dział: aborcja

Usunęłam ciążę

Theo
dodano: 2016.09.27
Przerwałam ciążę. I nie mam traumy. A nawet wyrzutów sumienia. Nie jestem nastolatką, ani nikt mnie nie zgwałcił.

ciaza-zachod-slonca-2.jpg


Słowo wstępne


Drogi czytelniku/czytelniczko, poniższa historia to tylko moja historia, nie wyciągam z niej uniwersalnych wniosków. Napisałam ją i dzielę się nią z tobą tylko po to, byś poznał/a moją historię i mój punkt widzenia. I, jak ja nie wnioskuję na podstawie własnego doświadczenia o całej reszcie świata, tak ciebie proszę, byś się powstrzymał/a od osądu, ale nie od refleksji.


***


Przerwałam ciążę. I nie mam traumy. A nawet wyrzutów sumienia. Nie jestem nastolatką, ani nikt mnie nie zgwałcił. Nie jestem podporządkowaną i tłamszoną przez patologicznego męża kobietą. Umiem czytać i doskonale znam zasady antykoncepcji. Nie kwalifikuję się też do kategorii najbiedniejszych. Zapewne puszczalska jestem, a na pewno tak by mnie osądzili dewoci płci obojga i seksistowscy hipokryci. Bo kocham seks, najlepiej spontaniczny i radosny. W dodatku jestem matką, spełnioną, trzykrotną i dojrzałą emocjonalnie oraz metrykalnie.


Tamtego dnia zaszłam w ciążę, bo zachód słońca nad górami miał urok nieodparty, a butelki różowego wina nie dało się zachować na następny dzień. Pech chciał, że akurat burza hormonalna towarzysząca owulacji sprawiła, że nie byłam po prostu w stanie oprzeć się czarowi chwili, a o tych kilka kropel wina za dużo poluzowało mi hamulce czujności i kontroli. Była więc kolacja z zachodem słońca w rozmiarze XXL, naturalnym, bo w plenerze, był dobrostan ciała i duszy taki, że ochota poszerzenia tegoż dobrostanu okazała się silniejsza niż rozsądek. Był zatem seks namiętny i intensywny gdzie popadnie – między resztkami kolacji, na stojąco i na masce samochodu. I chciałam do końca. I tak też się stało.


ciaza-zachod-slonca.jpg


Ja, która moje nastoletnie dzieci przykładnie i bez tabu wyedukowałam w temacie seksu we wszystkich aspektach: odpowiedzialności za swoje ciało i za drugą osobę, szacunku do siebie i innych, a wreszcie przyjemności bez ryzyka, a nade wszystko antykoncepcji (wałkowałam to z dziećmi jak inne matki wałkują tabliczkę mnożenia ze swoimi trzecioklasistami, do znudzenia), ja czterdziestolatka, ja szefowa firmy, zaszłam w ciążę z powodu zachodu słońca i błogości chwili! Takie były okoliczności bezpośrednie zajścia.


Nieco szersze okoliczności natomiast były takie, że moje dzieci były już prawie dorosłe, a ja wreszcie mogłam zacząć planować więcej zawodowo i osobiście. Właśnie rozstałam się z ich ojcem (nie, też nie patologia i trauma, po prostu drogi się nam rozeszły po latach i tyle), stanowisko pracy miałam bardziej wymagające niż kiedykolwiek, a i apetyt na ambitne projekty osobiste ogromny. Wreszcie, last but not least, na mojej drodze stanął fascynujący mężczyzna (oj, bardzo stanął i to wiele razy, szczególnie w początkowej fazie znajomości!). Oczywista, że to nie był czas na kolejne macierzyństwo.


Jednak ciąża się zdarzyła, co też wkrótce dwie kreski na teście wykazały bezlitośnie. Nie było łez tym razem, jak przy trzecim, Beniaminku nieplanowanym i urodzonym w okolicznościach rozwodowych. Tamta historia skończyła się pozytywnie i kocham to najmłodsze dziecko jak wariatka, ale wtedy nie miałam nawet przez chwilę tego twardego poczucia, jakiego doświadczyłam tym razem. Bowiem tym razem zdecydowanie nie chciałam więcej dzieci. Nie i koniec. Byłam raczej wkurzona na siebie za ten moment chaosu, za utratę kontroli z powodu zachodu słońca. Zła na siebie, ale bez cienia wątpliwości: chciałam przerwać.


Tutaj muszę wtrącić dłuższą dygresję, podjąć próbę wyłuszczenia, jak odczuwałam siebie i moje ciąże, moje ciało i ciała moich dzieci we mnie. I dlaczego nie ma najmniejszej sprzeczności między moją miłością do dzieci, które chciałam, albo które się przydarzyły nieplanowane, jak Benio, a tym twardym: „tego dziecka już nie chcę”. Bo nie ma w tym żadnej sprzeczności.


Jako kobieta, która była w ciąży pięć razy („trzy ciąże donoszone, jedno poronienie, jedna aborcja” – tak zapisał w karcie ginekolog), mam pełny ogląd na reprodukcję i jej aspekty psychofizyczne. Jak nie ja, to kto? No chyba nie ci, którzy nie tylko dzieci nigdy nie mieli, ale w dodatku nie są w stanie w zdrowy sposób korzystać ze swojej seksualności. Mam zatem ogląd, a i refleksję, i wrażliwość. Mam też uważny kontakt ze swoim ciałem. Nie tylko wiem, kiedy owuluję, a kiedy zbliża się okres, choć to już jest niezły wyczyn, biorąc pod uwagę, w jakim stopniu w naszej kulturze kobiety są odcięte od czucia ciała. Ja mam dodatkowo coś, co można nazwać inteligencją cielesną, na kształt inteligencji emocjonalnej czy intuicyjnej, ja gadam z moimi hormonami i oswoiłam czerwone krwinki. Dzięki temu prawie nie choruję, a jak zachoruję, to zwykle udaje mi się wyleczyć samej. Choć doceniam pomoc lekarzy, kiedy wydarza się coś, co mnie przerasta. Zatem w ciążach było podobnie. Byłam bardzo wyczulona na to, co się we mnie działo, śledziłam uważnie subtelne zmiany, te odczuwalne fizycznie jak i te trudne do opisania i zdefiniowania. Mogłabym napisać o tym książkę, tym bardziej, że w każdej ciąży wyglądało to nieco inaczej. W każdym razie doskonale pamiętam, że do pewnego momentu ciąży nie czułam, by było nas dwoje. Ciąża była moim ciałem, jeszcze nie dzieckiem, bardziej potencjałem czegoś, czemu to ja nadawałam dalszy kształt. Oczywiście, przy wydatnym udziale mocy wyższych, bo na swój sposób jestem wierząca, choć nie trawię religii oraz zhierarchizowanej i zinstytucjonalizowanej religijności. Nadawałam zatem kierunek temu potencjałowi, dbając o zdrowie, snując plany związane z macierzyństwem, układając rzeczywistość zewnętrzną tak, by sprzyjała przyjęciu nowego człowieka na ten świat. Ale wciąż, do około szesnastego-siedemnastego tygodnia ciąża była mną, a nie odrębną istotą. Czekałam z radością na moment, kiedy się dzieckiem objawi. Gdy się to wydarzyło, byłam szczęśliwa i wzruszona. Dziecko zaczęło być gościem w moim brzuchu, kimś odrębnym, moim dzieckiem. I tak to czułam w trzech ciążach, choć każda była inna, inne towarzyszyły im emocje i inne były ich okoliczności. Kolejnym ważnym momentem do zrozumienia, dlaczego miłość macierzyńska nie kłóci się w moim przypadku z decyzją o przerwaniu ciąży, było poronienie. Po urodzeniu Benia, niecałe półtora roku, nagle w pracy dostałam bolesnych skurczów i krwotoku. Miesiączki miałam wtedy nieregularne (stres!), dlatego ponad dwa miesiące bez okresu mnie nie zaalarmowały wystarczająco. Poza tym byłam ostrożna. Ale za mało, jak się okazało, bo zaszłam w ciążę, którą poroniłam, zanim zdążyłam się zorientować, co i jak. Wtedy to zdumiało mnie pozytywnie, że nie tylko nie przeżyłam traumy, ale wręcz poczułam ULGĘ, że ta ciąża się nie wydarzyła, bo nie miałam kompletnie przestrzeni na kolejne dziecko. Oczywiście, gdyby miała to być ciąża wyczekiwana i upragniona, mój punkt widzenia byłby kompletnie inny. Ale był taki właśnie i poczułam ulgę. Wtedy też po raz pierwszy dotarło do mojej świadomości, jak odczuwałam tę jedność i następnie odrębność moich dzieci we mnie i że to, co poroniłam nie było i nie mogło być dla mnie jeszcze „dzieckiem”. Było ciążą, którą poroniłam, z ulgą, jak się okazało. Ciążą, nie dzieckiem. Zjawiskiem zachodzącym w moim ciele, nie dzieckiem. To dlatego, kiedy przyszła godzina decyzji, co zrobić z tą ciążą, która przytrafiła mi się po pewnym upojnym wieczorze w fantastycznych okolicznościach przyrody, nie miałam cienia wątpliwości – ta ciąża jest kawałkiem mnie i ja mogę zdecydować, co z tym kawałkiem zrobię. To nie było jeszcze moje dziecko. Gdybym zdecydowała inaczej, około szesnastego tygodnia poczułabym, że moje dziecko stało się odrębną ode mnie istotą i kochałabym je, zrobiła mu miejsce na świecie, zaprosiła do rzeczywistości poza brzuchem. Tyle, że ja tego nie chciałam i zdecydowałam się usunąć ciążę. Tak, ciążę, nie dziecko, nie płód nawet, tylko ciążę, która nie miała się wydarzyć.


przerwalam-ciaze-1.jpgprzerwalam-ciaze-2.jpg


(Tutaj, drogi czytelniku i czytelniczko, osądzisz, co będziesz miał/a chęć, a mnie to raczej niewiele obejdzie, bo to, co znam i rozumiem, to ja i moje ciało i nikt nie może tego podważyć ani zanegować. Nikt, nawet ty.)


Samo przerwanie ciąży odbyło się w warunkach, których życzę każdej kobiecie chcącej to zrobić: procedura była szybka, jak to w sytuacji, gdy liczy się czas, ale nie pobieżna. System sprawdził, skonsultował, zaproponował spotkanie z psychologiem, zadbał o mój czas na refleksję, był rozumiejący i dyskretny. Lekarz z łatwością ocenił, że ma przed sobą osobę samostanowiącą o sobie i świadomą, oraz jej partnera, równie świadomego, zrozumiał, że ci dwoje, to znaczy my, są w pełni władz, żeby o swoim życiu decydować. Potem wzięłam dwie pigułki w pewnym odstępie czasu i poroniłam bez większych dolegliwości fizycznych (były porównywalne do średnio bolesnej miesiączki). Emocje, które temu towarzyszyły to trochę złości na siebie (za moment chaosu) i mnóstwo wdzięczności za możliwość decydowania o tym, czy będę miała, czy nie, czwarte dziecko po czterdziestce, w nowym, jeszcze nie ugruntowanym, choć obiecującym związku, mając trudną i absorbującą pracę i zupełnie inne plany na kolejne lata. Wdzięczność za to, że nie musiałam borykać się z tym tematem w Polsce, bo mój partner pochodzi z kraju, gdzie kobieta ma prawo decydować, a system opieki medycznej ma obowiązek zadbać o jej dobrostan i ją chronić i tej misji się trzyma konsekwentnie.


***


Epilog


Od tamtego dnia minęło kilka lat. Dzieci poszły w świat i mają się świetnie. Beniaminek niebawem wyprawi osiemnastkę i też pewnie poleci w swoją stronę, mój związek z fascynującym mężczyzną od zachodów słońca ma się jak najlepiej i kwitnie, moje życie zawodowe jest nadal bardzo intensywne i momentami trudne, ale to mój wybór i w każdej chwili mogę dokonać innego. A ponadto zamieszkałam na stałe w kraju, gdzie system chroni mnie zamiast prześladować. A, i ostatnio na własne życzenie pożegnałam swoją płodność na stałe, żeby już więcej moment chaosu mi się nie przytrafił. System mnie wysłuchał, dał czas na refleksję, po czym w przyjemnej atmosferze przeprowadził prosty zabieg, po którym wzniosłam toast szampanem na cześć wolnego wyboru i radosnego seksu bez stresu i bez ograniczeń. Bo ja najbardziej lubię w czasie owulacji i zamierzam jeszcze się trochę tą przyjemnością nacieszyć, aż do menopauzy.

Theo


Artykuł ukazał się w ramach naszej zabawy - Seks i szczerość. Ty też możesz wziąć w niej udział! Kliknij tutaj! 

 

komentuj









































autor:


komentarze: (1 - 10)

czytaj wszystkie komentarze:  »
# 12016.09.27, 12:29

maga
To jest smutne jak cholera. Tragiczne.
# 22016.09.27, 12:45

eLeM
Piękny i świadomy tekst.
Też zauważam u siebie moment owulacji, czuje że się zbliża i wiem kiedy mam po nim dni niepłodne. I kocham seks! :) Więcej takich opowieści poproszę :)

PS: maga, czemu to jest wg Ciebie smutne i tragiczne?
# 32016.09.27, 13:41

Gordon
A w którym kraju dokonałaś aborcji i w której klinice, jeśli można zapytać ?
# 42016.09.27, 15:10

Liv
Maga, to smutne, co Ci się przydarzyło. Też miałam różne problemy z zajściem w ciążę i poronienia i wiem, jak to boli. Trzeba jednak zaakceptować, że ten temat leży w strefie "pomiędzy" - dla jednych życie jest od zapłodnienia, ale dla wielu nie. I stąd ten rozdźwięk między ludźmi, którzy mają różne podejście do aborcji. W wielu tematach jesteśmy mniej więcej wszyscy zgodni,a w tym jakoś nie. Tak jak na przykład w temacie narkotyków (zabraniać, legalizować?). To są sfery "na obrzeżu" moralności i według mnie w tych sferach ludzie powinni decydować według własnego sumienia. Świat czarno-biały nie jest, a już prawo to składa się ze wszystkich odcieni szarości :)
# 52016.09.27, 15:15

Voca
Wszystkie teksty o "zabijaniu dzieci" będą kasowane.
# 62016.09.27, 15:49

niki
"Wdzięczność za to, że nie musiałam borykać się z tym tematem w Polsce,"
A w Polsce już się gdzieś da?
Bo w/g GUS w 2015 w Polsce było 5 751 670 kobiet w wieku pomiędzy 20 a 39 lat (za Wikipedia stan na 30. 06. 2015)
wszystkich na wyjazd zagraniczny nie stać.
Można by opublikować listę choćby prywatnych szpitali czy klinik w których lekarze są "ludzcy".
A jak nie to namiary na placówki zagraniczne, oby blisko granicy.

Przydała by się taka lista zweryfikowanych lokalizacji a kompetencji paniom redaktorkom nie brakuje.
# 72016.09.27, 18:03

maga
Droga Voco,
bardzo Cię szanuję, ale skasowanie mojego wpisu było naprawdę nie fair. Wyraziłam w nim tylko swoją opinię, tak samo jak autorka tekstu wyraziła w nim swoją. Nie odniosłam się do niej z nienawiścią, jej punkt widzenia mnie po prostu. . . zmartwił. I w ogóle skoro na tym portalu można uważać, że aborcja jest w porządku, to dlaczego nie można uważać, że jest czymś złym?
Czy mogłabyś uzasadnić dlaczego skasowałaś mój komentarz? Dlaczego sformułowanie, którego użyłam tak Cię zraziło? (Wybacz, ale aż zżera mnie ciekawość, żeby poznać Twoją wersję. )
# 82016.09.28, 06:26

Voca
Wszystkie teksty o "zabijaniu dzieci" będą kasowane.
# 92016.09.28, 06:33

Voca
Nie ma tu przestrzeni na nazywanie kobiet morderczyniami, a przerwania ciąży morderstwem. To nie są żadne opinie, to pomówienia.

Nie da się rozmawiać o przerywaniu ciąży w wielu miejscach i domach w tym kraju, tutaj można, bo jest na to przestrzeń, tutaj różne osoby mogą szczerze o sobie opowiedzieć, o sobie i swoich doświadczeniach. Jeśli nie widzisz, że używanie takiej kościelnej nowomowy szkodzi, Twój problem. Jeśli dla Ciebie ważniejsze jest rzucenie kamieniem, niż wysłuchanie człowieka, Twój problem. Jeśli nie widzisz, do czego to prowadzi, Twój problem. Ja kasuję i tyle.
# 102016.09.28, 09:59

poznaniak123
Witam, jestem facetem i też chciałbym podzielić się kilkoma uwagami;
- nie wiem kiedy zaczyna się życie ale jestem za ochroną życia od początku do końca,
- jestem też za odpowiedzialną seksualnością kobiet i mężczyzn, to znaczy za przemyślaną antykoncepcją obojga partnerów bo każdy stosunek seksualny może zakończyć się ciążą. . . .
- jestem też za tym, że w przypadku przestępstwa kobieta ma prawo zadecydować co chce począć z tym co nosi w sobie.
w przypadku zagrożenia życia należy robić wszystko żeby uratować oboje ( kobietą i płód ) lub to istnienie, które realnie można uratować. . . .
- popieram strajk 3 października. . . będę gotował obiad dla moich kobiet.

podobne artykuły

Sylwestrowe fajerwerki, czyli orgazmy, ejakulacja i nie tylko
Nie wyglądam, jak idealna, seksowna kobieta według mediów i magazynów mody, a w Sylwestra tego roku przeżyłam seks, o jakim nawet nie śniłam.
 
Lubię seks ze sobą!
Czy do dobrego seksu potrzebuję kogoś? Czy ktoś najpierw musi dotknąć mnie, bym ja wiedziała, jak dotykać siebie? Czy odwrotnie - to ja badam i sprawdzam, i potem kieruję czyjąś dłoń, lub pozwalam sprawdzać jemu?
 
Podnieca mnie on cały
Serce bije mi w rytm kroków, gdy prowadzę go na górę do mojego mieszkania, aby tam móc z nim pobyć.
 
Czy ma być do lizania, czy gryzienia? Gastroseksualna
Czy gotowanie dla kobiety to obowiązek i codzienność, a dla faceta to rytuał uwodzenia?Nie zgadzam się! Kocham gotować i jestem gastroseksualna.
 
Pierwsze nietypowe orgazmy
Głosem zdławionym przez rozkosz spytałam, czy wie, co mi robi. W odpowiedzi wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżka, gdzie kochaliśmy się całą noc...
 

najnowsze artykuły

Sylwestrowe fajerwerki, czyli orgazmy, ejakulacja i nie tylko
seksualność kobiet » seks
Sylwestrowe fajerwerki, czyli orgazmy, ejakulacja i nie tylko
Nie wyglądam, jak idealna, seksowna kobieta według mediów i magazynów mody, a w Sylwestra tego roku przeżyłam seks, o jakim nawet nie śniłam.
 
Zabawa w ujawnianie sekretów - rozstrzygnięcie
seksualność kobiet » wiadomości
Zabawa w ujawnianie sekretów - rozstrzygnięcie
komentarze (1)
”Znów jestem spóźniona”. Znacie to zdanie? Z czym Wam się kojarzy? Z seksem w tle to jest tylko jedna okoliczność. Dziś jednak nie o nią chodzi, ale o dzień spóźnione rozstrzygnięcie naszej zabawy. Ale lepiej późno niż wcale. Dziękuję za Waszą cierpliwość!
 
Lubię seks ze sobą!
seksualność kobiet » masturbacja
Lubię seks ze sobą!
Czy do dobrego seksu potrzebuję kogoś? Czy ktoś najpierw musi dotknąć mnie, bym ja wiedziała, jak dotykać siebie? Czy odwrotnie - to ja badam i sprawdzam, i potem kieruję czyjąś dłoń, lub pozwalam sprawdzać jemu?
 
Podnieca mnie on cały
seksualność kobiet » opowiadania
Podnieca mnie on cały
Serce bije mi w rytm kroków, gdy prowadzę go na górę do mojego mieszkania, aby tam móc z nim pobyć.
 
Spotkałam syna Królowej Śniegu
seksualność kobiet » kochanek / kochanka
Spotkałam syna Królowej Śniegu
komentarze (3)
Spotkałam Kaja, spotkałam syna Królowej Śniegu. Od lat usiłuję wydłubać mu z serca lodowy okruch zwierciadła. Na początku nasz seks był cudowny, wspanialszy, niż wszystko, co do tej pory mnie spotkało. Oddanie, komunia, dzikość serca, brutalność i nieskończona czułość splecione w jeden gest. A potem - lodowate milczenie, odpychanie.
 









zobacz też

„Szybki kurs pisania scenariuszy erotycznych dla kobiet”

Sonda

Jestem
  • Kobietą
  • Mężczyzną
  • Inne

zobacz wyniki »
subskrybuj nasz newsletter