Gdyby zechcieć wydrukować wszystko to, co zostało kiedykolwiek napisane o orgazmie i towarzyszących mu odczuciach, prawdopodobnie padłyby wszystkie drukarki, a Ziemię zawaliłaby porządna sterta papierów, która natychmiast rozpierzchłaby się na cztery strony świata.

Innymi słowy i mniej metaforycznie: o orgazmie napisano już naprawdę dużo. Zaczęłam zastanawiać się jednak, jaką wartość mogą dla nas mieć te zapiski.

O orgazmie pisano na pewno wielokrotnie w kontekście naukowym: badano reakcje organizmu, ciał, mózgu; zastanawiano się nad różnymi cielesnymi i myślowymi mechanizmami, dlaczego pojawia się u jednych, a nie pojawia u innych…

Gdy zaczynałam współżycie, miałam miałkie pojęcie o tym wszystkim. Słyszałam tylko, że orgazm jest cudowny i zapewnia niezwykłe doznania. I, oczywiście, CHCIAŁAM GO MIEĆ. Bo jakże to tak, seks bez orgazmu? Bez zakończenia, zwieńczenia, wielkiej radości, szaleństwa, zezwierzęcenia?

Myślę, że część z Was uśmiechnęła się trochę pod nosem, gdy przypomniała sobie, co wiedziała (lub czego nie wiedziała!), gdy zaczynała uprawiać seks. To jedno z takich wielu wspomnień, do których z wiekiem podchodzimy z dystansem. A przynajmniej niektóre i niektórzy z nas, bo nie wszyscy i nie wszystkie chcą później zgłębiać tematykę obarczoną tak wieloma niedopowiedzeniami i takim wielkim kulturowym wstydem (choć na szczęście to się powoli zmienia).

Ale do rzeczy. Żyjemy w dynamicznym społeczeństwie, nastawionym na tworzenie i wypełnianie zadań. To tak zwana zadaniowość właśnie. Z zadaniowością wiąże się nieodłącznie ocena wykonanych zadań. I wartościowanie zarówno wykonanej przez nas pracy, jak i nas samych, bo jednak dużo osób myśli o sobie dobrze lub źle w zależności od tego, czego i jak dokonało.

I obawiam się, że z orgazmem jest podobnie. I, co mi tam, będę odważna – z seksem też. Bo skąd się biorą kompleksy? Skąd się bierze „nie podołałam/nie podołałem”? Skąd się bierze udawanie pewnych zachowań w trakcie? Z porównywania się, głównie do kultury: filmów, książek, ale też postów na forach internetowych, przesadzonych opowieści koleżanek i kolegów… Z tego wszystkiego tworzy nam się w głowie obraz, do którego dążymy. I który staramy się wnieść do naszego intymnego życia. Jeśli obraz się nie wypełni, jeśli nie stanie się tak, jak sobie to zaplanowaliśmy i zaplanowałyśmy – klapa!

A gdyby tak… inaczej? Emancypowanie się z dorobku kulturowego związanego z seksem (ale nie tylko) na pewno musi chwilę potrwać. Nigdy nie wygląda to tak, że pewnego dnia mówimy sobie: „dobra, od dziś mam gdzieś wszystkie te filmy, które widziałam/widziałem”. Wszystkie te obrazy dryfują gdzieś po naszej podświadomości, czy tego chcemy, czy nie. Ale możemy być bardziej świadome i świadomi tego, że są. Możemy udać się na ich poszukiwanie, zauważać je, głośno o nich mówić.

A potem zabrać się za swoje życie. Zastanowić się, czego tak naprawdę chcę JA. Spytać siebie samej i siebie samego. Odpowiedź może być ciekawa, może też być smutna (bo może się okazać, że całe życie realizowaliśmy i realizowałyśmy według jakiś wzorców zaczerpniętych z zewnątrz albo według tego, czego chciała nasza rodzina i bliscy). Ale nawet, jeśli jest to odpowiedź smutna – zawsze jest czas na to, by się nad nią zastanowić. I zacząć zmiany. Pewnie szokujące dla nas i naszego otoczenia.

Ale przynajmniej będzie to działanie, od początku do końca, nasze. Osobiste. Takie, którego na początku możemy się wstydzić, ale później przyniesie szczęście i ulgę. Również, i przede wszystkim, na poziomie seksu.

Artykuł ukazał się w ramach konkursu z kosmicznym masażerem dla par.


Gosia M.

Udostępnij ten post: