Wagina, joni, cipka, pochwa. Pochwa. Pochwa. Jak się czujesz, wypowiadając słowo „pochwa”?
Trzy lata temu mniej więcej takimi słowami rozpoczynałam pisanie e-booka „Seksualność Kobiet”.
Potem z portalu i spotkań z kobietami urodziły się warsztaty o seksualności. Pierwszy warsztat nazywał się zaczepnie „Wagina wyemancypowana, czyli jak zaakceptować swoją seksualność”. Potem tytuły i scenariusze ewoluowały. Dziś chcę napisać o tym, jak wygląda warsztat „Kocham swoją waginę”.
Spotykamy się w sali warsztatowej, czasami jest to biuro zaprzyjaźnionego stowarzyszenia działającego na rzecz praw kobiet czy równości, czasem wynajęte mieszkanie, klub, przestrzeń biurowa. Jest nas zazwyczaj osiem, dziesięć, czasami mniej. Zaczynamy standardowo – podajemy sobie ręce, wymieniamy imiona. Czasem mamy ochotę powiedzieć, skąd jesteśmy, czym się zajmujemy na co dzień, skąd się dowiedziałyśmy o warsztacie. Zawody wśród nas królują różne. Niektóre jeszcze nie mają żadnego zawodu, bo są w szkole średniej (ale mają już skończone 18 lat), inne studiują, np. weterynarię, psychologię, informatykę, jeszcze inne pracują w sklepie, w biurze, w ubezpieczeniach, na uczelni albo jako doule, rehabilitantki, trenerki, edukatorki seksualne; inne pracują w domu, bo mają małe dzieci albo są już na emeryturze. Niektóre przychodzą na warsztat w zaawansowanej ciąży, wtedy dostają do siedzenia najwygodniejsze krzesło lub fotel. Czasem cała grupa składa się z młodych kobiet, a średnia wieku wynosi 25 lat, czasami przychodzą kobiety w okolicach 40-stki, czasem najmłodsza z uczestniczek właśnie zdaje maturę, a najstarsza przekroczyła już 60-tkę. Naprawdę trudno przewidzieć, jak średnia wieku rozłoży się w całej grupie. Ale płeć jest zawsze pewna – warsztat z założenia jest pomyślany tylko dla kobiet.
Dlaczego nie ma mężczyzn?
Niektóre z nas są mężatkami, inne mają partnerów życiowych, chłopaków – dlaczego więc na warsztat uparcie zapraszam tylko kobiety? Po pierwsze dlatego, że atmosfera w kobiecej grupie jest inna niż w grupie mieszanej. Nie lepsza, nie gorsza, tylko inna. My, w Polsce, bardzo często seksualność odkrywamy dopiero „po ślubie”, czyli dopiero, kiedy w naszym życiu pojawi się mężczyzna. Wtedy nagle dajemy sobie prawo do tego, aby odczuwać pożądanie i cieszyć się ciałem. Niektóre z nas wręcz mogą oczekiwać, że to ten partner-mężczyzna będzie nas uczył, jak zaakceptować, pokochać i cieszyć się własną seksualnością. Ale czy bez mężczyzny u boku nie jesteśmy kobietami? Jesteśmy. Jako singielki, rozwódki i wdowy – także jesteśmy seksualne, a nasza wagina nie wyjeżdża na długie wakacje, aby powrócić dopiero wraz z pojawieniem się kolejnego mężczyzny. Warto zdać sobie z tego sprawę – jesteśmy kobiece i seksualne same w sobie. Oczywiście, nasi partnerzy bardzo często nam pomagają pokochać seksualność, często dzieje się to według wzorca „to mężczyzna uczy kobietę seksu”. Ale seksualność można też zgłębiać w typowo kobiecym gronie, bo – po drugie – perspektywa kobiety jest inna niż perspektywa mężczyzny. Nie lepsza, nie gorsza, ale inna. Łączy nas jedność doświadczeń – to nam rosną piersi, to my miesiączkujemy, rodzimy dzieci, przeżywamy „pierwszy raz”, to my, kobiety, słyszymy, że dziewczynkom tysiąc rzeczy nie wypada i nie powinnyśmy się interesować seksem. Mężczyźni mają własne nakazy i zakazy, z którymi się muszą zmierzyć, my mamy własne. Czasami w ogóle nie mamy możliwości porozmawiać z kimkolwiek o tematach związanych z seksualnością, szczególnie takich, które dotyczą tylko kobiet. Czym innym jest rozmowa o tym, co lubisz w seksie i czy ci było dobrze, a czym innym, jakie masz nastawienie do własnych narządów płciowych. Jak to jest, kiedy nie akceptujesz swoich narządów płciowych i masz wielki opór przed seksem oralnym albo tak bardzo nie podoba ci się własny srom, że nigdy byś nie spojrzała w lusterko, żeby na go obejrzeć. O tym, oczywiście, można porozmawiać z mężczyzną. Ale perspektywa kobiety, która ma tak samo albo też – miała tak samo – jest inna. Poza tym – po trzecie – gdy grupa jest mieszana, bardzo często, nawet zupełnie nieświadomie, zamiast się otwierać, zaczynamy grać – atrakcyjne kobiety, które kochają seks, które są partnerkami idealnymi. A na warsztacie chodzi o to, żeby właśnie nie grać, nie udawać, pozwolić sobie na absolutną szczerość – nie tylko z innymi uczestniczkami, ale także ze sobą. Bo to przed sobą najczęściej udajemy. Niestety.
Często jednym z zadań integracyjnych jest narysowanie schematycznego wizerunku genitaliów. Czasem to zadanie wywołuje już dyskusje na tematy anatomiczne. Gdzie jest cewka moczowa, a gdzie łechtaczka? Jak to zaznaczyć? Która wyżej? A jak narysować to, a jak tamto, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałam – mam po prostu takie fałdki… Jak bardzo wchodzić w szczegóły? Czy narysować z włosami, czy bez? Jak to jest, że jestem kobietą i schemat penisa wyrysuję z zamkniętymi oczami, a z cipką mam taki problem?
W czasie przywitania przedstawiam się też ja: kim jestem, ile mam lat, jak się nazywam, dlaczego to robię. Zaznaczam też zawsze, że nie jestem ani psycholożką, ani seksuolożką. Że zamiast „pouczać” daję po prostu miejsce na to, żeby porozmawiać. Życzliwie, szczerze, na luzie. Że o seksualności uczyłam się raczej w praktyce niż na uczelni (chociaż mam skończone kursy dla edukatorów seksualnych) i że czas chyba na to, abyśmy przemówiły własnym głosem – bez autorytetów, bez oddawania seksu w ręce lekarzy. Bo seks to nie choroba.
Ćwiczenia, zadania, dobrowolność
Po części integracyjnej, z wypowiedzeniem oczekiwań, z ustaleniem zasad, jakie panują na warsztacie (najczęściej jest to dyskrecja, brak oceny, mówienie tylko w swoim imieniu, szacunek do cudzych uczuć i poglądów, dobrowolność wykonywania zadań) przechodzimy do części warsztatowej.
Na początek puszczamy sobie projekcję slajdów, na których widnieją kobiece genitalia. Zdjęcia pochodzą z portalu, na który realne kobiety same wysyłają zdjęcia swoich sromów. Niektóre z nas pierwszy raz w życiu widzą cipki innych kobiet. Dlaczego? Pewnie dlatego, że wiele z nas ma utrwalony pogląd, że nagie kobiece genitalia to pornografia. I w związku z tym nie wypada innej kobiecie patrzyć między nogi. Same często mamy opór, żeby zobaczyć siebie, więc jak można by szukać po internecie „takich” zdjęć? W związku z tym często nie wiemy, jak wielka różnorodność panuje wśród naszych wulw. Już nawet zdjęcia sromów ogolonych i z naturalnym owłosieniem budzą emocje. Dla niektórych to możliwość odetchnięcia z ulgą „ach, więc nie jestem jedyna na świecie, która lubi swoje włosy i nie ma zamiaru ich depilować”; lub: „ach, nie jestem jedyna, która uwielbia swój srom bez jednego włoska, inne też robią sobie depilację brazylijską”. Kultura narzuca nam pewien kanon piękna dotyczący nawet tego najintymniejszego miejsca, ale to my decydujemy, jak ma być. Różnorodność dotyczy też oczywiście wyglądu wulw. Różnią się kolorami, kształtami, jedne są bardziej „zamknięte”, inne bardziej „otwarte”, wargi wewnętrzne bywają asymetryczne, różnokolorowe, wąziutkie lub szerokie – tak szerokie, że wystają poza zewnętrzne (a teoretycznie powinny się „chować”).
Ta projekcja może wywołać w nas różne emocje, mogą pojawić się pytania, uwagi, śmiechy, komentarze. Czasem oglądamy sobie w skupieniu i ciszy, czasem komentujemy na bieżąco i mamy z tego mnóstwo frajdy. Często padają zdania „jej, jakie to różne, każda inna”; „nigdy nie widziałam żadnych sromów”; „są śliczne”; „są dziwne”; „trudno mi na to patrzeć, mam opór”. Gdy emocje wywołane tym pokazem opadną, bierzemy się do kolejnego zdania – opisania tego, co myślę o własnej waginie. Czy myślę? Jak myślę? Co o niej sądzę, co do niej czuję? Kilka pytań, a gdy obserwuję to, co piszą uczestniczki, czasem mam wrażenie, że aż im się dymi spod długopisów. Bo o waginach można pisać i pisać. Gdy w końcu zaczynamy o nich myśleć. Rozmawianie o tym, co myślę i czuję jest zupełnie dobrowolne, ale często już w tym miejscu warsztat zaczyna płynąć w swoją stronę, bo niektóre z nas mają ochotę właśnie na głos o tym powiedzieć. I zostać wysłuchane. Bez względu na to, co mówimy, mówimy o swojej intymności, o naszej ukochanej joni, którą mamy tylko jedną. I ta jedna czasem jest obiektem miłości i uwielbienia, a czasami panną-infekcją albo panną-nigdy-nie-spojrzę-na-nią-w-lusterko. Czasem zwierzamy się z tego, że „ona wie”, jej zdrowie jest barometrem tego, co nas spotyka w życiu. Lub z tego, że nawet, kiedy skręcamy się z bólu w czasie miesiączki, to i tak miłość do waginy jest nieprzemijająca. Czasami mamy ochotę ponarzekać i wyżalić się, bo infekcja ściga infekcję. Albo powiedzieć o tym, jak jej wygląd wpływał na nasze życie seksualne – zgaszone światła, lęk przed pokazaniem się nago. A czasami jest to wielka pieść pochwalna: jak pachnie, jak wygląda, co czuje, kiedy czuje. Lub jak to jest, gdy o orgazmie dotąd czytało się tylko w książkach i nigdy żaden nią nie zatrząsł. Wagina każdej kobiety mogłaby opowiedzieć długą historię. Zupełnie jak w „Monologach waginy”. O nich też wspominamy. Ale czasami mamy czas tylko na swoje monologi. Lub dialogi.
Następne zadanie to zmierzenie się z przekonaniami na temat kobiecych genitaliów. Jakie powinny być nasze cipki? Zawsze mokre i chętne, wygolone i gotowe. Trzeba bronić do nich dostępu. Lub właśnie bezwzględnie trzeba je udostępniać zainteresowanym. Pamiętam jeden warsztat, na którym wielkimi literami napisałyśmy „kobiece genitalia SĄ!”. Trzeba je ukrywać, nie wolno o nich rozmawiać, nie wolno ich oglądać, nie wolno ich dotykać, w sferze publicznej budzą zgrozę i zgorszenie, kojarzone są tylko z grzechem i pornografią, ale są. Naprawdę istnieją. Chociaż czasem robimy wszystko, żeby je z naszego życia wymazać.
Zadanie, które zawsze pojawia się jako obowiązkowy punkt programu, to wybieranie najlepszych i najgorszych określeń na nasze genitalia. W tym zadaniu często odczarowujemy krzywdzące, wręcz upokarzające nas stereotypy. Nagle przypominają się te wszystkie „żarty” o ślepym, który szukał sklepu rybnego, o tym, czym się różni kobieta od ślimaka. Wykrzywiają nam się twarze i usta, gdy padają takie określenia jak „pizda”, „dziursko” czy „pęknięty jeż”. Opowiadamy o tym, jakie słowa nigdy by nam nie przeszły przez usta i poznajemy tuzin nowych, które zachwycają znaczeniem (joni – święta przestrzeń), brzmieniem, finezją i fantazją. Z każdego warsztatu wychodzę z co najmniej kilkoma nowymi słowami. A dziewczyny też śmieją się z „lwicy” czy „pani prezes”. Słowa, które wcześniej raziły, okazują się neutralne. Bo już obgadane, wypowiedziane, odczarowane. Emocje przeżyte, można iść dalej.
Genitalna kolorowanka, łechtaczka 3D i co jeszcze przed nami?
Pokoloruj pochwę! Oczywiście taką na obrazku, nie swoją. Dostajemy do rąk kserówkę schematów kobiecych genitaliów – widok ogólny, przekroje. Nigdy nie zastanawiałaś się nad tym, jak głęboko sięgają odnogi twojej łechtaczki? Strefę G było ci łatwiej znaleźć w wyszukiwarce google niż we własnym ciele? Teraz masz okazję pokolorować i poukładać. Do kserówek dorzucamy zdjęcia poglądowe, uszyty model łechtaczki i własne refleksje na temat anatomii.

Wagina w sztuce, wagina w kulturze, wagina w kościele. Czy na to wszystko znajdzie się czas? A może nasze „Monologi” całkowicie wykluczą możliwość pokazania czegoś jeszcze? Może warsztat zdryfuje w jakąś inną stronę? Na pewno obejrzymy jeszcze fragmenty filmów z warsztatów Betty Dodson (takich, na których uczestniczki siedzą nago i tak!, masturbują się:-). Na pewno porozmawiamy jeszcze o waginie jako bramie życia. Na pewno jeszcze napiszemy list do własnej waginy. Którego absolutnie nie będziecie musiały nikomu czytać. Całkiem prawdopodobne, że obejrzymy stos gadżetów waginalnych, które mają ułatwić życie naszej waginie: sikawki, kubeczki menstruacyjne, bawełniane podpaski i tampony, kulki gejszy, dilda, masażery i wibratory.
Czy oczekiwania zostaną spełnione? Czy zakochacie się we własnych genitaliach? Czy własnoręcznie znajdziecie w domu strefę G, jeśli do tej pory jak na złość się przed Wami ukrywała? Czy porozmawiacie z mężami, chłopakami, partnerami o tym wszystkim, co się zadziało na warsztacie? Czy następnym razem na jakiś warsztat zaprosimy też mężczyzn? Nie wiem. Mogę was tylko serdecznie zaprosić do wspólnej przygody. Przybywajcie!
Mogę tylko powiedzieć, że słyszałam od matek dzieciom i babek wnukom, że po tym warsztacie doceniły swoją waginę. Że zauważyły, że to ona właśnie urodziła dla nich córkę. Albo trójkę dzieci. I że bardzo by chciały, aby ich córeczka wcześniej niż w wieku 35 lat znalazła swoje własne słowo na określenie cipki. Żeby nie przekazywać jej wstydu i uprzedzeń. Żeby nie tłumaczyć małej, że „chłopcy mają siusiaki, a dziewczynki nic nie mają”, bo mają: pochwę i łechtaczkę!
Mogę powiedzieć, że widziałam, jak niejednej z nas łezka się zakręciła w oku i że słyszałam głosy, które rozpierała duma, i takie, które drżały ze wzruszenia. A czasem rodził się bunt. Przed zawłaszczaniem naszych ciał. Przed dostosowywaniem się do oczekiwań społecznych. Przed ukrywaniem, że jesteśmy seksualne.
Mogę też powiedzieć, że dla niektórych może to być trochę niełatwy warsztat. Że nawet po tych wszystkich ćwiczeniach, filmach, rozmowach niektóre słowa dalej nie chcą przejść przez usta. Że są kobiety, którym trudno powiedzieć „kocham swoją waginę”. I że to też jest w porządku. Nie wymagajmy od siebie natychmiastowej przemiany. Ale możemy mieć nadzieję, że ziarno zostanie zasiane.
Wszystkim dotychczasowym uczestniczkom warsztatów waginalnych serdecznie dziękuję. Dziękuję tym, które brały udział w warsztatach we Wrocławiu, w Warszawie, w Łodzi, w Poznaniu, w Krakowie, w Gdańsku. Tym, które zapisały się na warsztat i z jakiegoś powodu nie dotarły. Tym, które przejechały kawał Polski, żeby móc być razem z nami. Tym, które przyszły po raz kolejny na ten sam warsztat, żeby doświadczyć czegoś nowego.
Dziękuję wszystkim tym, które przyszły i powiedziały na dzień dobry, że przyszły z duszą na ramieniu – dlatego, że nie wiedziały, co je spotka, dlatego że to mąż je zapisał, dlatego że namówiła je koleżanka. Dziękuję.
Dziękuję Wam serdecznie! Bez Was tych warsztatów by nie było.
Dziękuję też tym wszystkim, które przeczytały ten artykuł, które piszą do mnie mejle, które czytają portal codziennie do śniadania lub sporadycznie raz na pół roku.
Voca
* Ponoć takie pytanie często dziennikarkom zadają koledzy z redakcji: dziewczyny, o czym tu gadać? Pewnie się masturbujecie przez 6 godzin, co? Nie, nie masturbujemy się przez 6 godzin na tym warsztacie. Takie warsztaty to u Betty Dodson lub Debory Sundahl. Nawiasem mówiąc, Deborah na jesień znów przyjeżdża do Polski, jeśli macie ochotę na masturbację z wytryskiem, to polecam. Byłam u niej jesienią. Fajna zabawa. 🙂
Zobacz też: Rozmawiamy o seksualności, czyli jak na warsztatach przełamujemy tabu