalny sposób połączyła się dla mnie z seksualnością i otwarciem na drugą osobę.

Dla wielu z nas słodycz Oshun może być ważna. Wiele silnych kobiet nie pozwala sobie na bycie słodką, gdyż słodycz jest postrzegana jako zaprzeczenie siły. Jesteśmy więc konkretne, logiczne, racjonalne i podchodzimy do życia „bez zbytnich sentymentów”, aspekt słodyczy chowając do szafy i dodatkowo dociskając kolanem, być może w obawie, że jeśli ktoś się dowie o naszej miękkości, to nas wykorzysta.

 

A przecież to bardzo przyjemne być słodką.

Słodycz kojarzy się z niewinnością i naiwnością, ze złotymi lokami Meg Ryan ze starych romantycznych komedii. Kobiecość została poszatkowana na różne wykluczające się aspekty. Seksualność nie jest już postrzegana jako „niewinna”, a słodycz jako jej część. Jeśli coś jest namiętne nie jest słodkie, jeśli jest słodkie, nie jest namiętne. A kobieta może być albo „świętą”, albo „ladacznicą”.

Będąc między kobietami, wykonując różne zadania, poczułam, że można być zarówno słodką i być kurwą (oczywiście – w najlepszym tego słowa znaczeniu) jednocześnie. Że bycie obsceniczną, nie wyklucza bycia świeżą i niewinną jak Wiosna, a znów bycie bezbronną idealnie dopełnia się z byciem asertywną a nawet zołzowatą. Złośnica, zbereźnica, słodka księżniczka, kurwa i zdzira, czuła kochanka, kochająca żona, kapłanka seksualności – to po prostu różne aspekty jednej kobiety. W każdej kryje się taki potencjał, ale nie każda robi z niego użytek.

Często boimy się sięgać do swoich potencjałów, nasze życie (także seksualne) staje się coraz bardziej płaskie i nudne, ulatuje z niego radość i siła, bo nie chcemy pokazać jakiejś twarzy, która „do nas nie pasuje”. Boimy się swojej delikatności i słodyczy (Nie będę słodką idiotką! Nie będę ostatnią naiwną!), kokieteryjności lub siły albo pierwotnej seksualności (nie jestem flirciarą, zdzirą, dziwką). Wydaje się, że odrzucenie jakiegoś „podejrzanego” aspektu jest bezpieczne. Ale w ostatecznym rachunku jest zubażające lub nawet okaleczające. Kulturowy wizerunek kobiecości jest właśnie bezpieczny – ale wielu kobietom w tych bezpiecznych ramach za ciasno i się duszą.

Iza Cisek mówi różnym aspektom kobiecości „ułóżcie się w zapomnianą całość” i pomaga kobietom je na nowo odkryć i zintegrować. Przywołuje różne boginie, archetypy, podania, sięga głęboko i pomaga spajać to, co było jednością a zostało rozdzielone. Kultura wciąż swoje, wychowanie swoje, religie swoje, ale my jesteśmy już dorosłe same możemy decydować o siebie i tym, jaka będzie nasza kobiecość. Gorąco polecam warsztat „Święta Ladacznica”. Dla mnie było to ważne i cenne przeżycie. Coś, co odżywiło moją kobiecość i seksualność.

Zobacz, gdzie obecnie można wziąć udział w warsztacie – przekierowanie na stronę Izy Cisek.

Voca Ilnicka
przewodniczka po kobiecej seksualności, edukatorka, trenerka, twórczyni portalu Seksualnosc-Kobiet.pl; autorka „Sekretnika kobiecej waginy” i współautorka książki „7 skutecznych sposobów na bolesne miesiączki”. Jej wypowiedzi znaleźć można m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Sensie”, Polityce”, „Elle”, „Zwierciadle” , TVP2, TVP3, Tok FM, Radio RAM. Wiosną 2018 ukaże się jej książka „Ana-suromai albo seksualne doświadczenia i sekrety kobiet”.
Udostępnij ten post: