dział: książki

Wojny reprodukcyjne - fragment

dodano: 2011.10.18
Rozpętała się globalna wojna o to, kto kontroluje płodność kobiet i, szerzej, same kobiety. Oto temat tej książki – globalna wojna o prawa reprodukcyjne. Ta opowieść dotyczy nie tylko aborcji, choć aborcja jest jej punktem krytycznym. To raczej historia o tym, jak potężne międzynarodowe siły wpływają na prawa kobiet, i na odwrót – w jaki sposób prawa kobiet zdecydują o kształcie przyszłości.

Od autorki


Ta książka jest owocem zarówno pracy reporterskiej, jak i poszukiwań archiwalnych. Często gdy przeprowadzałam wywiad z jakąś osobą, niekiedy wielokrotnie, uzupełniałam potem to, co on lub ona mi powiedzieli, informacjami zaczerpniętymi z relacji ustnych, doniesień i artykułów prasowych oraz książek. Wszystkie przytoczone źródła wtórne oznaczyłam przypisami, natomiast to, co sama zobaczyłam lub usłyszałam – nie.


- Michelle Goldberg



Globalna wojna o prawa reprodukcyjne


Eunice Brookman-Amissah, była minister zdrowia Ghany, mówi, że śmierć nastoletniej pacjentki Aminy stała się dla niej początkiem drogi do Damaszku. Jako pasierbica anglikańskiego biskupa Brookman-Amissah została wychowana w sposób bardzo konserwatywny. Zdając na akademię medyczną, nadal wyznawała tradycyjne wartości. W szpitalu w Akrze, stolicy Ghany, gdzie uczyła się w późnych latach 60., młode kobiety, które trafiły tam po nieprawidłowo wykonanych aborcjach, umieszczano w miejscu zwanym Chenard Ward. Każdego dnia przybywało ich co najmniej dziesięć. „Trzymano je tam, brudne, krwawiące, gorączkujące, aż obsłużono wszystkich innych pacjentów – wtedy przychodził czas na czyszczenie – opowiada Brookman-Amissah. Trzymano je na podłodze. Nawet jeśli były wolne łóżka, te kobiety zawsze umieszczano na podłodze. Ludzie potykali się o nie, obrażali je, wyzywali – tak strasznie to wyglądało!”.


W tamtych latach Brookman-Amissah nie była szczególnie oburzona podobnym postępowaniem. „Wychowano nas w przekonaniu, że kobiety, które poddały się aborcji, są przestępczyniami. To były złe kobiety. Społeczne męty”.


Po ukończeniu studiów Brookman-Amissah rozpoczęła prywatną praktykę. Opiekowała się też biedną muzułmańską rodziną z sąsiedztwa. Ich córka, Amina, była wyjątkowo bystra. „Jej rodzice byli niepiśmienni, ale ona chodziła do szkoły” – opowiada Brookman-Amissah. Amina nazywała ją „ciocią lekarką”. Lubiła spędzać czas w jej klinice i rozmawiać z pielęgniarkami – mówiła, że sama zostanie pielęgniarką.


W 1992 roku, pewnego piątku, czternastoletnia wówczas Amina przyszła do kliniki. Brookman-Amissah pamięta, że była wzburzona i zapłakana. Powiedziała, że mężczyzna z osiedla dał jej pieniądze, żeby zapłaciła lekarce za przywrócenie miesiączki. „Moją pierwszą reakcją było oburzenie – wspomina Brookman-Amissah.

Amina, jak śmiesz mi mówić o czymś takim? Nie wiesz, że nie robimy tutaj takich rzeczy? Niedobra dziewczyno!” – i tak dalej. Lekarka poleciła Aminie, żeby w poniedziałek zaprosiła swoją matkę do kliniki na rozmowę. „Nadal pamiętam wyraz jej oczu” – mówi.


Ale w poniedziałek nikt nie przyszedł. Ani we wtorek. We środę usłyszała na ulicy bębnienie i zgiełk. Pielęgniarka powiedziała Brookman-Amissah, co się dzieje: „Pani doktor, to Amina. Idą ją pogrzebać”. Mężczyzna, z którym zaszła w ciążę, zabrał ją w weekend na aborcję, a zabieg ją zabił. Brookman-Amissah pamięta, że pomyślała: „Czy Amina naprawdę była zbrodniarką? Może to ja jestem zbrodniarką. Może to ten mężczyzna, starszy od niej, jest zbrodniarzem. Całe społeczeństwo jest odpowiedzialne za śmierć niewinnej młodej dziewczyny, która nie wiedziała nawet, co się z nią dzieje”.


Brookman-Amissah zaczęła zmieniać pogląd na sprawę przerywania ciąży. Zaangażowała się w szkolenie lekarzy, by otaczali kobiety po aborcji bardziej humanitarną opieką, a w końcu stała się ghańską przedstawicielką Ipas, międzynarodowej organizacji działającej na rzecz bezpiecznej aborcji, z siedzibą w Chapel Hill w Północnej Karolinie. Ipas rozprowadza na całym świecie podręczne zestawy do przerywania ciąży, których używa się również do leczenia kobiet po źle wykonanych nielegalnych aborcjach. Brookman-Amissah miała w zwyczaju godzinami przesiadywać przed wejściem do biur ministerstwa zdrowia, próbując rozdawać zestawy i bezpłatnie uczyć posługiwania się nimi. „Nazywali mnie panią od aborcji” – powiedziała.


A jednak, chociaż aborcja nadal była nielegalna, atmosfera w środowiskach elit się zmieniała. Brookman-Amissah pamięta, że kiedy proponowała wprowadzenie programów leczenia powikłań po niebezpiecznych aborcjach, kobieta zajmująca stanowisko ministra do spraw zdrowia reprodukcyjnego się wahała. W 1994 roku urzędniczka ta udała się na przełomową konferencję ONZ w Kairze, podczas której, ku rozgoryczeniu międzynarodowej sieci religijnych fundamentalistów, przywódcy większości krajów świata zobowiązali się do działania na rzecz praw reprodukcyjnych i zdrowia reprodukcyjnego. Wróciła z konferencji, ściskając w rękach oficjalny program działania, który ponaglał wszystkie kraje „do zapobiegania skutkom niebezpiecznych aborcji, będących ogromnym problemem zdrowia publicznego, i do zmniejszenia liczby aborcji poprzez rozwinięcie i ulepszenie usług planowania rodziny”.


Wkrótce Ipas i ghański rząd zaczęły wspólnie pracować nad programem szkolenia dla położnych, które miały pomagać kobietom z komplikacjami po nielegalnych aborcjach. Wtedy, w 1996 roku, Brookman-Amissah została ministrem zdrowia. Później była ambasadorką Ghany w Holandii, nim znów wróciła do Ipas jako wiceprezeska organizacji na całą Afrykę. Aborcja w jej kraju pozostaje nielegalna, ale rząd próbuje edukować pracowników służby zdrowia i wymiaru sprawiedliwości, przypominając im, że przerwanie ciąży jest dozwolone w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety.


Promocja bezpiecznej aborcji w Afryce to ogromne przedsięwzięcie. Ze względu na prawne pozostałości po kolonialnych konstytucjach dostęp do zabiegu jest poważnie

ograniczony w większości krajów Afryki subsaharyjskiej.


Według Światowej Organizacji Zdrowia z 42 milionów aborcji wykonywanych na świecie każdego roku 20 milionów to aborcje niebezpieczne, a nigdzie na świecie nie są one tak ryzykowne jak w Afryce. Nieprawidłowo przeprowadzone aborcje są przyczyną śmierci 36 tysięcy Afrykanek rocznie. Liczba ta stanowi ponad połowę wszystkich zgonów z powodu powikłań po aborcji, które mają miejsce na świecie. Łączna liczba takich zgonów szacowana jest na od 65 do 70 tysięcy przypadków rocznie1.


Na świecie – według danych Światowej Organizacji Zdrowia – komplikacje po niebezpiecznych aborcjach są przyczyną 13% zgonów związanych z ciążą i jednej piątej wszystkich „zgonów i problemów zdrowotnych związanych z ciążą i porodem”. U 24 milionów kobiet nieprofesjonalnie wykonane zabiegi powodują niepłodność, która jest szczególnie dotkliwym ciosem dla mieszkanek tych części świata, gdzie bezdzietne kobiety są lżone i poniżane. I znów największą ofiarę ponosi Afryka2.


Problem niebezpiecznych aborcji narastał na skutek niedoboru środków antykoncepcyjnych, związanego z polityką USA niechętną kontroli urodzin, i wyczerpywania się skromnych funduszy, przeznaczonych na walkę z HIV. W latach 1995–2003 wysokość międzynarodowej pomocy finansowej wyasygnowanej na planowanie rodziny w krajach rozwijających się zmniejszyła się z 560 milionów dolarów do 460 milionów dolarów, co szczególnie mocno uderzyło w Afrykę. Jak donosi Światowa Organizacja Zdrowia, w Kenii w latach 1998–2003 odsetek urodzeń dzieci, określonych przez matki jako „niechciane”, niemal się podwoił, wzrastając z 11 do 21%3.


Ale droga do reform jest trudna nie tylko ze względu na skalę problemu niebezpiecznych aborcji i niedostateczną dostępność metod planowania rodziny. Kulturowy konserwatyzm zakorzenił się silnie w całej Afryce, podobnie zresztą jak w większości innych regionów świata, w których panuje bieda. Przeżywające obecnie rozkwit ruchy religijne, zarówno chrześcijańskie, jak i muzułmańskie, prześcigają się w krytyce „destabilizującego”, zachodniego libertynizmu. (Podczas amerykańskiej kampanii prezydenckiej w 2008 roku ghański artysta Blakk Rasta nagrał popularną piosenkę „Barack Obama”, która sławiła kandydata, choć jednocześnie przepowiadała, że Ameryka zostanie osądzona za „legalizację aborcji”4).


Kościoły globalnego Południa „wykazują generalnie znacznie większą łatwość w nauczaniu o tradycyjnej roli kobiet, niż ich północni sąsiedzi” – napisał badacz religii Philip Jenkins w książce The Next Christendom: The Coming of Global Christianity (Nowe królestwo: nadejście globalnego chrześcijaństwa). „To stwierdzenie wydaje się szczególnie trafne w przypadku większości krajów Afryki, w których idee muzułmańskie mają ogromny wpływ na kulturę. Choć chrześcijanie nie akceptują muzułmańskich obyczajów w tej i w żadnej innej kwestii, przyswajają jednak konserwatyzm, właściwy całej społeczności”5.


Konkretne kombinacje religijnego układu sił są różne w różnych częściach świata, ale związek praw kobiet z globalizacją i westernizacją oraz, współwystępujące z nim, pragnienie ograniczenia tych praw w imię kulturowej lub państwowej integralności zdają się niemal uniwersalne. Amerykańscy republikanie, zarówno w Kongresie, jak i w Białym Domu, starali się wzmocnić ten konserwatywny nurt poprzez odcięcie od pomocy finansowej wszystkich organizacji, których działalność, choćby pośrednio, dotyczy aborcji, poprzez przyznawanie funduszy grupom religijnym i używanie amerykańskich sił dyplomatycznych w celu osłabiania międzynarodowych działań na rzecz praw reprodukcyjnych.


Jak powiedziała mi Brookman-Amissah, amerykańskie naciski antyaborcyjne „nasilały się przez lata. Zaczęło się od tego, że [amerykańscy przeciwnicy aborcji] sprzeciwiali się dyrektywom opracowanym podczas konferencji w Kairze, szczególnie pojęciom zdrowia reprodukcyjnego i praw reprodukcyjnych – wyrażeń, które wywołują u nich alergię. Ich fanatyzm w sprawie aborcji, zagrażający kobietom także w twoim kraju, przeniósł się na arenę międzynarodową”. Fakt, że religijni tradycjonaliści z krajów rozwijających się otrzymują pomoc od grup z zagranicy – czy będzie to Arabia Saudyjska, amerykańscy ewangelicy czy Watykan – nie przeszkadza im potępiać feministek i działaczy na rzecz planowania rodziny jako agentów zachodniego imperializmu kulturowego. Jednocześnie działaczki praw kobiet, takie jak Brookman-Amissah, wykorzystują jako bazę swojej działalności międzynarodowe organizacje pozarządowe, a uzasadnienie swoich dążeń znajdują w dokumentach ONZ i innych instytucji międzynarodowych.


Rozpętała się globalna wojna o to, kto kontroluje płodność kobiet i, szerzej, same kobiety. Oto temat tej książki – globalna wojna o prawa reprodukcyjne.


Opisane tu wydarzenia rozegrały się na czterech kontynentach w ciągu pięciu dekad. Składają się na wieloaspektowy konflikt: najważniejszy, a jednocześnie najsłabiej

opisany spór naszych czasów.


Na całym świecie kobiece ciała stają się areną zmagań tradycji i nowoczesności. Globalizacja stanowi wyzwanie dla tradycyjnych układów społecznych. Prowadzi do zakłócenia stabilności ekonomicznej i wejścia kobiet na rynek pracy. Do najbardziej nawet odizolowanych wiosek zaczynają docierać atrakcyjne obrazy zachodniego indywidualizmu, które popychają coraz więcej ludzi do migrowania do gwałtownie rosnących miast. Wszystkie te zjawiska pobudzają konserwatywny backlash*: prawicowcy obiecują niepewnym, zdezorientowanym ludziom, że opanują chaos, jeśli tylko przywrócony zostanie stary porządek płci. Tymczasem podporządkowanie kobiet jedynie pogarsza sytuację, pociągając za sobą problemy demograficzne, ekonomiczne i w zakresie zdrowia publicznego.


Ta opowieść dotyczy nie tylko aborcji, choć aborcja jest jej punktem krytycznym. To raczej historia o tym, jak potężne międzynarodowe siły wpływają na prawa kobiet, i na odwrót – w jaki sposób prawa kobiet zdecydują o kształcie przyszłości.


* Ang. odwet, sprzeciw, reakcja, podmuch powrotny. Określenie to nawiązuje do słynnej książki Susan Faludi Backlash. The Undeclared War Against American Women (Backlash. Niewypowiedziana wojna przeciwko Amerykankom) z 1991 roku, w której autorka dowodzi, że w latach 80. przez Stany Zjednoczone przetoczyła się, napędzana przez media, fala krytyki osiągnięć feminizmu amerykańskiego poprzedniej dekady. Faludi twierdzi, że ruch wyzwolenia kobiet przedstawia się jako źródło wielu problemów, rzekomo nękających kobiety, i argumentuje, że wiele z tych problemów to bolączki iluzoryczne, sfabrykowane przez media, bez wiarygodnych dowodów (przyp. Tłum).


 

komentuj









































autor:


komentarze: (1 - 3)

czytaj wszystkie komentarze:  »
# 12011.10.19, 08:54

Voca
Wspaniała książka! Polecam wszystkim. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że nasze ciała, a szczególnie macice - to teraz działań wojennych. Kiedy czytałam tę książkę, byłam wściekła. Ale przy okazji - otworzyły mi się oczy. Tutaj do przeczytania kawałek wstępu. Dobrze wprowadza w temat. Jeszcze raz gorąco polecam!
# 22011.10.19, 10:38

Gunia
Kurcze, zawsze gdzieś to przeczuwałam. Że to nie o miłość do słodkich bobasków chodzi, a o władzę i pieniądze. Kiedyś miłosierne Stany chciały ograniczyć ludzką nędzę, ale teraz produkcję przenosi się do trzeciego świata, a ludzką nędzę najłatwiej skłonić do pracy do umarłego na żadne pieniądze, więc im jej więcej, tym koszty produkcji niższe.

Ale dlaczego Polska jest tutaj traktowana jak państwo trzeciego świata? Dlaczego ONZ nie naciska na zmianę prawa aborcyjnego w Polsce i edukację seksualną na europejskim poziomie? Czy Polskę też spisano na straty, jako państwo już na zawsze biedne i wykorzystywane? To po co nas przyjmować do Unii i w końcu, komu służa nasi kochani politycy?
# 32011.10.19, 11:23

Voca
I to są właśnie te pytania. :) Gunia, w tej ksiażce jest też rozdział o Polsce. Przeczytaj i wyrób sobie zdanie. :) Myślę, że przez internet da się książkę zamówić wszędzie. :)

Słodkie bobaski to ładna ściema. Słodkie bobaski nikogo nie obchodzą, gdy tylko się urodzą. Gdyby ochodziły, to mielibyśmy politykę prorodzinną, a nie zakaz aborcji.

podobne artykuły

Aborcja była moją najlepszą życiową decyzją
Ciąża nie była wynikiem gwałtu, nie była zagrożona. Ale czuję, że zagrażała mi. Wiem, że moje życie by się całkowicie rozsypało, ja bym się rozsypała, wszystko, o co tak długo walczyłam, też by się rozsypało. W tamtym okresie byłabym naprawdę złą, nieradzącą sobie z dzieckiem i prawdopodobnie niekochającą matką z depresją.
 
Moja ciąża to moja sprawa i żaden chłop nie będzie mi nic kazał
Nie widziałam nigdy w tamtej poczekalni kobiet, których ciąża była wynikiem „rozrywkowego” stylu życia.
 
Natalia Przybysz o aborcji
Chciałabym, żeby kobiety przemówiły swoim głosem. Żeby zaczęły mówić o tym doświadczeniu. Tak jak w latach 60. przemówiły Amerykanki. A potem w latach 70. Francuzki. To doświadczenie istnieje, jest częścią kobiecego życia. To indywidualna sprawa i każda kobieta powinna móc zadecydować o tym sama – czy chce urodzić, czy nie. A to, jak do tego potem podchodzimy, czy to był problem, czy nie, to też nasza sprawa – jakie ceremonie będziemy chciały odprawiać, by sobie z tym poradzić. To nie sprawa mężczyzn w rządzie i w Kościele.
 
„Zdążę wyjąć”, czyli o tym, że ciąża nie bierze się z masturbacji
Założę się, że gdyby mężczyźni – zamiast ciążowego brzucha – mieli np. status na fejsie typu „Adam jest w ciąży z Basią” (i ciekawe co na to jego żona), to „nielubienie prezerwatyw” nie byłoby tak popularne, a metoda „zdążę wyjąć” przyprawiałaby o palpitacje serca i nieprzespane noce nie tylko „rozhisteryzowane” kobiety. Sądzę też, że szybko okazałoby się, że prawo do aborcji Polsce nagle postrzegane jest jako prawo człowieka, a nie „mordowanie niewiniątek”, bo nagle stałoby się potrzebne mężczyznom.
 
Ceremonia szacunku dla kobiet, które miały aborcję
Jeśli ktoś jest permanentnie na polu walki, jeśli czerpie z tego wielką satysfakcję, to jego język, będąc projekcją takiego sposobu postrzegania rzeczywistości, pełen będzie słów takich, jak „morderczynie”, czy „zabójczynie”, bo przecież wiadomo, że pole walki służy zabijaniu.
 

najnowsze artykuły

Czy ma być do lizania, czy gryzienia? Gastroseksualna
seksualność kobiet » tożsamości
Czy ma być do lizania, czy gryzienia? Gastroseksualna
Czy gotowanie dla kobiety to obowiązek i codzienność, a dla faceta to rytuał uwodzenia?
Nie zgadzam się! Kocham gotować i jestem gastroseksualna.
 
Sylwestrowe fajerwerki, czyli orgazmy, ejakulacja i nie tylko
seksualność kobiet » seks
Sylwestrowe fajerwerki, czyli orgazmy, ejakulacja i nie tylko
Nie wyglądam, jak idealna, seksowna kobieta według mediów i magazynów mody, a w Sylwestra tego roku przeżyłam seks, o jakim nawet nie śniłam.
 
Zabawa w ujawnianie sekretów - rozstrzygnięcie
seksualność kobiet » wiadomości
Zabawa w ujawnianie sekretów - rozstrzygnięcie
komentarze (1)
”Znów jestem spóźniona”. Znacie to zdanie? Z czym Wam się kojarzy? Z seksem w tle to jest tylko jedna okoliczność. Dziś jednak nie o nią chodzi, ale o dzień spóźnione rozstrzygnięcie naszej zabawy. Ale lepiej późno niż wcale. Dziękuję za Waszą cierpliwość!
 
Lubię seks ze sobą!
seksualność kobiet » masturbacja
Lubię seks ze sobą!
Czy do dobrego seksu potrzebuję kogoś? Czy ktoś najpierw musi dotknąć mnie, bym ja wiedziała, jak dotykać siebie?
Czy odwrotnie - to ja badam i sprawdzam, i potem kieruję czyjąś dłoń, lub pozwalam sprawdzać jemu?
 
Podnieca mnie on cały
seksualność kobiet » opowiadania
Podnieca mnie on cały
Serce bije mi w rytm kroków, gdy prowadzę go na górę do mojego mieszkania, aby tam móc z nim pobyć.
 









zobacz też

„Przecież walczyliśmy o równouprawnienie” - seksualność Polki w czasach stalinizmu cz. 3

Sonda

Jestem
  • Kobietą
  • Mężczyzną
  • Inne

zobacz wyniki »
subskrybuj nasz newsletter