Poniżej znajdziesz fragment powieści City of refuge, w którym możesz przeczytać o idei uzdrawiania najgłębszych ran i traum za pomocą życzliwości, dobroci, dotyku, seksu i miłości. Bohaterem tego fragmentu jest młody żołnierz River, który po wojnie w 2049 roku trafił do wolnego miasta San Francisco, które to jego armia miała podbić i zniszczyć. Zanim poddał się i zdezerterował, był bezimiennym trybikiem w wielkiej machinie śmierci, miał numer Zerodziewięć i to było jego „imię”. Został urodzony w niewoli, zabrany matce, gdy nauczył się chodzić i przez całe swoje życie trenowany do bicia, torturowania, gwałcenia i zabijania. Zabił wiele osób i zgwałcił wiele kobiet. Jego armia dysponowała własnym pokojem zabaw, w którym więżone były dziewczynki i kobiety będące niewolnicami seksualnymi armii. Jego matka była jedną z nich.
Po wojnie w San Francisco jedna z kapłanek ze Świątyni miłości postanowiła go zaprosić do świątyni na uzdrawianie. Ota ta scena:
„Nagle kobieta idąca przed nim zatrzymała się tak gwałtownie, że prawie na nią wpadł. W ostatniej chwili zatrzymał się, świadom tego, jak blisko ich ciała się znalazły, jak niemal się zetknęły.
– Przepraszam – powiedział.
Odwróciła się i zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Teraz mógł zobaczyć jej twarz, była kość słoniowa pokryta piegami. Małe, zgrabne usta zdawały się powstrzymywać uśmiech. Na czole miała wytatuowaną muszlę, a jej szare oczy były chłodne, badające.
– Patrzyłeś na mnie – powiedziała. – Czułam twoje spojrzenie.
– Trudno poradzić. Byłaś tuż przede mną.
Posłała mu długi oceniający uśmiech.
– Uważasz się za odważnego mężczyznę? – zapytała niskim głosem, w którym słyszało się niby mruczenie kota.
River spojrzał na nią zdezorientowany.
– Nikt nie nazwie tego wojownika tchórzem!
Zafalowała długimi włosami na wietrze i powoli rozpięła górny guzik swojej przejrzystej bluzki.
– Jak bardzo odważny?
River przełknął ślinę. Nagle poczuł przerażenie, choć nie wiedział dlaczego. Rozpięła kolejny guzik. Nie wiedział, co zrobić. Krągłość jej piersi przyciągała jego wzrok niczym pole siłowe, nie potrafił odwrócić oczu, choć czuł, że może powinien. Ale przecież byli na środku publicznej ulicy. Ludzie mogli przechodzić i ją zobaczyć. Czy to jej nie przeszkadzało? Najwyraźniej nie. Cóż miał uczynić?
– No i? – Jej uśmiech pogłębił się, jakby bawiło ją jego zakłopotanie. Zlustrowała go spojrzeniem z góry na dół. Poczuł gorącą wypukłość w spodniach, a jej wzrok zatrzymał się na nim rozmyślnie. Wypukłość powiększyła się pod jej spojrzeniem.
– Czy ktoś kiedykolwiek uczył cię sztuki miłości? – zapytała.
– Nie trzeba. To naturalne.
– Jedzenie jest rzeczą naturalną, jednak dobre gotowanie wymaga wiedzy – powiedziała, już poważnie, bez uśmiechu.
– A może byś chciał, abym zajęła się twoją edukacją?
River poczuł panikę. Co ona mu proponowała?
– W drodze na rynek muszę kupić świeże owoce – zastrzegł.
– Ja mogę dać ci brzoskwinie i dojrzałe truskawki – mruknęła, jej piersi uniosły się, a sutki pod bluzką stały się twarde i wysunięte do przodu, jakby były tymi owocami, który ofiarowała. – Chyba że się boisz?
– Nigdy nie bałem się żadnej dziewczyny!
Wyciągnęła rękę.
– Więc chodź. Pozwól, że zabiorę cię do Świątyni Miłości i Pożądania.
– Kim jesteś? – River się wstrzymywał, wciąż podejrzliwy.
– Jestem czcicielką Afrodyty, pani miłości. I kapłanką Oszun, bogini rzeki.
– Moje imię to River – powiedział jej z pewną dumą.
– Wiem – skinęła głową. – Niech to imię będzie twoim przeznaczeniem.
Świątynia Miłości znajdowała się tuż za wysokim murem graniczącym ze ścieżką. Rudowłosa otworzyła bramę i zaprowadziła go na dziedziniec pachnący jaśminem i kwitnącymi różami. Wewnątrz znajdowały się niebieskie baseny, niektóre parujące, inne krystalicznie chłodne, a jeszcze inne wypełnione ziołami. W rogu dziedzińca znajdował się mały pokój. Wewnątrz stało miękkie krzesło, na którym usiadł. Ściany zdobiły zmysłowe akty i przeróżne sceny miłosne. Niezupełnie takie jak pornosy, które z żołdu kupowali sobie żołnierze. Te były rysowane, malowane lub rzeźbione, co zwykli ludzie nazywali „sztuką”. Tak czy inaczej, postacie robiły to od przodu, od tyłu, do góry nogami i w każdą stronę. Usta na koniu, język na cipce… River nie był do końca pewien, co o tym myśleć.
Drzwi się otworzyły i weszła kobieta. Miała siwe włosy, pełny, zaokrąglony brzuch a pod powiewną, jedwabistą szatą potężne nabrzmiałe piersi. Mniej Riverowi przypominała kapłankę miłości a bardziej – z tą aurą władzy i prastarą twarzą – dowódczynię.
– Żołnierzu – zwróciła się do niego a jej oczy prześwietliły go z góry do dołu niczym szperacze – Więc chcesz się kształcić w sztuce miłości?
– No tak – odpowiedział zdenerwowany. Może to wszystko było wielkim błędem.
– Czy jesteś gotowy zapłacić cenę?
– A ile to kosztuje? – spytał z niepokojem. Niech tylko wymieni stawkę, a on już powie, że nie ma pieniędzy i na tym się skończy. Może i lepiej.
– Nie pieniędzmi – uśmiechnęła się, jakby czytała w jego myślach. – Nawet nie twoimi punktami za pracę. Ale własnym czasem i chęcią poddania się naszej dyscyplinie, zgodą się na nasze zasady. Zrozum, że jeśli przez to przejdziesz, nie będziesz już dłużej tym samym człowiekiem.
– A… ile to potrwa? – spuścił wzrok. – Miałem przynieść do domu zakupy na obiad.
– Nie wrócisz dziś do domu na obiad. Ani przez kilka dni. Ale my cię nakarmimy. (…)
– Moi ludzie będą się martwić. – Nagle zdał sobie sprawę, że to prawda. Poczuł się dziwnie, gdy pomyślał o Birdzie, Madrone i starszej pani, którzy będą się martwić, jeśli nie wróci. To prawie jakby był częścią czegoś… innego rodzaju oddziału. Był prawie jak prawdziwy człowiek.
– Prześlemy im wiadomość.
River głęboko nabrał powietrza. Teraz to był jego wybór, pomyślał, właśnie tak jak tłumaczyła mu Maya.
Powie “tak”, a może stanie się kimś innym.
Powie “nie”… Pieprzyć to, tylko mięczak i ptasi móżdżek powiedziałby “nie” tej rudowłosej dziewczynie.
– Tak – odrzekł i dzięki tej odpowiedzi nagle dowiedział się o sobie czegoś więcej. Umiał wybrać. Podjąć ryzyko.(…) Teraz zgodził się i cokolwiek by się okazało, było to częścią jego ja, które tworzył, mówiąc “tak” raz za razem. To “ja” mogło nie być wygodne, nie było jak stary Zerodziewięć, który był numerem i po prostu istniał. Wybór mógł oznaczać większe ryzyko, większe niebezpieczeństwo. A jednak został on urodzony, był hodowany i szkolony do niebezpieczeństwa. Zaszczepiono w nim straszliwe siły, które teraz mógł wykorzystać do własnych celów.
Przez chwilę czuł, że podoba mu się to nowe ja. To go zaskoczyło. Lubienie siebie – było to niemal nieprzyzwoite, jak walenie sobie konia, do czego armia zniechęcała, bo zakłocało ciszę nocną w koszarach. Ale sala zabaw była zawsze dostępna, więc nie było takiej potrzeby.
– Oto zasady – powiedziała stara kobieta. – Poddasz się temu, co robimy. Niektóre z tych rzeczy będą ci się wydawać dziwne, a inne niewygodne. Jeśli nadejdzie moment, w którym będziesz chciał, żebyśmy przestali, wystarczy, że powiesz “nie”. Ale zachęcamy cię do przekroczenia własnych granic. W ten sposób się uczymy.
– Jeśli ktoś inny powie ci “nie”, gdy będziesz mu coś robić, przerywasz. Natychmiast. Bez wymówek. I uwierz mi, sprawdzimy cię. Jeśli chcesz zrobić coś, o co cię nie proszono, zapytaj. Dowiesz się, jak dawać wielką przyjemność i jak otrzymywać przyjemność, o jakiej nawet nie śniłeś. Zgadzasz się?
River przełknął ślinę i skinął głową.
– Powiedz „tak”.
– Tak – odpowiedział ledwie słyszalnie.
– To chodź ze mną.
Zaprowadziła go do małej garderoby, gdzie powiedziano mu, aby rozebrał się i wziął prysznic. Na drzwiach wisiał aksamitny, miękki szlafrok, który założył. Wyszedł, a rudowłosa kobieta przywitała go i podała mu kubek z rubinowoczerwonym płynem.
– Wypij to – powiedziała.
Smakowało słodko i owocowo, i już po przełknięciu zaczął się czuć dziwnie, jakby jego zmysły się wyostrzyły, a wewnętrzna ostrożność zmalała. Zauważył, jak miękki strój muskał jego nagą skórę, czuł ciepło kamienia pod stopami, gdy prowadziła go z powrotem na dziedziniec. Kapłanka zsunęła mu szlafrok z ramion, a on poczuł na skórze chłodne powietrze. Zrobił krok w dół do basenu i kolejny, powoli zanurzając się. Woda była ciepła, jedwabista, pachniała przyprawami i kwiatami.
– Zamknij oczy i połóż się – powiedziała, zdejmując szlafrok i wchodząc do wody razem z nim. – Pozwól mi cię ukołysać.
Basen był wystarczająco głęboki, aby River mógł unosić się na wodzie, więc trzymała go i kołysała w przód i w tył, nucąc piosenkę, która brzmiała jak kołysanka.
Miękkie dłonie głaskały go, wcierając w skórę delikatny balsam, pieszcząc każdy jej otwór. Na jego kutasie znajdowały się usta, ale nie ssały. Dobywało się z nich nucenie, głębokie, dźwięczne wibracje. A potem jego ciało pokryły niezliczone usta, a każde z nich nuciły inny ton prosto jego w brzuch, sutki i czoło. Zaryzykował szybkie spojrzenie i zszokowało go, gdy zobaczył wokół siebie tłum kapłanek, kobiet, mężczyzn i osób niebinarnych. Zmroziło go, ale kołysanie trwało.
– Odpręż się – powiedział głęboki męski głos. – Nie bój się przyjemności, jaką mogą sobie sprawić bracia i inni. Weź głęboki oddech i pozbądź się swoich lęków.
Wziął oddech. Kołysanie i nucenie powróciło.
– Pozwól nam zadbać o ciebie i tym samym oddać ci cześć – szepnęła mu do ucha rudowłosa kobieta. – Wielbimy ukrytego w tobie żywego boga. Pozwól nam cię kołysać i kąpać, jak matka kąpie dziecko.
Nie pamiętał swojej matki. Wątpił, żeby kiedykolwiek kąpała go w czymś innym niż tylko w wiaderku w celi. A może jednak kochała go na swój sposób, tak jak dziewczyny z celi kochają swoje dzieci. Może płakała, kiedy go zabierali, przecież słyszał płacz wielu. Nagle wydało mu się to smutne, bardzo smutne. Z jego oczu zaczęły płynąć łzy. Łzy, których nigdy wcześniej nie wypłakał. To nucenie i głaskanie usunęło w nim jakąś zaporę, a on z trudem łapał oddech i pośród szlochań i łkań wykrzykiwał cały ból, jakiego nigdy wcześniej nie był w stanie poczuć.
– Dobry chłopiec, odważny chłopiec – zaintonowała kapłanka. – Wypuść to. Odpuść. Pozwól smutkowi odpłynąć, bo jeśli go powstrzymasz, zablokuje przyjemność. Oddychaj.”
CDN
Cyt. za: Starhawk, City of refuge, San Francisco 2016, s. 63-66, tłumaczenie własne